Artykuł

Kermit obala PRL

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Kermit+obala+PRL-81489
Odcinki "The Muppet Show" – na naszych ekranach spóźnione o kilka lat w stosunku do oryginalnej daty emisji – i tak wyprzedzały naszą popkulturę o lata świetlne.

Działo się to w tych osnutych mrokiem dziejów czasach, gdy polski Cartoon Network nie nadawał jeszcze na okrągło i nie było popołudniowego bloku kreskówek w TVN-ie. Nie było nawet samego TVN-u, ani Polsatu, a telewizja kablowa i satelitarna nie zdążyły się nawet zamarzyć. Kto jednak w latach 70. cierpliwie przerzucał kanały – z pierwszego na drugi i z drugiego na pierwszy – mógł być świadkiem niezwykłego zjawiska, gdy i na naszą swojską antenę przedostał się sygnał z obcej planety. Dorośli widzowie, którzy nie mieli szans otrzaskać się z zachodnią popkulturą, na widok spektaklu, w którym główne role odgrywały dziwaczne gadające kukiełki, wołali przed telewizory dzieci. I nawet, gdy odkrywali, że sami za ich plecami bawią się nieźle, wciąż jeszcze mieli prawo nie wiedzieć dlaczego.

Przy Reksiach, Bolkach i Lolkach futrzane stwory wyglądały jak kuzyni z Ameryki – i nie chodzi wyłącznie o hipsterski szyk, z jakim się nosili. Zanim dorośli zorientowali się, że zachęcili dzieci do oglądania grupy hippisów, z których przynajmniej połowa jest na nieustannym haju, było już za późno. Buzie nieletnich widzów były otwarte równie szeroko, jak ich oczy, które w pewnym sensie miały nie zamknąć się już nigdy. Przy odrobinie szczęścia delikatna dziecięca psychika została bowiem zwichrowana i starannie przygotowana na to, co stanie się w latach 90., gdy zachodnia produkcja kulturalna wleje się do kraju dzikim strumieniem.

PIGGY UDAJE ORGAZM

To, że "The Muppet Show" nie był pomyślany jako program dla dzieci, starał się wyraźnie zakomunikować już pilotażowy program, zatytułowany "Seks i przemoc". Jego twórcy – Jimowi Hensonowi – miał on pomóc wyrwać się z szufladki rozrywki dziecięcej. Henson odnosił sukcesy telewizyjne już od połowy lat 50., kiedy współtworzył kukiełkowy czarno-biały show "Sam and Friends". Później gościł z pojedynczymi scenkami w programach innych twórców i zrobił masę reklam telewizyjnych, doskonale zapowiadających poczucie humoru, które miało eksplodować w jego arcydziele. Artysta uciekał co jakiś czas od kukiełek – w 1965 r. został nominowany do Oscara za krótkometrażowy eksperyment "Time Piece", a w 1969 r. w telewizyjnym cyklu NBC zrealizował absurdalną, symboliczną opowieść o facecie zamkniętym w tajemniczym sześcianie ("Cube"). Jednak furtką wejściową do wielkiej sławy (i wyjściową z szybko znienawidzonego świata reklamy) było zaproszenie do współtworzenia rodzącej się na przełomie lat 60. 70. "Ulicy Sezamkowej".

  
"Ulica Sezamkowa"

Szukając drogi do dorosłej i autorskiej rozrywki, Henson, razem ze swoim najbliższym współpracownikiem Frankiem Ozem, opracował serię skeczy, z którą wystąpił w kultowym dziś "Saturday Night Live", by w połowie lat 70. zaprezentować szefostwu kilku amerykańskich stacji pilotażowe odcinki "The Muppet Show". Nie spodobało się. Znowu okazało się, że aby odnieść wielki sukces w Ameryce, trzeba z niej najpierw wyjechać. Sprzymierzeńca, który uwierzył w potencjał kukiełkowego show dla dorosłych, Henson znalazł w producencie z Wielkiej Brytanii. Przeniósł się więc wraz z ekipą na Wyspy, gdzie zrealizował program, który zmiażdżył popkulturową widownię. I został odsprzedany do tych samych amerykańskich stacji, które jeszcze niedawno kręciły nosem. Stąd, dzięki jakiemuś niebywałemu fartowi, Muppety trafiły też do Polski.

Mimo zadziornego tytułu pilotażowego odcinka, "Muppety" nie epatowały jakimiś kontrowersyjnymi treściami. Poza niezwykłym zmysłem plastycznym i cudownym poczuciem humoru Henson był obdarzony jeszcze jednym cennym talentem, co lubił podkreślać jego brytyjski producent Lew Grade – był urodzonym biznesmenem. Jego celem był program o szerokim spektrum widzów – więc właśnie dzieciaki plus dorośli – z działającym w dzisiejszych wielkobudżetowych animacjach patentem, że im bardziej oczytany kulturowo widz, tym więcej wyniesie dla siebie z seansu. Co bynajmniej nie oznacza, że w "Muppetach" seksu i przemocy brakowało.


Szczególnie brutalnie traktowany był biedny Gonzo, niełatwo miał też maleńki Robin (siostrzeniec prowadzącego program Kermita Żaby), którego Szwedzki Kucharz próbował na antenie przerobić na ekskluzywny posiłek. Miss Piggy molestowała w saunie baletmistrza Rudolfa Nureyeva, a w jednym z odcinków "Muppet Tonight", w scence z udziałem Billy'ego Crystala, parodiowała słynny kawiarniany orgazm Meg Ryan z filmu "Kiedy Harry poznał Sally". Ale w tym wypadku kluczowe jest słowo parodia, nie orgazm – "The Muppet Show" stał popkulturowymi odwołaniami, które mogli znać tylko wyrobieni, dojrzali widzowie. Dojrzały był też sam język parodii – pełen absurdalnego, czasem czarnego humoru, wysublimowania i precyzji.

ALICE COOPER CZCI SZATANA

Muppety – na naszych ekranach spóźnione niejednokrotnie kilka lat w stosunku do oryginalnej daty transmisji – i tak wyprzedzały naszą popkulturę o lata świetlne. Program musiał być nieodpowiedni nie tylko dla polskich dzieciaków, ale też dla ich rodziców, bo opierał się na parodiowaniu czegoś, co u nas w wersji oryginalnej znane było szczątkowo. Do numerów tanecznych, piosenek i tony slapstickowego humoru nie jest potrzebne jakieś szczególne przygotowanie, ale w rewii prowadzonej przez Kermita Żabę kluczowe miejsce zajmowały pastisze oper mydlanych i kosmicznych ("Świnie w Kosmosie"), serialu medycznego i kulinarnego (cykliczne występy Szwedzkiego Kucharza), sitcomu czy programu informacyjnego. Był to prawdziwy konglomerat stylów i gatunków, telewizja w pigułce. Telewizja amerykańska, a nie polska, w której na skarb w rodzaju programu Hensona trzeba było czekać tygodniami.

 

Wszystko łączone było dzięki formule szalonego varietes, do której w polskiej telewizji po części nawiązywał "Oto leci kabarecik" Olgi Lipińskiej (pokazywany w tym samym, co Muppety, kultowym "Studio 2"). Jednak najlepszym kluczem do zrozumienia tej formy byłby pewnie nieznany wtedy polskim widzom "Latający Cyrk Monty Pythona" – program, który zakończył swój żywot dokładnie w roku premiery show Hensona. Pythoni kąsali karmiącą ich rękę, bezlitośnie parodiując poważne programy swojej telewizji matki, a "The Muppet Show" brał z nich przykład, sceniczne występy urozmaicając wyprawami za kulisy.

Gumowe figurki z podobiznami bohaterów zdążyły zalać polskie kioski, a większość widzów wciąż nie wiedziała, kim byli uświetniający każdy odcinek goście (np. gwiazda "Latającego Cyrku" John Cleese, któremu jeden z wielkich stworów zjada żywcem agenta). W całej plejadzie, która przewinęła się przez program pewne szanse na rozpoznanie miał może Roger Moore, który w niezwykłym numerze muzyczno-tanecznym mordował futrzanych szpiegów, albo Mark Hamill, który wystąpił w znakomitym odcinku "Gwiezdno-wojennym". Na jednym z nostalgicznych polskich forów ktoś wspomina, że epizod z Johnnym Cashem polska telewizja wyemitowała na kilka dni przed jego sopockim koncertem w 1987 roku.


Nie trzeba było jednak szczególnego oczytania, by dobrze się bawić, a przy okazji pozwolić świcie Hensona przeorać swoją młodocianą czaszkę. Program otwierał młodych widzów na nowe, zupełnie odjechane pomysły, łamał utarte schematy numerami, wśród których Sylvester Stallone tańczący i śpiewający na gladiatorskiej arenie duet z ogromnym lwem był ledwie delikatną ekstrawagancją. Zdarzały się bowiem odjazdy na skalę zupełnie kosmiczną. Alice Cooper zachęcał Muppety do podpisywania kontraktów z diabłem, a szukający odpowiedniego wcielenia scenicznego Peter Sellers zwierzał się Kermitowi, że nie może wystąpić po prostu jako "Peter Sellers", bo w drodze doskonalenia zawodowego kazał sobie chirurgicznie usunąć własną osobowość. Zresztą same Muppety wyglądają często na zakłopotane, nie całkiem rozumiejąc poszczególne numery. Waldorf i Statler czasem ustawali w swojej bezlitosnej krytyce i siedząc w loży drapali się po łysinach – "Dziwne, dziwaczne… podoba mi się!".

OSCAR DLA KERMITA

"Gdy amerykańska telewizja Fox News ogłosiła niedawno, że >>lewackie Muppety robią dzieciom wodę z mózgu<< – pisze na swoim blogu Bartosz Żurawiecki – poczułem, że wpadł mi w ręce klucz, a nawet wytrych, do mej osobowości, którą dotąd uznawałem za skomplikowaną i pogmatwaną". Jednak najważniejsza z propagowanych przez program wartości doskonale mieści się w kanonie najlepszej amerykańskiej rozrywki i nie jest przechylona ani w lewo, ani w prawo – to pochwała umiejętności samodzielnego myślenia. Kwintesencją krytycznego podejścia do rzeczywistości była wspomniana loża tetryków – miejsce szczególnie ważne nie tylko dla wychowanych na Muppetach krytyków filmowych, ale każdego, kto ceni inteligencję, dystans i poczucie humoru.


Test polskiego odbiorcy może mieć dla wartości "The Muppet Show" znaczenie rozstrzygające. Jeżeli nie znając amerykańskiej telewizji, można było się śmiać z jej parodii, znaczy, że Henson stworzył ze swoją ekipą absolutnie autonomiczne dzieło sztuki. Jeśli miałbym wskazać jeden element, dzięki któremu tak wspaniale broni się ono do dzisiaj, to są nim prawdziwi bohaterowie. Nie potrzeba było retrospekcji i motywacji psychologicznej, by nadać Gonzo, Fozziemu i Orłowi Samowi osobowość. Po każdej z pacynek widać osobisty stosunek autora i włożone w jej wykonanie emocje. Każdy owad i każdy mówiący grzyb miał charakterek, był ciekawy i wchodził w żywe interakcje z innymi postaciami. Każdy z bohaterów był mistrzowsko trafionym portretem, który mimo prostoty, był na swój sposób niezwykle realistyczny.

Precyzja do dziś jest znakiem firmowym studia Hensona, które wyspecjalizowało się w efektach specjalnych, animując w wielkich produkcjach najrozmaitsze stworzenia – "Wojownicze Żółwie Ninja" (1990), poprzez tygrysa w samochodzie w "Kac Vegas", do sympatycznych bestii z "Gdzie mieszkają dzikie stwory" Spike'a Jonziego. Frank Oz we własnej osobie, animował Mistrza Yodę na planie "Gwiezdnych Wojen". Największym osiągnięciem Creature Shop pozostają jednak dwa filmy założyciela studia – "Labirynt" i "Ciemny kryształ". Plastycznie urzekające, nie znalazły jednak drogi do masowego odbiorcy – zbyt mroczne dla dzieci, zbyt bajkowe dla dorosłych.

    
"Wojownicze Żółwie Ninja"  /  "Gdzie mieszkają dzikie stwory"

Kiedy Kermit stał się wielką gwiazdą i zaczął pojawiać się w popularnych talk shows jako gość, a nie rekwizyt w rękach Hensona, musiał też dorobić się debiutu kinowego (i serii sequeli). Przygotowując pierwszy film, ekipa nakręciła próbne zdjęcia Kermita robiącego wywiad z żywymi krowami i jadącego na rowerze prawdziwą wiejską drogą. To była rewolucyjna zmiana konwencji – zamiast wciągać gości do dziwacznego świata rewii, Muppety wypełzały na powierzchnię rzeczywistości. W "Muppety jadą do Hollywood" udało się jeszcze utrzymać klasę, ale haracz, który trzeba było zapłacić klasycznemu, fabularnemu opowiadaniu, był wysoki. W pełnometrażowych filmach mniej jest absurdu i rock'n'rolla, więcej schematów i sentymentów. Prawdziwym żywiołem Muppetów było dzikie telewizyjne show.

NOWE CZASY

W latach 90. dokręcono nowe odcinki. Z drugorzędnego teatru wodewilowego Muppety przeniosły się do studia telewizyjnego i stery próbowały przejąć nowe postaci (choć stare wciąż pozostawały w pogotowiu). "Muppets Tonight" utrzymał wysoki poziom poprzednika, ale świat zwariował i nie chciał zwariować na punkcie nowego programu. Zrealizowano tylko 22 epizody. W międzyczasie, po pewnych perturbacjach, właścicielem marki stał się Disney, dzięki czemu najnowszy film uderza dziś z tak dużą marketingową siłą.

Jason Segel ciekawie gra z tą rzeczywistością – w  jego scenariuszu Muppety muszą się zmagać z utratą popularności. Podrywają się jednak do walki, bo całe ich dziedzictwo jest zagrożone przez zachłannego nafciarza z Teksasu. Segel buduje klasyczną, sentymentalną fabułę, ale łamie ją absurdem i postmodernistycznymi dowcipami. I – co najważniejsze – celem bohaterów jest tu ponowne wystawienie "The Muppet Show" – w starym składzie i znanej poetyce. Tłumy wylegają na ulicę, wiwatując na cześć powrotu. Do tego pochodu przyłączyli się amerykańcy widzowie, umożliwiając sukces kasowy. Film jest udany, ale kierowany raczej do rodziców niż ich dzieci (czy raczej do dzieci ukrytych w dzisiejszych rodzicach). Ostatecznie opiera się więc na nostalgii, co w dłuższej perspektywie żywiołowym z natury Muppetom nie wróży za dobrze. Rebelia małych anarchistów nie wróci.

 

W 1990 roku, po śmierci Hensona, w disneyowskim magazynie "WD Eye" ukazał się rysunek Joe Lanzisero i Tima Kirka ukazujący Myszkę Miki pocieszającą załamanego Kermita. W świetle licencyjnej polityki Disneya wymowa obrazka jest dwuznaczna, ale niewątpliwie ukazuje on tryumf Hensona, który zbudował Kermita jako swoje alter-ego. Człowiek zmarł, Muppet żyje dalej.

W najnowszym filmie postać grana przez Segela w dramatycznej piosence zastanawia się, czy jest człowiekiem, czy Muppetem. Ten wcale nie absurdalny dylemat musi rozstrzygnąć każdy, kto naraził się na wpływ niebezpiecznych stworzeń. Nawet jeśli stracił krytyczny osąd rzeczywistości, poczucie humoru i poczucie dobrego smaku, czasem, przeglądając się w witrynie sklepowej, może – jak bohater Segela – zobaczyć odbicie Muppeta.
Udostępnij: