Artykuł

Koniec świata, koniec kina

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Koniec+%C5%9Bwiata%2C+koniec+kina-87065
Świat wcale nie musi eksplodować. Może też po cichutku rozpaść się na kawałki. Na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty, w sekcji "The Happy End: obrazy końca świata", można  będzie zobaczyć antytezę kinowej Apokalipsy.

Kino wyłożyło pięknymi kłamstwami całą drogę stąd do wieczności. Lubi przedstawiać życie jako ekscytującą przygodę, a śmierć jako uszlachetniające doświadczenie. Nic dziwnego, że nawet obraz końca świata - który powinien być źródłem egzystencjalnej grozy i straszakiem na niegrzeczne dzieci - udało się filmowcom wypromować jako ekscytujący event. Apokalipsa na ekranie niemal zawsze jest niczym trzypiętrowy tort ze świeczkami i napisanym lukrem imieniem widza na szczycie. Koniec końcem, ale show must go on. Filmy z sekcji "The Happy End" nie są tak szczodre dla widza. Tu razem ze światem kończy się kino.

Koniec bez końca

Nowohoryzontowe filmy nie traktują kategorii końca świata zbyt rygorystycznie. Jakąś formę "finałowej katastrofy", kładącej kres cywilizacji, da się od biedy znaleźć w "Trzech dniach ciemności" Filipińczyka Khavna De La Cruza. Bohaterki tego filmu (określanego zachęcająco, jako porno-horror) zamykają się w domu, w obawie przed wszechobecnym mrokiem, który spada na Ziemię jako zapowiedź Apokalipsy. 

W "Skarbach Wyspy Suk” widz zostaje wrzucony w świat po zagładzie. W przeciwieństwie do filmów z mainstreamu, rzeczywistość postapokalipsy nie jest tu zredukowana do atrakcyjnej scenerii. F.J. Ossang nie jest zainteresowany klasyczną historią - syci się raczej nastrojem końca, garściami czerpiąc ze stylistycznej historii kina - choćby dzieł Friedricha Murnaua.

To właśnie ogólnie pojęty "nastrój" jest spoiwem apokaliptycznej sekcji tegorocznego festiwalu. Jak enigmatyczne określa to program, obrazy łączy "motyw apokalipsy, związanego z nią napięcia, wyczerpania i melancholii”. Melancholia i wyczerpanie? Filmowej zagładzie nie zawsze muszą towarzyszyć efektowne wybuchy i najazd kosmitów, a jednak - czy to w wersji spektakularnej, czy kameralnej - koniec świata na ekranie pozostawał zawsze wiązanką atrakcji. Razem z zagrożeniem intensyfikują się przecież emocje, zagęszczają wydarzenia, a dramaturgia pogłębia. Filmy z "The Happy End", zgodnie z nowohoryzontowym duchem, kwestionują tą zależność, pokazując widzowi (mówiąc łagodnie) figę, wystawiając na próbę jego możliwości percepcyjne, a nierzadko nerwy.



Apokalipsa codzienna

O tym, że istnieje apokalipsa bez apokalipsy, przypomina czasem także kino względnie mainstreamowe. Koniec świata można najzwyczajniej przeoczyć, o czym przekonuje się choćby Larry Gopnik z "Poważnego człowiekaCoenów. W przeciągu kilku dni, wszystko, na czym opierał swoje dotychczasowe życie, traci sens. Rodzina, religia, uczciwie wypracowana pozycja w społeczności - wszystko to nagle przestaje działać, a wszechświat pokazuje Larry’emu kosmicznego fucka. Niby życie toczy się jeszcze swoim rytmem, ale wystarczy jeden rzut oka w niebo, by wiedzieć, że "innego końca świata nie będzie". Zejście trąby powietrznej, czy upadek nieboskłonu byłby tylko litościwym wykonaniem wyroku, który już zapadł. Ten wielki film pulsuje duchem katastrofy, choć jej spektakularnych śladów szukać tu próżno. 

Koniec świata następuje wtedy, gdy przestaje on istnieć jako sensowna całość. Jak w "Agorze" Amenabara, gdy płonie Biblioteka Aleksandryjska, a kamera oddala się, by pokazać Ziemię z kosmicznej perspektywy. Cywilizacja poległa. Na naszej planecie wydarzy się jeszcze parę rzeczy - rewolucje, eksplozja przemysłu, Holocaust - ale już w tym momencie straciła ona kształt, w którym można by dopatrywać się sensu, jakiego poszukiwali antyczni filozofowie. Może dlatego ich XX-wieczni następcy tak często będą popadać w obłęd. Apokaliptyczny nastrój, jaki często można znaleźć w filmach wojennych, nie zawsze wynika z lęku bohaterów przed unicestwieniem. Bardzo często towarzyszy właśnie tej myśli: nawet kiedy wojna się skończy, nie ma powrotu - świat popadł w obłęd, stracił sens. 

Apokalipsa osobista

W filmach z sekcji "The Happy End", jak zaostrzony z obu stron bumerang, powraca motyw samobójstwa ("the end”) i depresji ("Wielki smutek Zohary”). Osobisty koniec świata ma tą przewagę nad końcem generalnym, że jest dobrze udokumentowany, bo wydarzył się już wielokrotnie. Jego groza i realizm powinny być więc nieporównanie większe. A jeśli perspektywa, jak w "Samobójczych wariacjach”, jest zawężona do świata wewnętrznego głównego bohatera, to ostatecznie, co za różnica, czy świat kończy się dla wszystkich, czy tylko dla niego? 

W wymiarze jednostkowym, efekt jest ten sam i można o nim opowiadać tym samym językiem. Oto prawdziwy wymiar depresji, często mylnie odczytywanej przez pryzmat złego nastroju, czy rezygnacji. W pewnym sensie jest ona po prostu końcem świata, bo świat kończy się, gdy nie da się już odnaleźć w nim sensu. Co uświadamia, że całkiem niedawno w kinach można było zobaczyć dwa końce świata w jednym filmie. 

"Melancholii" brak w programie, ale jej duch jest tu obecny. Von Trier opowiada o dwóch kobietach, każdej z nich poświęcając jedną katastrofę. Justine pogrąża się w depresji, jak się wydaje, bez wyraźnej przyczyny. Jej siostra, Claire, potrzebuje silniejszego kopniaka, by znaleźć się na dnie i uznać swoje codzienne zabiegi wokół życia za bezsensowne - sprowadza ją tam dopiero świadomość, że kolizja Ziemi z obcą planetą jest nieunikniona. Każda z sióstr patrzy na rozpacz drugiej z mieszaniną pogardy i współczucia, jednocześnie będąc uodpornioną na to, co powoduje upadek drugiej. Ale ich dramat zostaje zrównany, a reżyser opowiada o nim jednym, apokaliptycznym językiem.

Apokalipsa języka

Ta symetria nie służy jednak tylko akademickim porównaniom - dzięki niej historia jednej bohaterki może zostać opowiedziana z perspektywy tej drugiej, lepiej "ogarniającej" rzeczywistość w danej chwili. Wraz z rozpadem świata, dezintegracji ulega też język. Człowiek, który stracił sens, nie może sensownie opowiedzieć o tym doświadczeniu. 


W kinie popularnym bohaterowie patrzą na koniec świata, jak na każde kolejne wydarzenie, chociaż oznacza on przecież koniec wszelkich wydarzeń. Temat nigdy nie wpływa tu na język opowieści. Do logicznej narracji i uporządkowanego montażu nie wkrada się chaos. Świat się kończy, ale operator troszczy się o właściwy kąt ujęcia, a montażysta o odpowiednie tempo.

Eksperymentalne krótkometrażówki "Wariacje samobójcze”, czy "the end" zdają się być poskładane z drobnych kawałków, na jakie rozpadło się życie ich bohaterów. W "Daimonie", fikcyjnej biografii Georges'a Bataille’a, biograficzne fakty zastąpione są przeestetyzowanymi, plastycznymi kompozycjami. "Legenda Kaspara Hausera ostentacyjnie lekceważy wymogi fabularnej opowieści. Dominuje tu duch wyczerpania. 

Jeśli filmy te kreślą obraz końca świata, to dlatego, że skończył się język, którym można by o świecie sensownie opowiadać. Pytanie, które nie zostaje zadane, ale wisi w powietrzu, brzmi: czy bez tego języka może istnieć kino?
Udostępnij: