Artykuł

2. Konkurs "Powiększenie": Melancholia science fiction

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/2.+Konkurs+%22Powi%C4%99kszenie%22%3A+Melancholia+science+fiction-89585
2. edycja Konkursu Filmwebu "Powiększenie" dobiegła końca, nagrody zostały wręczone i już niedługo będziecie mogli regularnie czytać publikacje naszych laureatów na łamach portalu. Zanim jednak to nastąpi, przekonajcie się sami, czym oczarowali jurorów tegorocznego Konkursu. Przed Wami tekst wyróżnionej w "Powiększeniu" Pauliny Wakuluk. 

***

Zagłada nuklearna, badania naukowe, które wymknęły się spod kontroli, nowe zmutowane gatunki, które opanowują świat, epidemia, wojna biologiczna, bunt maszyn, obca cywilizacja, mściwa przyroda, kataklizmy, które pochłaniają miliardy istnień, wreszcie – zderzenie z asteroidą. Oto hologramy ludzkich obaw, wizualizacja pierwotnego lęku przed przyszłością, przed nieznanym i przed śmiercią. Na przestrzeni lat kino science fiction prowokowało do poszukiwań, a nawet do egzystencjalnych wycieczek. Kreowało nieistniejące światy, snuło odważne wizje alternatywnej rzeczywistości, a jednak pozostało kinem głównie rozrywkowym. Dokąd zabrnęło?


Specjaliści z NASA we współpracy z rządem USA znów oszukali Apokalipsę. Znów niepozorny człowiek z tłumu, jakiś nieśmiały naukowiec, miał rację w swoich obliczeniach. Udało mu się przekonać samego prezydenta, żeby go wysłuchał. W prawdziwym życiu to możesz być ty. Nie znasz się na astrofizyce i masz raczej marne szanse, że w najbliższym czasie wyjedziesz do Stanów? Nie szkodzi, ostatecznie wobec zagrożenia wszyscy jesteśmy równi, nieważne, że nie jesteś multimilionerem, bo do szalup ratunkowych i tak trafią przypadkowi ludzie; żebracy i psy ("2012" reż. Roland Emmerich). A te wszystkie rzeczy, które kupiłeś za "pieniądze, których nie masz, by zaimponować ludziom, których nie lubisz", staną się wówczas bibelotami pozbawionymi wszelkiej wartości. Twoja symulowana rzeczywistość wkracza w obszar tej realnej i trudno ci określić, którym powietrzem właściwie oddychasz.  

Truman Show

Dzisiejszy świat to zepsuta córka postmodernizmu, skupiona na dążeniu do nienagannej powierzchowności. To świat, o  którym Peter Greenaway ("Brzuch architekta", "8 i pół kobiety") pisał, że jest podobny do baroku: "To styl nadmiaru, a nadmiar jest własnością naszych czasów, jest w nich zbyt wiele idei, zbyt wiele danych, zbyt wiele informacji". Człowiek, do którego dociera taki natłok treści, słyszy tylko szum. Zaś w dobie wszędobylskiego "szmeru i szelestu" potrzebę obcowania ze sztuką spełniają nawet spektakularne obrazy, których nie obciąża żadna symbolika. Patos, kulejąca psychologia postaci, powierzchowność, luki w ciągu przyczynowo-skutkowym czy logice zdarzeń to bolączka współczesnego gatunku fantastyki naukowej. Remedium na tę chorobę są jedynie doznania wizualne.

Nie twierdzę, że kino science fiction to sztuka dla sztuki, mam jednak wrażenie, że gdyby zestawić produkcje, które były krokiem milowym na polu efektów specjalnych, takie jak: "2001: Odyseja Kosmiczna" (reż. Stanley Kubrick), "Łowca androidów" (reż. Ridley Scott),  a nawet "Terminator 2" (reż. James Cameron) ze współczesnymi przebojami gatunku, także przełomowymi technicznie, np.: "Avatarem" (reż. James Cameron), "Dniem Niepodległości", "Pojutrze" czy wspomnianym "2012" Emmericha, okazałoby się, że wartość tych drugich ogranicza się wyłącznie do formy. Głód refleksji zaspokajamy fast foodem: happy end pomaga w ukrwieniu serca, pozory buntu dotleniają płuca, pseudoartystyczna "wata" daje uczucie sytości.

 
"Pojutrze"

Wojna światów

Fantastyka naukowa to nieprawdopodobne dziecko literatury i sztuki filmowej. Narodzone w kinie w 1902 r. z ojca Georges'a Meliesa, kilkukrotnie zapisało się wielkimi zgłoskami na kartach historii kinematografii. Zawieszone gdzieś pomiędzy thrillerem a horrorem, do dziś rozbudza strach skłębiony w naszych umysłach. Źródło lęku w science fiction musi być racjonalne, nawet jeśli bardzo mało prawdopodobne, a bohater zawsze będzie dążył do przywrócenia zaburzonego porządku.

Apokalipsa wg św. Jana to wstrząsająca wizja końca ludzkości i niewyczerpalne źródło inspiracji, ale koniec świata rozpoczęty z boskiej inicjatywy niewielu już frapuje. Zagłada nuklearna, badania naukowe, które wymknęły się spod kontroli, nowe zmutowane gatunki, które opanowują świat, epidemia, wojna biologiczna, bunt maszyn, obca cywilizacja, mściwa przyroda, kataklizmy, które pochłaniają miliardy istnień, wreszcie – zderzenie z asteroidą. Oto hologramy ludzkich obaw, wizualizacja pierwotnego lęku przed przyszłością, przed nieznanym i przed śmiercią. Na przestrzeni lat kino science fiction prowokowało do poszukiwań, a nawet do egzystencjalnych wycieczek. Kreowało nieistniejące światy, snuło odważne wizje alternatywnej rzeczywistości, a jednak pozostało kinem głównie rozrywkowym. Dokąd zabrnęło?

Ludzkie dzieci

Gatunek wciąż trzyma w rękach kataklizm i katastrofę, ale coraz rzadziej są to wrogowie człowieka, który zaraz powstanie, by podjąć z nimi walkę. Powoli stają się synonimem śmierci.
Śmierć przestaje grozić palcem, ostrzegać, dawać sygnały, straszyć. Gdy nadejdzie, pochłonie absolutnie każdego i nie pomogą żadne szalupy. Znamy nawet dzień i godzinę. Zadanie:  wykorzystać pozostały czas.

"Gdybym to ja, król Julian, miał odwalić kitę za dwa dni, zrobiłbym te wszystkie rzeczy, o których zawsze tylko marzyłem" – mawiał lemur z animacji "Madagaskar 2". Czy król Julian, autor tych słów, zdawał sobie sprawę, że oto prześlizgnął się po fali elementarnych pytań o sens życia? Że zahaczył o epikureizm, hedonizm a nawet buddyzm, który postuluje wyzbycie się wszelkiego cierpienia i pozostawanie w stanie szczęśliwości aż do osiągnięcia nirwany?


Król Julian

Postać z bajki dla dzieci w tym jednym, na pozór banalnym i trochę zabawnym zdaniu opisała źródło, z którego od lat czerpią literatura, teatr i film.  Człowiek, zwłaszcza młody, dewaluuje myśli o śmierci, zostawia je na później, na odpowiedni moment, na starość. Popularność zjawiska polegającego na planowaniu, co zrobić przed śmiercią, potwierdza projekt "beforeidieiwantto.org", który swoim zasięgiem objął już miliony ludzi na całym świecie. Pokazuje prostą prawdę o tym, że wszyscy czegoś pragniemy, każdy ma jakiś cel i spełni go "zanim umrze". Uczestnicy pod fotografią z Polaroida w białej ramce wpisują swoje ostatnie życzenie.

"All we have is each other" to motto ostatniego filmu Abla Ferrary "4,44 Last Day on Earth". Zakochana para organizuje sobie ostatnie godziny życia na Ziemi. Ma to być wieczór jak każdy inny, najważniejsze, żeby pozostać razem, w ostatniej godzinie zacisnąć ramiona wokół ukochanej osoby i trwać w miłości. Po drodze oczywiście jakieś rozterki, pożegnania, monologi o sensie istnienia i buddyjskie wywody.

Podobnie jest zresztą w "Przyjacielu do końca świata" (reż. Lorene Scafaria), w którym reżyserka maluje obraz planety na chwilę przed zagładą. Okazuje się on tyleż fascynujący, co urojony. Nowe kino z apokalipsą w tle cechuje naiwna wiara w bezkolizyjne dążenie ludzi do swoich małych rajskich ogrodów. Gdzieniegdzie zamieszki, które można oglądać w relacjach na żywo (!), sporo samobójców i bogaczy rozdających pieniądze i stanowiska (komu?). Jeszcze inni bawią się na wielkich imprezach, a na godzinę zero przygotowany jest pokaz sztucznych ogni.

Czas Apokalipsy

Współczesne kino wykorzystuje motywy science fiction w rozważaniach na temat egzystencjalnych pryncypiów. To nie "Armageddon" (reż. Michael Bay) z jego zbiorowym bohaterem, który wyrasta na nowego mesjasza, wybawiciela czy nawet powtórnego stwórcę. Walka z naturą wszechświata jest pozbawiona sensu,  Ziemia jest bez szans. Pozostają zmagania z naturą człowieka i jego ewolucyjnym dążeniem do przetrwania.

Oto Lars von Trier w "Melancholii" dokonuje na naszych oczach magicznej sztuczki. Dzięki gatunkowemu mariażowi wypiera to, co widowiskowe, i zwraca się w stronę minimalizmu oraz wiarygodnego psychologicznie obrazu relacji międzyludzkich: strachu, depresji i bólu w ucieczce przed końcem. Tworzy film, który przypomina publice, że lęk przed zagładą tkwi w człowieku od zawsze. Główna bohaterka przechodzi trudną drogę od nerwicy neogennej, przez zaawansowaną depresję, do melancholii, w której oswoiła strach i czuje już tylko bezgraniczny smutek generowany przez pustkę. Wie, że pustka jest władczynią wszechświata.

 
"Melancholia"

Kirsten Dunst jako Justine w "Melancholii" nie podpisuje się pod polaroidowskim zdjęciem, nie chodzi jej o jakieś mniej lub bardziej wydumane życzenie. Odrzuca miłość, odrzuca karierę i wszystko, co jest symptomem szczęścia w dzisiejszym lukrowanym świecie rodem z telewizyjnych seriali. Strzepuje z siebie resztki perfekcyjnych uśmiechów, uniwersalnych sposobów na osiągnięcie satysfakcji w miłości i życiu zawodowym. Urządza sobie koniec świata, który co prawda odchorowuje, ale jednocześnie wchodzi w strumień życia.

Co dalej? Czy jak bohater "Siódmej pieczęci" Ingmara Bergmana – Block, Justine zasiądzie do gry w szachy z samą śmiercią? Wiadomo, że wynik tej rozgrywki jest przesądzony. Oboje idą ramię w ramię, Block jeszcze wierzy w ludzi, szuka Boga, ucina sobie pogawędki z kostuchą. Justine jest już z nią zespolona i wie, że żaden Bóg nie odpowie, więc nie zadaje  pytań. Cynicznie patrzy na siostrę, która do ostatniej chwili chce wierzyć w niezniszczalność człowieka stworzonego na obraz nieśmiertelnego Boga.

"Melancholia" to swoiste remedium na dotychczasowe science fiction, a także na zjawisko "zanim umrę, chciałbym", dla którego śmierć jest tylko "wyzwalaczem" życia, a nie jego nieodzowną częścią. Jak w teatrze iluminacji u Tarkowskiego w filmie "Stalker" człowiek po długiej podróży weryfikuje swoje życzenia i poznaje ponadczasową prawdę, że to właśnie droga jest celem.
Udostępnij: