Artykuł

Konkurs "Powiększenie": Szukając found footage

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Konkurs+%22Powi%C4%99kszenie%22%3A+Szukaj%C4%85c+found+footage-107334
Dziś prezentujemy artykuł wyróżnionego w Konkursie "Powiększenie" Łukasza Grzegorowskiego pt. "Szukając found footage". Autor nadesłał na konkurs także recenzję "Na gorąco" Briana de Palmy pt. "O krok za daleko". Zapraszamy do lektury artykułu. 

Szukając found footage

Gdzie można znaleźć materiał wideo? Bardzo często wystarczy po prostu się rozejrzeć. Technika cyfrowa ostatecznie odczarowała obraz filmowy, czyniąc z niego jedno z wielu narzędzi wykorzystywanych w komunikacji i marketingu. Dziś w autobusach miejskich można zauważyć ekrany wyświetlające krótkie filmy reklamowe, na które zresztą najczęściej nikt nie zwraca uwagi. W momencie, w którym zginęły ograniczenia realizacyjne, przepadła także napędzana ciekawością aura niezwykłości, towarzysząca kulturze wizualnej przez dziesięciolecia. Obecnie sytuacja wydaje się zupełnie otwarta – kamera nie ma tajemnic przed światem, świat nie ma tajemnic przed kamerą. Współczesny widz może zachwycić się, oglądając malowniczą i widowiskową scenę akcji, wzruszyć i rozbawić przy nagraniu z jakiejś imprezy sprzed lat, ale nie spyta, jak to możliwe, że zostały one nakręcone. Filmowcy oczywiście nadal są w stanie zaskoczyć widzów techniczną maestrią  czy oryginalnością, pole manewru pozostaje jednak coraz mniejsze. Kołem zamachowym wielu gatunków jest intertekstualność, pozwalająca redefiniować, rozszerzać i łączyć opatrzone, dobrze znane konwencje. Wykorzystywanie metody found footage to jeden z jej ciekawszych przejawów. Polega ona na prezentacji części bądź całości, zwykle fikcyjnego filmu, jako autentycznego nagrania wykonanego przez jego bohaterów.

     
"Projekt X" / "Paranormal Activity" / "Blair Witch Project"
Początkowo found footage znaczyło coś zgoła innego i funkcjonowało bardzo daleko od głównego nurtu. Określano nim filmy, w których pojawiały się fragmenty twórczości innych autorów. To, czym jest teraz, świetnie oddaje płynny, ekspansywny charakter współczesnego kina. W estetyce found footage kręci się zarówno horrory, jak i komedie, a jej funkcja pozostaje bardzo podobna – polega na stworzeniu wrażenia jak najbardziej niekłamanego, autentycznego przekazu. Może to być, jak w przypadku "Projektu X" (2012), okraszona ciężkim dowcipem relacja z szalonej młodzieżowej imprezy. Na drugiej stronie sytuują się nagrania pozostawione przez parę zmagającą się z nawiedzającym ich dom demonem, tworzące film "Paranormal Activity" (2007). Kino grozy oczywiście pasuje do stylu found footage jak ulał i pozwala odświeżyć najbanalniejsze motywy i pomysły, takie jak opętanie przez ducha albo atak zombie. Największym sukcesem tego rodzaju "taśm prawdy" było "Blair Witch Project" (1999), które zdobyło widzów właśnie dzięki oryginalności i pewnej zuchwałości, z jaką potraktowano prosty koncept. Punkt wyjścia stanowi leśna wyprawa trojga studentów w poszukiwaniu wspominanej w lokalnych legendach wiedźmy z Blair. Młodzi ludzie, uzbrojeni w kamerę, z entuzjazm i dawkę zdrowego sceptycyzmu padają oczywiście ofiarami niewyjaśnionych zdarzeń. Film prezentowany widzom jest, zgodnie z regułami gatunku, świadectwem ich ostatnich dni przed zaginięciem. Chcąc w całości przywołać emocje związane z premierą "Blair Witch Project", trzeba jednak wspomnieć o tym, że gro widzów potraktowało je jako prawdziwą historię. Doskonale zorganizowana kampania promocyjna towarzysząca dystrybucji wraz z być może jeszcze większą siła marketingu "szeptanego" zapewniła oszałamiający sukces kasowy.

Twórcy horrorów nie zawsze uciekali się do takich, szytych grubymi nićmi intryg. "Ring" (1998) Hideo Nakaty trudno odbierać w kategoriach found footage, film pozwala natomiast na lepsze zrozumienie mechanizmów rządzących tą konwencją. Fabuła krąży tu wokół przeklętej kasety wideo. Każdy, kto ją obejrzy, ginie po tygodniu. Groza związana z zapisanym na niej nagraniem nie dotyczy tylko klątwy. Widzowi udziela się ona głównie poprzez to, co ono przedstawia. Pełen zakłóceń, niewyraźny obraz pokazujący dziewczynę na tle stojącej w środku lasu studni jest zupełnie irracjonalny, nie dający widzowi punktu zaczepienia. Materialna rzeczywistość bohaterów "Ringu" i panująca w nim racjonalność są przez długi czas zupełnie bezradne wobec tajemniczej, nieokreślonej sfery zarejestrowanej na kasecie. Siły nadprzyrodzone nie pojawiają się tu jako jeden z wielu elementów świata przedstawionego. Ich obecność za każdym razem wiąże się z gwałtownym wtargnięciem, które burzy panujące reguły. Ukazanie tego stało się możliwe poprzez wyraźne rozgraniczenie na poziomie wizualnym, osiągnięte w "Ringu" dzięki kasecie wideo.


"Ring"
Właśnie takie dynamiczne relacje przyciągają ludzi do kin, gdzie mogą doświadczyć roli, jaką w naszym postrzeganiu odgrywa kontekst. Metoda found footage jest natomiast sposobem pozwalającym go kreować. Nawet filmy w rodzaju "Blair Witch Project", będące od początku do końca paradokumentalną relacją z jakiegoś niezwykłego wydarzenia, opierają się w dużej mierze na grze kontekstem. Zamiast określenia jednej wizualnej sfery za pomocą innej, dochodzi w nich do zestawienia różnych filmowych konwencji. Horror lub komedia utrzymana w estetyce amatorskiego nagrania konstruuje znaczenie w inny sposób niż tradycyjne formy gatunkowe. W przypadku takich jednolitych wizualnie, pozorowanych znalezisk przepada jednak napięcie wynikające z połączenia żywych obrazów, należących często do diametralnie różnych wymiarów. Współczesna formuła found footage, o której coraz częściej mówi się w kategoriach odrębnego gatunku, zatraciła tę właściwość, stawiając na czytelną, łatwą do rozszyfrowania estetykę. W historii kina można za to znaleźć wiele fascynujących przykładów wzajemnej interakcji obrazów.

Zrealizowana w 1959 roku "Hiroszima, moja miłość" pozostaje wciąż jednym z radykalniejszych i bardziej brawurowych filmów wykorzystujących nakręcony wcześniej materiał. Romans francuskiej aktorki i japońskiego architekta tworzy w nim punkt wyjścia do refleksji na temat natury ludzkiej pamięci, a co za tym idzie – także historii. Niezwykle rozbudowana sekwencja wprowadzająca w akcję przenosi wzrok widza z hotelowego pokoju i kadrowanych w nieoczywisty sposób ciał bohaterów na obrazy zrujnowanej po wybuchu bomby atomowej Hiroszimy, wśród których są wplecione autentyczne zdjęcia ocalałych z eksplozji oraz późniejszych demonstracji pacyfistycznych. Towarzyszy jej rozmowa pary na temat możliwości poznania tragedii Hiroszimy za pośrednictwem dostępnych w teraźniejszości widzialnych znaków. Mężczyzna jako Japończyk podkreśla fiasko takiego przedsięwzięcia, kobieta jednak upiera się, że pomimo zasadniczego oddalenia "widziała wszystko", po czym literackim i nieco patetycznym językiem opisuje miejsce, jakie w jej pamięci zajmuje Hiroszima. Z jednej strony podkreśla widmowy charakter muzealnych przedstawień, opowiadając o rekonstrukcjach i objaśnieniach "z braku czegokolwiek innego". Z drugiej – opisuje w poruszający sposób ogrom dewastacji i zniszczeń, mówiąc: "Było mi gorąco na Peace Square. 10 000 stopni na Peace Square. Wiem o tym. Znam temperaturę na Peace Square". To zarysowane na początku zasadnicze napięcie pomiędzy historią a teraźniejszością oraz przybliżeniem i oddaleniem, przenika też tworzącą oś fabularną relację pomiędzy dwojgiem bohaterów. Aktorka opowiada zdeterminowanemu, by kontynuować romans Japończykowi, o związku, który połączył ją przed laty z niemieckim żołnierzem, członkiem sił okupujących Francję. Tamto traumatyczne uczucie, skutkujące odrzuceniem przez lokalną społeczność, rzuciło cień na całe jej życie. Pamięć o młodzieńczej miłości jest podobna do pamięci o Hiroszimie – świadomość jej zwodniczego, fantazmatycznego statusu pozwala odkryć prawdziwy wymiar wspomnień. Ukazuje, że przeszłość jest w teraźniejszości obecna tylko jako fantazja o przeszłości.


"Hiroszima, moja miłość"
Śmiała analogia, wokół której zbudowano "Hiroszimę, moją miłość", wymagała dużej dozy odwagi, technicznej sprawności oraz chęci do eksperymentowania. Jego autor, Alain Resnais, zapewne nie miał jednak poczucia, że porywa się z motyką na słońce, chociaż był to jego fabularny debiut. We francuskim kinie nastał wówczas czas młodych reżyserów, którzy zafascynowani możliwościami, jakie daje postęp w  technice filmowej, ogłosili zerwanie ze starymi zasadami i pełną twórczą wolność. Wywodzący się często ze środowiska związanego z pismem "Cahiers du Cinéma" młodzi filmowcy utworzyli jeden z bardziej znaczących nurtów w historii kina – francuską Nową Falę. Atmosfera panująca wtedy wśród filmowców była zapewne istotnym przyczynkiem do powstania dzieł takich jak "Hiroszima, moja miłość".

W jeszcze większym stopniu dzieckiem swoich czasów jest nakręcone przez Haskella Wexlera "Chłodnym okiem" (1969). Oprócz tego, że znajduje się pod wpływem żywych w tamtych latach trendów, oddaje również atmosferę kontrkultury i przechodzących wtedy przez Stany Zjednoczone protestów. W gruncie rzeczy jedno wiązało się z drugim – po pojawieniu się lżejszych kamer zsynchronizowanych z mikrofonem po obu stronach Atlantyku wróciła fascynacja możliwością wiernej rejestracji rzeczywistości. W USA powstał nurt kina bezpośredniego, tworzony przez twórców takich jak Robert Drew, Richard Leacock, Albert i David Maysles. We Francji było to cinéma-vérité, którego najważniejszymi przedstawicielami byli Jean Rouch, Edgar Morin i Chris Marker. Filmowcy i reporterzy złapali za ważące wciąż dobre kilkanaście kilogramów kamery i ruszyli na ulice. "Chłodnym okiem" jest próbą przeniesienia tych trendów na grunt kina fabularnego. Dzięki postaci głównego bohatera, pracującego dla telewizji operatora Johna Casselisa, połączono w nim losy fikcyjnych postaci z realiami zrewoltowanego Chicago 1968 roku. Przestrzeń filmu przechodzi niepostrzeżenie w przestrzeń politycznego protestu, związanego z organizacją Narodowej Konwencji Partii Demokratycznej.

"Chłodnym okiem"
Warto zaznaczyć, że interakcja sfer wizualnych nie musi opierać się ani na ostrym kontraście, jak w "Ringu", ani na wykorzystaniu materiałów dokumentalnych. Ciekawym przykładem jest na to "Robocop" (1987). Uwagę przykuwają tam krótkie, prześmiewcze reklamy i serwisy informacyjne, w niezwykle celny sposób dopełniające filmową rzeczywistość, parodiując przy tym konserwatywne ideały epoki Reagana.

W podejmującym temat wojny w Iraku "Na gorąco" (2007) Briana De Palmy zastosowano wariant będący swoistą modyfikacją rozwiązania wykorzystywanego przez sfingowane znaleziska w rodzaju "Blair Witch Project". W estetyce found footage jest utrzymany cały film, natomiast składa się na niego wiele różniących się od siebie nagrań, takich jak "dziennik wojenny" jednego z szeregowców, materiał z kamer przemysłowych czy fałszywy dokument francuskich reporterów. Ta eksperymentalna forma ustępuje jednak miejsca fabule, odnoszącej się do zbrodni popełnionej przez amerykańskich żołnierzy okupujących Irak. Chociaż nie padają tu autentyczne nazwiska ani daty, "Na gorąco" bardzo szczegółowo odtwarza okoliczności zbrodni w Mahmudija, gdzie czterech wojskowych zgwałciło i spaliło czternastoletnią  Abeer Quasim Hamza, po czym zastrzeliło jej rodziców i rodzeństwo. De Palma wraca więc do tematu wojennego gwałtu, który poruszył uprzednio w "Ofiarach wojny" (1989). Tym razem jednak nie ma bohatera występującego przeciw zwyrodnialcom, doprowadzającego w końcu do ich skazania. Co prawda jeden z żołnierzy potępia czyn swoich kompanów, jest jednak całkowicie zastraszony i bezwolny. Filmu nie kończy triumf sprawiedliwości, lecz przerażające, wyświetlane między zakończeniem a napisami końcowymi, autentyczne zdjęcia przypadkowych ofiar.


"Na gorąco"
"Na gorąco" jest filmem krytykowanym z wielu stron. O pełnych furii atakach dziennikarzy i krytyków, którym na sercu leży przede wszystkim reputacja amerykańskiej armii, nie warto nawet wspominać. Najpowszechniejsze były jednak głosy wskazujące na tendencyjność i przemilczanie faktu, że sprawcy zostali osądzeni i skazani. Czy nie powstałby jednak wtedy film, który można by określić jako "Ofiary wojny 2", ignorujący wszelkie zmiany w kulturze wizualnej? "Na gorąco" opowiada przecież w równym stopniu o wojnie, co o jej medialnych twarzach – tym, co może zobaczyć z bezpiecznego dystansu ciekawski obserwator. Widać w nim pasję podobną do tej, która napędzała dziesiątki lat temu wielkich eksperymentatorów kina. Najlepiej świadczy o tym uznanie go za najlepszy film roku przez pismo "Cahiers du Cinéma", będące kiedyś matecznikiem francuskiej Nowej Fali. Dziś już wiadomo, że na gruncie "Na gorąco" żadna "nowa fala" nie powstała. W pamięci wielu widzów pozostanie jednak na pewno pełna emocji ostatnia scena – umiejscowiona w samym centrum publicznej, dostępnej dla kamer cyfrowych sfery i przy tym rozwalająca ją od środka.