Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/NOWE+HORYZONTY+2018%3A+Pami%C4%99%C4%87+absolutna-129227

NOWE HORYZONTY 2018: Pamięć absolutna

Na Nowych Horyzontach wysyp świetnego kina. Furorę robią nie tylko przybywające z Cannes głośne tytuły, nagrodzone Złotą Palmą "Złodziejaszki" Hirokazu Koreedy czy nowy film Davida Roberta Mitchella "Tajemnice Silver Lake". Zachwyca także kino polskie, zwłaszcza "Fuga" – nowy film Agnieszki Smoczyńskiej z niesamowitą rolą Gabrieli Muskały

***

Niepamięć ("Fuga", reż. Agnieszka Smoczyńska)

"Lampa", głosi karteczka przyklejona do lampy. "Stół", czytamy na karteczce przyklejonej do stołu. Kinga (Gabriela Muskała) wraca do rodziny po dwóch latach nieobecności, cierpiąc na tak zwaną fugę dysocjacyjną: kobieta nie pamięta, kim jest, nie rozpoznaje matki, męża ani syna, nie jest pewna, co robiła przez ostatnie miesiące. Owa karteczkowa tautologia to zalecona przez lekarza proteza dla jej uszkodzonej pamięci. Podpisywanie przedmiotów ma wyeliminować ambiwalencję w bezpośrednim otoczeniu chorej, przywrócić desygnaty znakom – w nadziei, że bezpieczna semantycznie przestrzeń pomoże uruchomić proces przypominania. Synek Kingi, Daniel, znajduje tu jednak doskonały pretekst do zabawy, do popuszczenia wodzy wyobraźni: a co gdyby pozamieniać karteczki miejscami? Czy jeśli stół nazwiemy lampą, to będzie wciąż stołem czy może już lampą? Czy jeśli Kinga wróci do domu, nie pamiętając nawet, że tak ma na imię i przedstawiając się jako Alicja, to jest wciąż Kingą czy może już Alicją? O tym jest to film.

MV5BNGQ2MzhkYzMtNjk2Yi00Mjk3LThiZDQtODFlNzI4ZDA1NzIwXkEyXkFqcGdeQXVyNDI1MzQ5ODY@._V1_.jpg

Kto spodziewał się, że Agnieszka Smoczyńska pójdzie za ciosem "Córek dancingu" i zaproponuje kolejny seans kinowego "nocnego szaleństwa", ten może się srogo "Fugą" zdziwić. Zamiast ferii barw jest przyblakła, monochromatyczna paleta, zamiast muzycznej imprezy – cicha psychodrama, zamiast ekstrawagancji i ekstrawersji – introspekcja. To film spokojniejszy, dojrzalszy, precyzyjniejszy; zarazem bardziej czuły i bardziej okrutny. Pod pewnymi względami bliżej tu do "Arii Divy" niż do "Córek". W krótkim metrażu Smoczyńskiej z 2007 roku Gabriela Muskała wcieliła się w postać pozornie szczęśliwej kobiety duszącej się w klatce małżeństwa oraz macierzyństwa i nieśmiało poszukującej odpoczynku od społecznej roli, jaka przypadła jej w udziale. W granej również przez Muskałę Kindze/Alicji z "Fugi" można dostrzec wersję tamtej kobiety. Taką, która poszła o krok dalej i spróbowała uciec ("fuga" to po łacinie "ucieczka") przed sobą samą.

Smoczyńska i Muskała kruszą fundamenty społecznego ładu, pokazując, że happy end nie następuje momentalnie, gdy tożsamość zaginionej zostaje zidentyfikowana. Bohaterka wraca na łono rodziny – i następuje zgrzyt. Nie ma spodziewanych łez i uścisków, czułego spotkania po latach: w miejsce "Kingi", przykładnej żony, matki i córki, pojawia się "Alicja": wulgarna, antypatyczna, niedotykalska nieznajoma. Radość bliskich na swój widok odbiera ona niczym atak, oni z kolei w jej rezerwie widzą potwarz, obelgę. "Jak to możliwe, że pamiętasz, gdzie znajdują się korki, ale do matki zwracasz się proszę pani?", wypomina Kindze mąż (Łukasz Simlat). "Fuga" śledzi z uwagą, gdzie przebiegają linie władzy i przynależności; pokazuje, jak przyklejamy sobie kolejne karteczki definiujące, kim jesteśmy, czyją własnością jesteśmy, co nam wolno, a czego nie. 

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego można przeczytać TUTAJ


***


Rodzina na cudzym ("Złodziejaszki", reż. Hirokazu Koreeda)

Im dłużej oglądam filmy canneńskich pieszczochów, tym częściej zastanawiam się, dlaczego jednym wybaczam zajeżdżanie na amen swoich koników, a innym urządzam połajankę. Dlaczego w tej pierwszej grupie znajduje się Hirokazu Koreeda, a w tej drugiej – żeby daleko nie szukać - Asghar Farhadi? I chyba chodzi o artystyczne lenistwo, a konkretnej: o drogę na skróty, dewaluowanie swoich fascynacji i traktowanie autorskiego języka jako zestawu fabularnych wytrychów. Nowy film Japończyka jest złożony ze scen, które widzieliśmy, opowiedziany w stylu, który znamy i zwieńczony refleksją, której możemy się spodziewać. A jednak nie ma w nim ani jednego kadru, który czyniłby kino nudniejszą sztuką. 

_5QktoARGh0dHA6Ly9vY2RuLmV1L25ld3N3ZWVrLXdlYi9kZDFhNGNiOC1kYzkzLTRiMjctYTgxMC1iZTdkNzhlY2U1MjguanBnkZMFzQSwzQKF.jpeg

Tytuł nie kłamie, nakłada się zresztą na scenę, w której małoletni Shota (Kairi Jyo) wraz z ojcem Osamu (Lily Franky) bez większego trudu obrabiają lokalny warzywniak. Dla bohaterów to nie tylko strategia przetrwania, ale też spajający rodzinne więzi rytuał. W prowizorycznej chacie na przedmieśiach Tokio czekają na nich matka i żona Nobuya (Sakura Andô), siostra Shoty, Ayi (Mayu Matsuoka) oraz nestorka rodu Hatsue (Kirin Kiki). Wszyscy żyją w myśl zasady "żadna praca nie hańbi", imają się dorywczych zajęć i ledwo wiążą koniec z końcem. I chociaż pojawienie się w ciasnym, ale własnym kącie bezdomnej dziewczynki Hojo (Sasaki Miyu), nie zmieni ich pomysłu na życie, na pewno roznieci na nowo płomień domowego ogniska i odsłoni skrzętnie ukrywaną przez reżysera prawdę o przeszłości bohaterów. 

Temat dynamiki rodzinnych zależności oraz sposobu, w jaki budujemy nasze relacje z najbliższymi, powraca u Koreedy jak bumerang: od "Dziecięcego świata" przez "Jak ojciec i syn" po arcydzieła formatu "Naszej młodszej siostry" oraz "Po burzy". Tutaj jednak o wiele istotniejsze niż dotychczas wydaje się pytanie o samą definicję familii i o nadzieje, które wobec niej żywymy. Włączona w nowy społeczny układ, milcząca Hojo działa jak katalizator uśpionej pamięci – na wierzch wychodzą skrywane emocje i potrzeby, zadry z przeszłości, namiętności zatarte przez codzienną rutynę. Japończyk tymczasem przekonuje, że nawet jeśli kleimy rodzinę na dobre słowo, nawet jeśli budujemy ją w sposób pozornie sztuczny, poza tradycją i więzami krwi, nikt nie ma prawa nas osądzać. Zaś orka na ugorze, którą bywa tworzenie podobnego kolektywu, pozostaje niewielką ceną za tarczę chroniącą nas przed trudami życia. 

Całą recenzję Michał Walkiewicza można przeczytać TUTAJ 

***

Jezioro Marzeń ("Tajemnice SIlver Lake", reż. David Robert Mitchell)

Gadające psy i sczekający ludzie, nagie sukkuby pluskające się w basenie oraz hollywoodzcy możnowładcy szukający nieśmiertelności, pulpowa literatura odkrywająca prawdę o świecie i stare filmy odsłaniające podszewkę rzeczywistości. Jeśli w rozkładzie poziomów z ośmiobitowych gier wideo dostrzegacie długość i szerokość geograficzną, zaś puszczona od tyłu piosenka ulubionej kapeli odkrywa tajemnice kosmosu, "Tajemnice Silver Lake" to film dla Was. 

15114.7.jpg
   
Sam (Andrew Garfield) ma w głowie całe to popkulturowe wysypisko śmieci, chociaż nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Poznajemy go w kawiarni gdzieś w Los Angeles – lekko nieobecny, wbija wzrok w szyld, z którego kelnerka ściera ostrzeżenie przed grasującym w okolicy seryjnym mordercą psów. Motyw jego zadziwienia światem – wyrażony na spanielowatej, umęczonej twarzy aktora – będzie w tym filmie powracał. A jest się czym dziwić. Magnat filmowy umiera w tajemniczych okolicznościach, seksowna dziewczyna z sąsiedztwa ulatnia się jak kamfora, psy leżą na chodnikach z rozprutymi brzuchami, a kolejne numery komiksowego zinu zaczynają rymować się z wydarzeniami, które dopiero nastąpią. Sam tymczasem podąża za okruszkami i otwiera drzwi do świata, w którym człowieka definiują przede wszystkim jego konsumpcyjne obsesje. Sam wierzy w Mario, Kurta Cobaina oraz Janet Gaynor i zrobi wszystko, by odkryć prawdę. 

Ten, kto po zwiastunach filmu Davida Roberta Mitchella ("Coś za mną chodzi") spodziewał się klasycznego kina neo-noir, będzie srogo rozczarowany. Choć reżyser wykorzystuje poetykę czarnego kryminału, a motyw śledztwa jest dla niego równie istotny co obecność femmes fatales i skorumpowanych ludzi władzy, najważniejsze wydaje się tutaj popkulturowe sprzężenie zwrotne – "Tajemnice Silver Lake" to złożona z odprysków kultury popularnej refleksja na temat tego, jak rzeczona kultura buduje naszą świadomość, określa styl życia. Sam jest zresztą idealnym przewodnikiem po tej rzeczywistości: nieskoordynowany ruchowo, w wymiętych t-shirtach i z rozwichrzonym włosem, jest jednocześnie wiecznym dzieciakiem, bohaterem współczesnej miejskiej baśni oraz Alicją podróżującą na drugą stronę lustra. Pastiszowy, niemal komediowy ton filmu sprawia, że mógłby również zbić piątkę z bohaterem "Wady ukrytej" Paula Thomasa Andersona, granym przez Joaquina Phoenixa Larrym Sportello. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ

zobacz też: