Polecamy produkcje anime, których nie nakręcił Miyazaki

Filmweb autor: Jakub Popielecki /
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/news/Polecamy+produkcje+anime%2C+kt%C3%B3rych+nie+nakr%C4%99ci%C5%82+Miyazaki-137786
Polecamy produkcje anime, których nie nakręcił Miyazaki
Hayao Miyazaki jest prawdopodobnie najpopularniejszym twórcą anime. Nawet osoby, które nie są fanatykami japońskiej animacji widziały zapewne któryś z jego filmów: czy to "Księżniczkę Mononoke", czy "Spirited Away", czy "Mojego sąsiada Totoro". Dla tych, którzy chcą pójść dalej w eksploracji anime, mamy kilka filmowo-serialowych propozycji: parę żelaznych klasyków oraz szczyptę nowości. 

***

"Mirai" (HBO GO, Player.pl)


Na początek coś względnie bliskiego twórczości Miyazakiego. Mamoru Hosoda, twórca "Wilczych dzieci" i "O dziewczynie skaczącej przez czas (również polecamy), dowodzi, że japońskie kino familijne to nie synonim słowa "Miyazaki". Jego"Mirai" jest "przedszkolnym" wariantem "Opowieści wigilijnej", opowieścią o 5-letnim egoiście, który w konfrontacji z kilkoma nadprzyrodzonymi gośćmi zacznie dorastać do uważności na drugą osobę. Hosoda ociera się tu o familijny ideał, inscenizując opowieść zarówno dla dużych, jak i małych. Dzieci znajdą tu historię swojego rówieśnika zmagającego się z bliskimi im problemami. Rodzice docenią poetycki namysł nad miejscem człowieka w skomplikowanej rodzinnej mozaice. A brawurowa animacja pogodzi wszystkich.

***

"Paprika" (iTunes)


Satoshi Kon to twórca tak wyjątkowy, że nieraz inspirowali się nim hollywoodzcy twórcy: choćby Darren Aronofsky "cytujący" "Perfect Blue" w "Czarnym łabędziu". "Paprika" to zaś "Incepcja" sprzed "Incepcji". Podobnie jak Nolan, Satoshi Kon opowiada tu o technologii pozwalającej odwiedzać ludzkie sny - w tym wypadku w celach terapeutycznych. Podobnie jak Nolan, łączy kryminalną intrygę z prowokującymi do namysłu pytaniami - bo cenne urządzenie zostaje skradzione i użyte w niecnym celu. Japończyk "odlatuje" jednak dużo dalej niż Nolan: "Paprika" to bowiem oszałamiający wizualnie narkotyczny trip, w pełni wykorzystujący psychodeliczny potencjał kina animowanego. Dajcie się porwać.

***

"Devilman Crybaby" (Netflix) 


Ta ekranizacja klasycznej mangi z lat 70. nie stara się być szczególnie "klasyczna" – wręcz przeciwnie. Trzon fabuły jest niby ten sam: opowieść o nastolatku z czystym sercem, który zostaje opętany przez demona. Twórcy "Devilman Crybaby" "apdejtują" jednak tę historię do czasów social mediów oraz – co ważniejsze – starają się podbić poprzeczkę ekstremum. Wychodzi im prowokacyjna mikstura balansująca na granicy dramatu, komedii, porno i gore: spodziewajcie się serialu, który hipnotyzuje równie mocno, co szokuje. Nie wiem, jak mówią na takie rzeczy Japończycy, ale Amerykanie nazwaliby to "disturbing". Niech to będzie rekomendacja.

***




Cyberpunkowy klasyk, bez którego nie powstałby chociażby "Matrix". Kto nie widział - musi obowiązkowo nadrobić. Kto widział - musi obowiązkowo powtórzyć. Film Mamoru Oshiiego to nieprzypadkowo jeden z pomników anime. Olśniewająca animacja i nieoczywista ścieżka dźwiękowa sumują się w przekonującą wizję przyszłości, a zapierająca dech w piersi akcja idzie ręka w rękę z medytacją o granicy między człowiekiem a maszyną. Do tego główna bohaterka, major Motoko Kusanagi, to jedna najciekawszych heroin kina SF: kobieta, która z równą pasją zadaje ciosy z półobrotu, co mierzy się z egzystencjalnymi pytaniami. I taki jest cały film: filozoficzny duch zamknięty w atrakcyjnym gatunkowym pancerzu.

***

"Blade of the Immortal" (Amazon Prime)
 

Coś dla fanów kina samurajskiego. Ekranizacja legendarnej mangi Hiroakiego Samury i zarazem nowa wersja serialu anime "Miecz nieśmiertelnego" z 2008 roku. Bohaterem jest przeklęty samuraj, który musi zabić tysiąc złych ludzi, aby odzyskać śmiertelność. Nowa adaptacja jest wierniejsza i mroczniejsza od poprzedniej (a czy lepsza, to już kwestia do dyskusji - fanów obu wersji nie brakuje). Nie ulega jednak wątpliwości, że płynna animacja i posępna tonacja kolorystyczna nowego "Immortal" idealnie nadają się choćby do rewelacyjnie zainscenizowanych samurajskich pojedynków. Jeśli cenicie sobie wycieczki do przeszłości Japonii, powolnie sączący się nastrój i lejącą się strumieniami krew, to coś zdecydowanie dla Was.
Udostępnij: