Recenzja filmu

Jestem mordercą (2016)
Maciej Pieprzyca
Mirosław Haniszewski
Arkadiusz Jakubik

Mistrz marionetek

W niektórych miejscach czuć piętno nadmiernych ambicji: dosłowność zakończenia zamienia "Jestem mordercą" w moralitet o winie i karze. Ma być uniwersalnie, głęboko, a ostatecznie – przynajmniej z ...
Retro zasłonki, retro mebelki, kożuchy z demobilu, dym papierosowy gęsty jak mleko – cała peerelowska rekwizytornia pomieszczona w jednym filmie. "Jestem mordercą" estetyzuje polskie lata 70., dokłada kolejną cegiełkę do budowy mitologicznych ciekawych, chociaż mrocznych czasów. Ale u Macieja Pieprzycy – podobnie jak w "Czerwonym pająku" Marcina Koszałki – historyczne realia nie są wyłącznie modnym kostiumem. I nie chodzi wcale o to, że reżyser zrobił film na motywach prawdziwych wydarzeń (sprawy skazanego na śmierć w 1977 r. Zdzisława Marchwickiego, domniemanego "wampira z Zagłębia") i po prostu postawił na rekonstrukcję 1:1. PRL to pełnoprawny bohater "Jestem mordercą", wyjątkowo przebiegły antagonista: bez litości mataczy przy śledztwie, bo karmi się iluzją praworządności i powszechnego narodowego szczęścia. Żeby w takim systemie osiągnąć indywidualny sukces, trzeba wziąć udział w politycznej maskaradzie – zostać jeśli nie reżyserem, to przynajmniej gotowym na wszystko statystą. Jak w "Wodzireju" Feliksa Falka czy w kinie moralnego niepokoju w ogóle. Pieprzyca spogląda wstecz – na mistrzów – ale nie tworzy kopii. Raczej nasyca popularną formułę gatunkową atmosferą zgnilizny, która budowała polskie kino lat 70.

 

Można się oczywiście zastanawiać, czy nie próbuje nam się po raz n-ty sprzedać dobrze sprawdzonego towaru. Ufam jednak, że Pieprzyca nie jest cynikiem i chodzi mu w pierwszym rzędzie o jakość – o kino gatunkowe najwyższej próby, o trzymający w napięciu kryminał, również niepozbawiony pytań o sprawy uniwersalne: winę, sprawiedliwość, naturę zła. Jakby kontrowersyjne śledztwo z własnego dokumentu o Marchwickim z 1998 r. próbował "uświatowić", rezygnując z faktografii na rzecz domysłów. Dzięki temu "Jestem mordercą" ogląda się w napięciu, ufając, że precyzyjnie wykreowana rzeczywistość PRL-u nie runie z hukiem pod naporem dwugodzinnego metrażu. Świetny jest zupełnie nieopatrzony Mirosław Haniszewski w roli Janusza Jasińskiego – jego twarz sytuuje się gdzieś między przeciętnością Stuhra z "Amatora" a elegancją aktorów Wajdy. Przemiana porucznika z idealisty w bezwzględnego karierowicza jest tak dobrze umotywowana i zagrana, że nie budzi większych wątpliwości. 

Jasiński zaczyna jako świeżo awansowany szef grupy dochodzeniowej o kryptonimie "Anna" – śledczy mają wytropić grasującego na Śląsku dewianta. Na początku wydaje się, że dla bohatera liczy się  prawda i tylko prawda – w śledztwie wykorzystuje niekonwencjonalne jak na owe czasy metody, np. analizę komputerową. Pierwszy w miarę udany strzał – schwytanie podejrzanego Wiesława Kalickiego – szybko modyfikuje optykę idealisty: przełożeni łykają finał śledztwa bez zastrzeżeń, a naród dziękuję, bo jedną z ofiar zabójcy była bratanica Gierka. Kariera, honory i pieniądze – oczywiście na miarę PRL-u – zaczynają korumpować Jasińskiego. Gra toczy się już nie o prawdę, ale o zachowanie status quo, mimo że kolejne fakty stawiają winę Kalickiego pod znakiem zapytania.

   

Pieprzyca umiejętnie balansuje na granicy satyry, kryminału i poważnej psychologii. Dawkuje humor i makabrę, ale nie nabija się z peerelowskiej irracjonalności w sposób kuglarski – to byłoby stawianie na taniochę, a u reżysera "Chce się żyć" mamy rzemiosło nieuciekające od niuansów. Filmowy Jasiński nie jest wyłącznie historyczno-gatunkową kliszą: targają nim silne wątpliwości; ciągle testuje granice moralne, cofa się w pół kroku, żeby za chwilę przywalić własnym zasadom z otwartej dłoni. Jego relacja z Wiesławem Kalickim to pełna sprzeczności gra śledczego z podejrzanym – fascynacja łączy się z obrzydzeniem, poczucie władzy nagle zmienia się we współczucie. To również wielka zasługa Arkadiusza Jakubika – w roli domniemanego psychopaty wypada wybitnie niestereotypowo. Jest ostentacyjnie "ludowy" – w areszcie życzy sobie kiełbasy i meczu Górnika Zabrze – co przeczy romantycznym w fantazjom o seryjnych zabójcach: przebiegłych, nieprzeciętnie inteligentnych i o wyrafinowanym guście. Ale Kalicki-prostak to tylko maska, pod którą kryje się... No właśnie, co? Strach, wściekłość, a może wyjątkowa empatia, życiowa mądrość? Nie wiemy, bo Jakubik odgrywa enigmę: człowieka, którego system wytresował – podobnie jak Jasińskiego – na uległą marionetkę. W pewnym momencie umęczony Kalicki całkowicie traci poczucie rzeczywistości. "Zabijałem czy nie zabijałem?" – pyta w jednej z najmocniejszych scen filmu. 

W niektórych miejscach czuć piętno nadmiernych ambicji: dosłowność zakończenia zamienia "Jestem mordercą" w moralitet o winie i karze. Ma być uniwersalnie, głęboko, a ostatecznie – przynajmniej z polskiej perspektywy – wychodzi dość powierzchownie. Szczęśliwie to tylko moment, epilog, który nie rzutuje zbyt mocno na odbiór całości. Rozumiem też intencje reżysera – ta gra w uniwersalia to znak, że polskie kino coraz częściej chce być zrozumiałe dla międzynarodowego widza. Nie wiem, czy "Jestem mordercą" zostanie docenione na Zachodzie, ale jedno jest pewne: filmowy PRL przestaje być zabawą wyłącznie narodową. Prymu nie wiodą już  lokalne romantyczne klisze – liczy się także bohater, intryga, psychologia. Dlatego Srebrne Lwy dla Pieprzycy to dowartościowanie kina, które może się podobać różnym kategoriom widzów. Ktoś nazwie taką postawę pójściem na kompromis, ale dla mnie to po prostu dobra filmowa robota.   
1 10
Moja ocena:
7
Marcin Stachowicz
Urodzony i wychowany w Radomiu. Skończył psychologię i kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Dawniej fan black metalu, niedoszły psychoterapeuta, leczył się z depresji filmami Lyncha, von... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
82% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (213 głosów).
Udostępnij:
Maciej Pieprzyca w swoim "Jestem mordercą" sięga po historię z prawdziwych kronik policyjnych: śląski "wampir" zabił w latach 60. kilkanaście kobiet, planując morderstwa ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 92%
Historia, która wydarzyła się naprawdę. "Wampir z Zagłębia". Uosobienie diabła, synonim zła. Pierwszy seryjny morderca w Polsce. Dwadzieścia jeden napadów, czternaście ze ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 87%