Recenzja Sezonu 1

Squid Game (2021)
Dong-hyuk Hwang
Jung-Jae Lee
Hae-soo Park

Igrzyska śmierci

Hwang Dong-hyuk, architekt koreańskiego hitu platformy Netflix, nie jest zainteresowany pogłębioną refleksją na temat samego medium. Autotematyczny i metafilmowy poziom jest tu raczej nadbudówką ...
Igrzyska śmierci
Iście Escherowskie schody zdają się prowadzić prosto do krainy dzieciństwa, gdzie przewodnikiem między labiryntem landrynkowych ścian jest głos z waty cukrowej. To wyłącznie podpucha, element starannie przygotowanego teatrzyku, którego kulminacyjnym punktem będzie bez mała Szekspirowska tragedia.

Podczas oglądania "Squid Game”" przez głowę przemyka człowiekowi myśl "dla kogo całe to przedstawienie?". Przecież nie dla odzianych w więzienne drelichy bidoków, którzy zaraz zostaną rzuceni na pożarcie dzikiej kapitalistycznej fantazji. Choć obiecuje im się fortunę za udział w zabójczym (tele)turnieju, nie oni - ale oglądający - są tutaj potencjalnymi zwycięzcami. Wypada więc zadać sobie cokolwiek niewygodne pytanie: czy jeśli podczas seansu nie odczuwamy dyskomfortu, nie grozi nam aby moralne odrętwienie i zwyczajna znieczulica? Oczywiście "Squid Game" nie jest żadnym testem. Sugestywnie brutalne sceny mają jednak emocjonalny ciężar i balansują na granicy szantażu. Ale szantażu jak najbardziej umyślnego, jakby chciano nam powiedzieć: wy płacicie, my dostarczamy.

Telewizja i kino nieraz już mocowały się z konceptem, by przekroczyć z góry ustalone obciachem i dobrym obyczajem granice reality show - często trójskokiem, dla czysto dramatycznego efektu. Ryzyko, że jako społeczeństwo upadniemy tak nisko, żeby od "Tańca z gwiazdami" przejść ku "Uciekinierowi" jest nikłe. Zresztą Hwang Dong-hyuk, architekt koreańskiego hitu platformy Netflix, nie jest zainteresowany pogłębioną refleksją na temat samego medium. Autotematyczny i metafilmowy poziom jest tu raczej nadbudówką niż zasadniczą treścią. Jako odbiorca dawno jednak nie czułem się postawiony przed tak bezpośrednio zadanym pytaniem o to, czemu oglądam akurat to, co oglądam.



Hwang nie wymaga też, abyśmy spowiadali się z perwersyjnej przyjemności czerpanej z podpatrywania zmagań nieszczęśników omamionych marzeniem o niewyobrażalnym bogactwie. Przecież sam nam taką zabawę dostarcza. Wymyślony przez niego serial nie ucieka jednak od analizy pewnych kwestii społecznych, analizy co prawda pobieżnej, podporządkowanej mimo wszystko pierwiastkowi rozrywkowemu, ale jednak potrzebnej, żeby "Squid Game" wybrzmiało dostatecznie głośno. Bo tutaj każde ludzie życie wydaje się być opatrzone etykietą i wycenione.

Syty głodnego nie zrozumie, dlatego, oglądając "Squid Game" z pozycji wygodnego fotela, trudno nie zastanawiać się nad wyborami podejmowanymi przez uwikłane w grę śmierci postacie. Częstokroć są one irracjonalne, zwykle urągają przyzwoitości, ale niezmiennie napędza je zrozumiała, zwyczajnie ludzka potrzeba ratowania swojego życia. Choć może tylko pozornie, bo przecież udział w tytułowym turnieju, którego codzienne etapy to sadystyczne wariacje na temat dziecięcych zabaw, jest dobrowolny.


Hwang stawia w tym miejscu znak równości między pechowym życiowym potknięciem a skuchą podczas owych gierek, której skutkiem jest niezmiennie śmierć uczestnika. Przecież trafili tu sami starannie wyselekcjonowani i skopani przez rzeczywistość nieszczęśnicy: oni już raz już przegrali. Zostali przeżuci i wypluci przez system mierzący godność i cenę człowieka wyłącznie stanem konta. Dlatego tytułowy turniej obiecujący miliony temu, kto pozostanie na nogach najdłużej, to nie byle zachęta do chciwego skoku na kasę. To ostatnia brzytwa ratunku dla tych, których przygniótł dwudziesty pierwszy wiek.

Nie byłoby jednak konfliktu, gdyby nie różnice charakterologiczne między postaciami. Dlatego oprócz głównego bohatera, Seonga Gi-Huna (Jung-Jae Lee), hazardzisty o miękkim sercu, mamy tu uciekinierkę z Korei Północnej, zatwardziałego kryminalistę, który spadł z przestępczego szczytu, śmiertelnie chorego starca czy zadłużonego inwestora obracającego cudzymi pieniędzmi. Każdy z nich trafił tu z innej przyczyny, ale łączy ich jeden cel: odzyskać dawne życie albo przeżyć je tak, jak należy, z godnością. A jednak - choć wszyscy uczestnicy gry są ludźmi niemającymi (jak sami sądzą) nic do stracenia - turniej stopniowo udowadnia im, że się mylą.



To właśnie owa introspekcja jest najciekawszym elementem serialu. Ale fakt, że oddziałuje tak silnie, wynika ze znakomitego skontrastowania tematycznej powagi i infantylnej scenerii, w której rozgrywają się te dramaty. Oraz z samego pomysłu na reguły i przebieg tytułowego "Squid Game". Ujawnienie tajemnicy, kto i dlaczego za tym wszystkim stoi, jest poważnym kiksem serialu. Bardziej niż zagadka kryminalna (jest tu nawet policjant próbujący ten węzeł rozplątać) Hwanga interesują bowiem interakcje między postaciami i twórca nie stara się swoich preferencji ukryć. Może i dałoby się potraktować całość jako metaforę, ale ze szkodą dla dzieła, bo jego dosłowność jest jednak sporą zaletą. Tak jak trudno graczom zrezygnować z udziału w tych zawodach, tak niełatwo wyłączyć Netflixa przed ostatnim odcinkiem, który zostawia nas z niewypowiedzianym pytaniem: czy zapłacisz za obejrzenie kolejnej gry?
1 10
Moja ocena serialu:
8
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
76% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (192 głosy).