Felieton

Arnold absolutny

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Arnold+absolutny-88610
Trudno uwierzyć, że w latach 90. "Pamięć absolutną" oglądaliśmy na śmiertelnie poważnie. Na tle współczesnego remake’u widać, jak bardzo film Verhoevena przepełniony jest groteskowym humorem. I jak strasznie zestarzał się promowany w nim wzorzec męskości.

Dla "Pamięci absolutnej" trzeba nieco rozszerzyć epokę lat 80., która wyznacza zwykle granicę dla filmów goszczących w "Efektach specjalnych" – ale jest to rozszerzenie niemal symboliczne. Film przypuścił zmasowany atak na kina latem 1990 roku, ale nie tylko data decyduje o tym, że jest to produkcja z pogranicza starej i nowej epoki. Następuje tu znaczące "przejęcie władzy" – to jeden z pierwszych głośnych tytułów, w którym istotną rolę odgrywają nie CGI, ale najbardziej wymagające efekty specjalne stworzono dzięki zaawansowanym technikom analogowym – z użyciem miniatur, charakteryzacji i animatroniki. Pomostem między epokami jest także gwiazdor filmu Arnold Schwarzenegger, w szczytowym momencie popularności, która trwała niemal całe lata 80. i 90. Inna rzecz, że projekt zaczął swoją wędrówkę po wytwórniach już w latach 70.


Scenarzyści "Obcego" Dan O'Bannon i Ronald Shusett kupili prawa do opowiadania Philipa Dicka jeszcze za życia pisarza i przygotowali kilka wersji scenariusza, martwiąc się ograniczeniami technicznymi ówczesnego kina. Opłacało się czekać, bo chcąc dziś porozumiewawczo wspomnieć o efektach w TEJ kultowej scenie, wpada się w pułapkę. "Pamięć absolutna" jest napakowana "tymi scenami" – nie wiadomo, od czego zacząć: pęczniejących pod wpływem marsjańskiej atmosfery ludzkich ciał, obdarzonych niepowtarzalną fizjonomią mutantów, wybuchającej głowy-maski czy słynnego gagu z potrójnym biustem. Ekipę wyśmienitych fachowców od efektów nadzorował sam Rob Bottin i to jego animatroniczne zabawki i poklatkowe efekty dały filmowi zaszczytne miejsce w historii i box offisie. CGI ograniczają się do jednej sekwencji (animowane szkielety na skanerze w punkcie kontroli bezpieczeństwa). Scenie, w której głowa pulchnej, podejrzanie uśmiechniętej pani otwiera się jak mechaniczna zabawka, by odsłonić twarz Arnolda (TEJ scenie), trzeba przyglądać się naprawdę uważnie, by zrozumieć stojący za wszystkim analogowy trik.

Remake Lena Wisemana przyszedł na tyle wcześnie, że musi konkurować z całym tym bogactwem, nic więc dziwnego, że do większości kultowych scen jakoś nawiązuje, podejmując niekiedy udaną grę z oryginałem. Uwagę przykuwa jednak coś innego. Dopiero dziś, w świetle śmiertelnie poważnego remake’u, widać, że oryginalna "Pamięć absolutna", zwłaszcza w warstwie plastycznej, przepełniona jest groteskowym humorem. Trudno uwierzyć, że mainstreamowym blockbusterem mógł być film tak pokręcony. Obie wersje nawiązują wizualnie do "Łowcy androidów" Ridleya Scotta, ale film Verhoevena więcej ma w sobie dziwactwa pokrewnego filmom Terry’ego Gilliama czy wczesnego Davida Cronenberga.
Groteska pozwala gładko wkomponować w ten świat groteskowego po czubki włosów Schwarzeneggera, który jest największym "efektem specjalnym" widowiska. Nie można jednak nie doceniać Arniego, bo był on nie tylko mięśniami, ale i mózgiem przedsięwzięcia – to za jego sprawą projekt w ogóle trafił do produkcji i w ręce Verhoevena. Przez lata trwało przeciąganie liny: po O’Bannonie przy scenariuszu przez rok majstrował właśnie Cronenberg, ale producenci pilnowali, by tekst nie odszedł za bardzo od wytyczonego kierunku, który można by streścić, jako "Indiana Jones na Marsie".

 

Dobrze rozpisana i w miarę sensowna historia jest w równej mierze zasługą poszczególnych autorów, co geniuszu Dicka. Główny bohater to nękany koszmarami przeciętniak o nazwisku Quaid ("przeciętniak" w ciele Arniego ożeniony z Sharon Stone), którzy marzy o dokonaniu w życiu czegoś istotnego. Przypadkowo odkrywa, że ktoś wyprał mu mózg, a jego życie to mistyfikacja. Podczas próby wszczepienia sztucznych relaksacyjnych wspomnień wakacyjnych do głosu dochodzi jego prawdziwa tożsamość – rządowego agenta potajemnie współpracującego z ruchem oporu.

Nowy film stara się nasycić fabułę współczesnymi kontekstami. Dziś, kiedy łazik Curiosity przeszukuje powierzchnię Czerwonej Planety, opowieść o marsjańskiej kolonii, na której zły gubernator dozuje uciemiężonym mutantom powietrze, bardziej pasuje do opowieści fantasy pokroju "Johna Cartera" niż poważnego science fiction. Akcję przeniesiono więc na Ziemię i podzielono na bogate Imperium Brytyjskie i biedną eksploatowaną kolonię. Duży akcent położono na instrumentalne straszenie społeczeństwa widmem terroryzmu i demoniczną twarz przemysłu zbrojeniowego. Wiseman stara się też mocniej niż w oryginale wygrać wątpliwość, która część akcji należy do rzeczywistości, a która jest zaprogramowaną fikcją.

Ale to, co najbardziej różni obie wersje filmu, widać już na plakacie. Fakt, że miejsce wielkiego Arniego zajął chłopięcy Colin Farrell świadczy dość dobitnie o zmianie wzorcowego modelu męskości, jaka dokonała się w kinie popularnym w ostatnich dwóch dekadach. I jest to zmiana radykalna, która pociągnęła za sobą zasadnicze przesunięcia w scenariuszu i w roli, jaką odgrywają w nim kobiety. W filmie z 1990 roku nawet bojowniczka ruchu oporu Melina mięknie pod namiętnym spojrzeniem gubernatora Kalifornii. Sharon Stone jest co prawda ostrą, niebezpieczną zabójczynią, ale tylko do czasu przybycia swoje przełożonego i kochanka w jednej osobie, przy którym zmienia się w potulne zwierzątko. Potrafi strzelić, kopnąć i uwieść, ale jest jedynie narzędziem w rękach mężczyzny. W nowej wersji (i wykonaniu Beckinsale) nie tylko wykazuje się niemal nadnaturalną biegłością w kopaniu tyłków, ale sama jest swoim zwierzchnikiem (choć nadal odpowiada przed demonicznym Cohaagenem). Znika także kontrast: zła, podstępna blondynka kontra dobra, prostolinijna brunetka, który dla kina lat 80. wydawał się filozoficznie zasadniczy.

 

Wróćmy jednak do mężczyzny, który we współczesnym wcieleniu zdaje się odczuwać konsekwencje globalnego kryzysu męskości. Jest zagubiony i w odkrywaniu swojej zabójczej tożsamości przypomina trochę przerażonego własnymi umiejętnościami agenta Bourne'a. Arnoldowi nic nie było w stanie zmyć uśmieszku z twarzy. Przelatywał przez szyby, przechodził przez ściany i rzucał kultowymi one-linerami, naznaczając je swoim silnym akcentem i siejąc wokół groteskową przemoc. Bohater Farrella, by się wykazać i uzasadnić swoją wyjątkowość, potrzebuje choć trochę unikalnych umiejętności (zanim zaczął walczyć z syntetycznymi policjantami, pracował w fabryce, która ich produkowała). Gubernator po prostu idzie przed siebie, by na końcu wcisnąć odpowiedni przycisk.

Charakterystyczny jest sposób, w jaki jego bohater odwraca kartę, gdy zostaje pochwycony przez wroga. Jest bezbronny, przykuty do fotela, gra wydaje się skończona. Złoczyńca zgodnie z tradycją detalicznie wykłada swój diaboliczny plan i za chwilę wymaże mu pamięć. Jaki przebłysk geniuszu, łut szczęścia może odwrócić los planety? Podstęp Arniego jest wybitny: napina muskuły, zrywa stalowe kajdany, zabija ośmiu gości i wraca do gry. Człowieka definiują jego działania – mówi Quaiowi przywódca rebeliantów. Żelazny Gubernator i jego ekranowe wcielenia rozumieją tę filozoficzną mądrość do głębi i dosłownie.