Felieton

Seks, sci-fi i kasety wideo

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Seks%2C+sci-fi+i+kasety+wideo-103165
Wielkie tematy nie onieśmielały Paula Verhoevena. Gładko łączył je z niefrasobliwymi fabułami, dziwacznymi żartami, perwersją i beztroską rozwałką.

 
"RoboCop", 1987 / "Robocop", 2014
Gdy do kin wchodzą remaki filmów, na których się wychowałeś, to wiedz, że coś się dzieje i tym czymś jest najpewniej twoja starość. Rynek robi swoje, dziecięce wspomnienia dogania nieubłagany cykl produkcyjny. Jeśli kogoś podkusi, by biadolić, że robią zamach na "jego" film, niech się postawi na miejscu Paula Verhoevena – aktywnego reżysera, kiedyś podpisującego seryjnie najbardziej dochodowe hollywoodzkie produkcje, dziś oglądającego ich przeróbki z kinowego fotela. Przed "Robocopem" była przecież nowa "Pamięć absolutna", a wcześniej ciąg dalszy dopisany do "Nagiego instynktu". Verhoeven nie zgrywa obojętności – ogląda, nie waha się krytykować, ale nie histeryzuje. Nikt nie powinien – remake to zawsze okazja, by pobawić się w porównania i przypomnieć sobie o autorach pierwowzoru.

Remake vs oryginał

Verhoeven niemal przez dekadę był królem Hollywood. Trafił tu jako kolejny "Europejczyk od pokręconego arthouse'u", a podarowany mu na dzień dobry egzemplarz scenariusza o robo-gliniarzu wyrzucił do kosza. Wyciągnęła go stamtąd jego żona, której udało się przekonać reżysera, że w projekcie tkwi znaczący potencjał. Holender zrobił w Ameryce trzy filmy science fiction ("Robocop", "Pamięć absolutna", "Żołnierze kosmosu"), dwa bazujące na erotyce ("Nagi instynkt", "Showgirls") i jeden dość dziwacznie łączący oba te elementy ("Człowiek widmo"). Jego amerykańską karierę (i kilka innych) zastopowały "Showgirls" – opowieść o świecie rewii tanecznych Las Vegas, która miała być przedłużeniem oszałamiającego sukcesu "Nagiego instynktu", ale stała się symbolem finansowej katastrofy i pretendentem do tytułu najgorszego filmu wszech czasów. Obie opinie są zresztą mocno przesadzone – film jest najwyżej słaby, bez startu do tych naprawdę złych, a jego porażka finansowa oznacza tyle, że zwrócił się z nawiązką, ustalając dzięki przychodom z dystrybucji wideo rekordowy wynik w swojej restrykcyjnej kategorii wiekowej.


"Showgirls"
Największe sukcesy przyniosły Verhoevenowi produkcje fantastyczne, na planie których zebrał imponujący zespół speców od efektów i nieskromne budżety. Względnie niskobudżetową produkcją był jedynie "Robocop", ale dzięki pracy takich gości jak Rob Bottin (twórca animatronicznych efektów w "Coś" Carpentera zaprojektował kostium robo-gliny) nie czuć po nim żadnych bolesnych ograniczeń. Widowiska podpisane przez Verhoevena wyznaczały standardy, były kosztownymi bombonierkami napakowanymi najlepszą technologią, jaką w momencie premiery dysponowało kino. To oczywiście czyni z nich łakome kąski w departamencie recyklingu. Na ekranie widać jednak, że w czasie, jaki upłynął między premierą oryginału i nową wersją, zmieniło się coś więcej niż tylko technika efektów specjalnych.

Nowy "Robocop" na przykład bardziej przypomina superbohatera niż robota. Film przesuwa akcent z zagadnień biotechnologicznych na etykę wirtualnie prowadzonej wojny – temat gorący dzięki głośnemu udziałowi dronów we współczesnych konfliktach prowadzonych przez Stany Zjednoczone. Główna rozgrywka nie odbywa się na ulicach między gangsterami, skorumpowanymi gliniarzami i zarządcami korporacji, ale w telewizji i na spotkaniach marketingowców. Po premierze nowej "Pamięci absolutnej" przyglądałem się w "Efektach specjalnych" (art. pt. "Arnold absolutny" do przeczytania TUTAJ) zmianom, jakim uległ wzorzec męskości – w latach 90. reprezentowany przez mięsistego Arnolda Schwarzeneggera, dziś przez chłopięcego Colina Farrela. Zabawa w porównywanie i wynajdowanie różnic dostarczyłaby pewnie materiału na książkę, ale ciekawsze wydaje się coś innego. Że remake różni się od oryginału – to jasne. Ale jak bardzo oryginał oglądany dziś może się różnić od seansu zapamiętanego z lat 90.?

Oryginał vs oryginał

Fantastyki Verhoevena oglądane w 2014 roku to filmy zupełnie inne od tych, które spijałem z VHS-ów w latach 90. i tylko częściowo zrzuciłbym to na karb pamięci nieabsolutnej. Te produkty masowej rozrywki, brane kiedyś na cel przez wszystkich pragnących wygłosić parę zdań o marnej kondycji kina i współczesności, wydają się dziś niemal wywrotowe, pełne dziwactw i odważnego humoru. Nie chodzi tylko o te otwarcie satyryczne fragmenty – wplecione w każdy z filmów reklamy, odbijające w krzywym zwierciadle marzenia o świecie idealnym. Humor jest tu ważną częścią warstwy plastycznej i nawet najbardziej widowiskowe sceny i najdroższe efekty służą często zrobieniu jakiegoś beztroskiego wygłupu. Jak w scenie z "Pamięci absolutnej", w której Arnold dezaktywuje swój skomplikowany przyrząd do kamuflażu, by podrzucić go przeciwnikom niczym laskę dynamitu w kreskówce. Kolejne akcje Robocopa to w zasadzie gagi kończące się odpowiednią puentą (niejednokrotnie wybrzmiewającą z odgłosem wystrzału), a obrazu dopełniają przerysowane czarne charaktery.


"Pamięć absolutna", 1990
Wiadomo, że dziecięca wyobraźnia płata figle, ale okazuje się, że i dorośli widzowie dali się nabrać na "powagę" filmów Verhoevena, odbierając je jako skrajnie brutalne. "Chcę z powrotem moje pieniądze, mój czas i przede wszystkim – moją niewinność" chlipała na łamach "Evening Standard" Maggie Anderson, zauważając co prawda groteskowość przemocy w oryginalnym "Robocopie", ale pozostając obojętną na wszelkie znaki umowności. Przemoc wydaje się tu bowiem raczej obiektem zabawy, jak każdy inny element świata. Jeśli obrazy te dziś zaskakująco bawią, to nie dlatego, że się postarzały, ale ponieważ odsłoniły swoją komiczną, bezpretensjonalną warstwę – tak deficytową we współczesnych widowiskach, stawiających na standard "darker and edgier", któremu zawdzięczamy wspaniałego, ale śmiertelnie poważnego "Batmana" i mnóstwo równie poważnych, ale już niekoniecznie wspaniałych kontynuatorów.

Remaki filmów Verhoevena to przyzwoita rozrywka, ale trudno oczekiwać, że będą kogoś elektryzować, gdy osiągną dzisiejszy wiek oryginałów. "Nie udało się, bo wyszło zbyt poważnie" – oceniał Verhoeven nową "Pamięć absolutną" w wywiadzie udzielonym "The Huffington Post" – "Nie zorientowali się, że ta duża historia jest jednocześnie dziwna. I niemożliwa, oczywiście". Sukcesy superbohaterskich produkcji w ostatnich latach nauczyły producentów, by traktować swoich widzów poważnie. Opłaciło się to wszystkim, ale jest i efekt uboczny – receptą na sukces wydaje się wyłącznie powaga, mrok i "realizm". Możemy sobie puścić oczko, o ile nie zaburzy to tonacji. Dziwactwo, dziecinada, rozkoszna głupota (niezbywalny element wielu fantastycznych opowieści) przycinane są do regulaminowej długości.

Filozofia vs wielkie robale


Jak krucha jest ta wypracowana równowaga, czuć w scenach rodzinnych nowego "Robocopa". W poważnym świecie pojawiają się poważne pytania – co, jeśli zła korporacja pozwoliłaby okaleczonemu bohaterowi na powrót do rodziny? Jak wyglądałaby relacja syntetycznego ojca z synem, jak małżeństwo poradziłoby sobie z napięciem seksualnym? José Padilha kluczy, by w powietrzu nie zawisło kłopotliwe pytanie, Verhoeven przeciwnie – bawi się dziwnością i niezręcznością, celebruje je. W "Robocopie" to jeszcze wybór, w "Pamięci absolutnej" – konieczność podyktowana udziałem głównego gwiazdora z jego niezbywalnym akcentem i sylwetką nie dającą się ukryć pod kostiumem. Zgodnie z oryginalnym scenariuszem Arnold Schwarzenegger miał grać… księgowego. Reżyser przyznaje, że marzyło mu się zatrudnienie Harrisona Forda i zrobienie czegoś w tonacji "Blade Runnera". Z Arniem na pokładzie musiał zmienić założenia – przekuł więc gryzipiórka w pracownika fizycznego, a widzom zafundował festiwal barwnego szaleństwa.


"RoboCop", 1987
Najważniejsze, że wszystko to nie oznacza rezygnacji z poważniejszych  aspiracji scenariusza opartego na prozie Philipa K. Dicka. Humor oryginalnego "Robocopa" także nie unieważnia poruszanych kwestii bioetycznych czy społecznych. "Żołnierzy kosmosu" można czytać jako metaforę kolonialnych aspiracji USA, ale jednocześnie pozostaje ona błahą opowiastką o wojennej przygodzie i wielkich robalach. Wielkie tematy nie onieśmielały Verhoevena, łączył je więc z niefrasobliwymi fabułami, dziwacznymi żartami, perwersją i beztroską rozwałką. Kino głównego nurtu zdaje się zatracać umiejętność takich połączeń. I dopiero to skłonny byłbym nazwać utratą niewinności, nad którą załamywała ręce Maggie Anderson w 1987 roku.
Udostępnij: