Relacja

BERLINALE 2013: Rosyjska rewolucja i największa gwiazda porno

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2013%3A+Rosyjska+rewolucja+i+najwi%C4%99ksza+gwiazda+porno-93061
Festiwalu w Berlinie ciąg dalszy. W Konkursie Boris Khlebnikov prezentuje surowy portret rosyjskiej prowincji "A Long and Happy Life" ("Dolgaya schastlivaya zhizn"), a w sekcji Panorama twórcy "Howl" z Jamesem Franco opowiadają historię aktorki porno Lindy Lovelace ("Lovelace").

Słodkiego, miłego życia

Polityczny wymiar berlińskiego konkursu ujawnił się za pośrednictwem filmu Borisa Khlebnikova. Punkt wyjścia nie jest zbyt odległy od sąsiadującego z nim w programie "Promised Land" Gusa Van Santa. I tutaj mamy lokalną społeczność zagrożoną machinacjami złowrogich biznesmenów. I tutaj mamy walkę głównego bohatera z własnym sumieniem. Fabuła w "A Long and Happy Life" przybiera jednak dużo bardziej dramatyczny obrót.

 

Śledzimy losy Saszy, który przyjechał z miasta na rosyjską wieś, by nadzorować pracę tutejszych rolników. Bardziej opłacalne dla inwestora jest jednak przejęcie ziemi i wypłacenie odszkodowań osobom, które stracą w wyniku tego posunięcia swoje źródło utrzymania. Sasza już ostrzy sobie zęby na tę wypłatę, która pozwoli mu zrealizować marzenie o powrocie do miasta z poznaną tu dziewczyną. Ale ku jego zdumieniu ludzie postanawiają stawić opór bogaczom, woląc regularne zatrudnienie od jednorazowego przypływu gotówki. Z namaszczeniem wypowiadają słowo "rewolucja", tak istotne dla historii ich państwa.

Obraz zapomnianych rejonów Rosji, jaki maluje tu Khlebnikov, nie odbiega od stereotypowego wizerunku tego kraju. Reżyser nie owija w bawełnę: jest źle. Bieda, dorywcza praca, widmo masowych zwolnień. Nawet stający na czele buntowników Sasza jest bohaterem z przypadku, wepchniętym w tę rolę przez rozjuszony tłum. Tym ciekawsze, że odnajduje się w niej i otwarcie przeciwstawia swoim pracodawcom. Lokalna społeczność potrafi to docenić, odwdzięczając się choćby… ustępowaniem mu miejsca w kolejce po zakupy. W końcu na nic więcej ich nie stać.


Tytuł filmu Khlebnikova jest oczywiście ironiczny, nie stoi za nim historia nieoczekiwanego bohatera, który w finale stawia na swoim. Każda podjęta przez Saszę decyzja okazuje się błędna, każdy sojusznik łatwo może przestać nim być. Widoczny już w pierwszym ujęciu szemrzący pod oknem mężczyzny strumyk szybko traci znamiona sielskości. W kolejnych scenach dom bohatera wydaje się unosić na widocznej przez okna wodzie, co potęguje wrażenie nerwowości i niepewności. Reżyser skutecznie nasyca ekran elementami, które tworzą oplatającą bohatera atmosferę zagrożenia.

Ale trajektoria jego losu wydaje się zbyt wyrachowana. Nie widzimy momentu, gdy w Saszy coś pęka i jego finałowa wolta wydaje się odrobinę przesadzona. W finałowym zwrocie gubi się gdzieś prawdziwa istota tragedii ludzi z rosyjskiego zaścianka. Bezsilność bohatera znajduje przynajmniej ujście – jakkolwiek chwilowe – rdzenni mieszkańcy pozostaną jednak pozbawieni szansy na bycie usłyszanym. Rewolucyjny potencjał spali na panewce, a oni bezgłośnie odejdą w niebyt.

Linda, Linda, Linda


Życiorys Lindy Lovelace zawiera tę magiczną miksturę seksu i przemocy, sprawiającą, że jej nazwisko wciąż pozostaje "gorące", nawet 30 lat po premierze "Głębokiego gardła", które uczyniło z niej gwiazdę. Wolta wizerunkowa, jaką przeszła ta kobieta – od ikony seksualnej rewolucji po wroga numer jeden pornografii – tylko pobudza zainteresowanie jej historią. Tym bardziej szkoda, że film Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana analizę jej kulturowej roli zastępuje melodramatycznymi kliszami.

Lindę (Amanda Seyfried) poznajemy w filmie jako nastolatkę, krzywiącą się na jakiekolwiek wzmianki o czynności, która przyczynić się miała do jej sukcesu. Wkrótce jednak dziewczyna spotyka Chucka Traynora (Peter Sarsgaard) i bierze z nim ślub – zaiste na dobre i na złe. To dzięki jego inicjatywie Linda trafi do seksbiznesu, co zaowocuje z kolei występem w kultowym filmie.

Autorzy stosują bardzo ciekawy zabieg i opowiadają historię Lovelace dwa razy. Najpierw oglądamy wersję pozytywną (można by rzec "oficjalną"), w której Chuck nie wydaje się taki zły, a sukces "Głębokiego gardła" cieszy bohaterkę, która chciałaby wykorzystać go jako trampolinę do kariery aktorskiej. W którymś momencie zegar się cofa i losy Lindy toczą się przed naszymi oczami raz jeszcze. Tym razem jednak złożone są z fragmentów wcześniej pominiętych. To ciekawy chwyt tematyzujący kwestię wizerunku aktorki. Z zewnątrz mogła wydawać się wesołą i napaloną hippiską, podczas gdy w rzeczywistości jej życie było piekłem.

Twórcy "Lovelace" snują coś na kształt feministycznej przypowieści o kobiecie, która wyzwala się dopiero, gdy uwalnia się od wpływu złego mężczyzny, a nie kiedy rozbiera się przed kamerą. Biografia Lovelace jednak niefortunnie ociera się o niezbyt wyszukany melodramat i w rękach autorów niebezpiecznie zbliża się do telewizyjnych realizacji w stylu "Okruchy życia". Niewiele tu subtelności – więcej tanich wzruszeń. Wątek matki (Sharon Stone), która nieświadomie pcha bohaterkę w ramiona oprawcy, zasługiwałby na pogłębienie. Choć w ujęciu Epsteina i Friedmana wydaje się kluczowym elementem historii Lovelace, został potraktowany mechanicznie, jako kolejna przeszkoda na drodze bohaterki. Amanda Seyfried dwoi się i troi, ale może zrobić tylko tyle, na ile pozwala jej scenariusz.

Szkoda też, że "Lovelace" nie zarysowuje lepiej fenomenu samego "Głębokiego gardła". Widzimy co prawda, jak Linda nagle staje się popularna, ale kulisy porno-biznesu są tu zaledwie naszkicowane. Wygląda, że kierują nim jacyś faceci w garniturach i w willach z basenami, daleko jednak filmowi do wnikliwości "Boogie Nights" Paula Thomasa Andersona. Zgoda, był już dokument o okolicznościach sukcesu tego filmu, a tutaj najważniejsza jest bohaterka. Wciąż jednak wydaje się, że moment historyczny miał w przypadku kariery Lindy Lovelace zbyt duże znaczenie, by go tak zlekceważyć.