Relacja

CANNES 2012: Obrońcy przeszłości i systemu

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2012%3A+Obro%C5%84cy+przesz%C5%82o%C5%9Bci+i+systemu-85515
Podczas gdy u nas pogoda w końcu się uśmiechnęła, w Cannes zimno, mokro i wieje. Mimo niesprzyjającej aury nasze redakcyjne koleżanki nie zwalniają tempa i codziennie dostarczają nam kolejne relacje z festiwalu. Dziś Malwina Grochowska dzieli się wrażeniami z seansu Angels' Share", najnowszego filmu Kena Loacha, oraz teatralnego "You Ain't Seen Nothing Yet!".

***

Najstarsi weterani zastanawiają się, kiedy to ostatnio podczas festiwalu panowała równie zła pogoda co w tym roku (konsensus - kiedyś w latach 70.) Po czekaniu w strugach deszczu przez pół godziny na wejście do kina, w imprezach namiotowych zamiast plażowych trochę trudniej o entuzjastyczne nastawienie do "święta kina". Ale nastrój obniża oczywiście również ton filmów pokazanych dotychczas w konkursie.

Niespodziewanie na ratunek kichającej i zdołowanej publiczności przybyli Ken Loach i Paul Laverty. "Angels' Share" wywołało gremialny śmiech już podczas pierwszej sceny: typ w dresowej bluzie mało nie wpada w niej pod pociąg, mimo coraz dziwniejszych ostrzeżeń kierowanych do niego z dworcowego głośnika. Dopiero komunikat "Tu mówi Bóg" sprawia, że się opamiętuje i w ostatniej chwili ucieka spod kół. Prócz niego poznamy na wstępie kilka młodych osób, które za różne wykroczenia wyrokiem sądu zostały skazane na prace społeczne. Wśród nich jest główny bohater filmu, Robbie. Młodzian ma za sobą kryminalną przeszłość, ale teraz stara się wyjść na prostą, głównie dlatego że jego dziewczyna jest w zaawansowanej ciąży. Nie będzie mu łatwo, szczególnie że prześladują go dawni koledzy z ulicy, a nowobogacki ojciec dziewczyny za wszelką cenę chce odsunąć go od córki. Na szczęście bohater poznaje Harry'ego, który nadzoruje pracujących społecznie wyrostków. Jeden bezinteresowny gest ze strony opiekuna sprawia, że na horyzoncie Robbiego zaczyna migotać szansa na lepsze życie.       

Prosty chłopak łapie bakcyla smakosza whisky – taki pomysł może brzmieć niewiarygodnie, ale tak naprawdę po prostu udanie przełamuje stereotyp, według którego bieda nie idzie w parze z upodobaniem do dobrych trunków. Duet Loach-Laverty buduje zwykłą-niezwykłą historię, w której żenią swój charakterystyczny społeczny sznyt z podnoszącym na duchu przesłaniem. Tym samym "Angels' Share" zbliża się raczej do "Goło i wesoło" czy "Billy'ego Elliota" niż wcześniejszych, nawet tych bardziej pozytywnych filmów samego Loacha. Klasa niższa pozostaje w centrum zainteresowania filmowca i zostaje odmalowana w wielu odcieniach. Główny bohater to świetna postać: z jednej strony jest nieokrzesany, nawet agresywny, ale pod kostropatą powierzchnią dostrzegamy subtelność i chęć zmiany, co pozwala myśleć, że stać go na coś więcej niż powtórzenie życiowej drogi bezrobotnego ojca. Trochę gorzej prezentują się pomocnicy, którzy otrzymali tylko po jednej cesze wyróżniającej. Bohater dworcowej sceny to typowy wioskowy głupek, który pyta "Mona kto?", gdy słyszy "Mona Lisa", co nie zmienia faktu, że wypada przezabawnie. Ich koleżanka ma kolorowe włosy i kradnie, niewiele więcej można o niej powiedzieć. Wyraźniej zostali określeni Harry oraz amatorzy whisky i dzięki nim obraz ucieka od wygrywania prostego kontrastu bogaci - wykluczeni.

 

Konflikt społeczny okazuje się rozwiązywalny, Robbiemu udaje się wpasować w system. Na pewno nie należy on do tych, którzy ostatniego lata demolowali sklepy w Londynie. Dość  zaskakujące, że taki wydźwięk swojej historii Loach nadaje właśnie teraz, kiedy coraz głośniej mówi się o tym, że młody prekariat nie ma szans na choćby w miarę ustabilizowaną przyszłość. Tymczasem wielki społecznik brytyjskiego kina serwuje nam budującą (albo "budującą", w zależności od opcji ideologicznej) historię o możliwości społecznego awansu. Czyżby stanął po stronie konserwatywnej obrony wartości?

Drugi film wczorajszego dnia, z drugiej strony Kanału La Manche różni się od "Angels' Share" wszystkim prócz jednego: również wychodzi z konserwatywnej pozycji. Skrajnie konserwatywnej. To nadmuchany do granic możliwości i zakochany w sobie film. Skromnością bije już jego tytuł: "You Ain't Seen Nothing Yet!". Większość słów, które padają (a pada ich dużo) w nowym filmie Alaina Resnaisa, będą wykrzykiwane z podobną emfazą. Reżyser nie od dziś lubiący w kinie teatralną frazę tym razem serwuje ją zdecydowanie w nadmiarze. "You Ain't Seen Nothing Yet!" to teatr w kinie. Teatr zastygły w formie i martwy. To gra dla gry, puste, choć nad wyraz eleganckie ćwiczenie stylistyczne.

Pretekstem do rozpoczęcia przedstawienia jest śmierć uznanego dramaturga Antoine'a d'Anthaca. Według jego ostatniej woli, do jego domu przybywają przyjaciele – aktorzy, którzy na przestrzeni lat grali w spektaklu zmarłego "Eurydyka" (chodzi tu nie o klasyczną operę, ale o sztukę Jeana Anouilha, XX-wieczne przepisanie greckiego mitu). Rolę major domusa odgrywa Andrzej Seweryn. Wśród aktorów jest i Michel Piccoli, i Mathieu Amalric, i Sabine Azema (prywatnie żona Resnaisa), czyli śmietanka francuskiego aktorstwa. Występują pod swoimi nazwiskami. Seweryn z namaszczeniem wprowadza ich do dziwnego domu zmarłego – ni to do teatru, ni do kościoła. Jego przestrzeń jest nietypowo zbudowana: wielka, pustawa, jakby przypadkowo urządzona. Sama przypomina teatralną dekorację.

Aktorzy mają za zadanie obejrzeć i ocenić na ekranie telewizyjnym nowe wystawienie "Eurydyki", przygotowane przez młodych aktorów z niezależnej grupy teatralnej. Ten spektakl rozgrywa się w dekoracji industrialnej (w przeciwieństwie do wytapetowanego tła, na którym toczy się równorzędne przedstawienie w wykonaniu starszego pokolenia), wśród rozstawionych beczek i surowych ścian. Najwidoczniej w niektórych kręgach wciąż taka dekoracja uchodzi za cechę teatru awangardowego. Szybko starsi aktorzy siedzący przed telewizorem włączają się do gry, wtrącając kwestie. Najpierw je recytują, potem wczuwają się coraz bardziej, przenoszą myślami do dekoracji, w których grali "Eurydykę". Eurydyka również jest tutaj aktorką: podróżuje z trupą teatralną, kiedy na dworcu poznaje Orfeusza.

Opowieść otwiera się w opowieści, w opowieści. Lecz każda kolejna forma wydaje się coraz bardziej zbędna i jedynie ukrywa fakt, że pod spodem nic nie ma. Na pewno wiele osób zachwyci się filmem Resnaisa: znajdzie tu i przywołanie klasyki, i podręcznikową grę aktorów (tyle że z podręcznika sprzed co najmniej 20 lat do grania na scenie Comédie Française, a nie w kinie), i hołd dla sztuki. Niestety, składanie hołdu ma to do siebie, że zamienia kinowe przeżycie w nudną uroczystość ku czci. 90-letni Resnais sam sobie urządził pogrzeb w pięknym starym stylu: żegna się za pośrednictwem filmu z aktorami, tyle że widz po drugiej stronie ekranu jest na takim wydarzeniu zupełnie niepotrzebny.
Udostępnij: