Relacja

CANNES 2015: Głośniej od bomb

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2015%3A+G%C5%82o%C5%9Bniej+od+bomb-111533
Festiwal powoli zmierza do końca, a my podglądamy kolejnych zawodników wyścigu o Złotą Palmę: Michał Walkiewicz pisze o anglojęzycznym debiucie Joachima Triera ("Reprise. Od początku, raz jeszcze"), czyli "Louder Than Bombs", a Marcin Stachowicz pastwi się nad "Marguerite i Julien" w reżyserii Valérie Donzelli.

***

Wykolejeni (recenzja filmu "Louder Than Bombs", reż. Joachim Trier)

Jest w filmie Joachima Triera scena, która ociera się o geniusz. Oto zatroskany ojciec (Gabriel Byrne) tworzy postać w grze rpg i przemierza cyfrowy świat w poszukiwaniu swojego syna (Devin Druid) – podobnie jak on skrytego za awatarem. Kiedy wreszcie go spotyka, zatrzymuje się i poddaje fali obezwładniającej czułości. Syn tymczasem, niewzruszony i zaskoczony nieruchomym celem, zatapia w jego czaszce topór. To kapitalna metafora dynamiki między bohaterami: najpierw jest dobra wola i ręka na zgodę, chwilę później padają ciosy.


Osią międzypokoleniowego konfliktu jest śmierć matki (Isabelle Huppert), która – jak głosi oficjalna wersja zdarzeń – uległa wypadkowi samochodowemu. Chłopak wciąż nie może się pozbierać, ojciec tymczasem zataja prawdę o jej samobójstwie. Oczywiście, nadchodzi czas rozliczeń z przeszłością: nowojorska galeria planuje wystawić fotografie kobiety, zaś wieloletni przyjaciel rodziny (David Strathairn) szykuje wspominkowy artykuł, w którym nie zamierza oszczędzać czytelnikom niewygodnych szczegółów z jej życia. I tak, ojciec stara się przygotować najmłodsze dziecko na falę uderzeniową. Starszy syn również ma swoje na głowie – spotkanie z byłą dziewczyną wytrąca go z ułudy szczęśliwego życia: u boku pięknej żony i nowo narodzonego syna, na ciepłej uniwersyteckiej posadzie. Bohaterowie próbują się dogadać, orbitują wokół siebie i odbijają od wznoszonych w geście samotności murów. Nad całym tym mikroświatem wisi fantomowa figura matki – większej niż życie reporterki wojennej, która porzuciła domowe ognisko i oddała się pracy.

 
Trier, znany głównie z nieco pretensjonalnych portretów norweskiej młodzieży oraz zamożnej klasy średniej ("Reprise. Od początku, raz jeszcze"), przeniósł swoją estetyczną wrażliwość na obcy grunt kulturowy. Jego film to patchwork pozszywany ze skrawków najróżniejszych konwencji i metod narracyjnych. Jest tu trochę kina inicjacyjnego z nurtu homecoming, jest dramat (a nawet dwa dramaty) niespełnionej miłości, są dialogi rodem z filmów Judda Apatowa ("Jesteś jak Billy Elliot hip-hopu" – powie do filmowego brata Jesse Eisenberg, podglądając przez uchylone drzwi jego pląsy). Wreszcie – słodko-gorzka komedia o trudach funkcjonowania w związku. Wszystkie składniki nieźle się ze sobą przegryzają, a jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że Trier ma problemy z samodyscypliną.

Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ.

***

Nowa Fala: Odpływ (recenzja filmu "Marguerite i Julien", reż. Valérie Donzelli)

Nie mam pojęcia, jak "Marguerite i Julien" przeszli festiwalową selekcję i znaleźli się w canneńskim Konkursie Głównym – przeważył chyba wysoki poziom "francuskości" tej niebywałej szmiry. Dzieło Valérie Donzelli to takie lokalne "Big Love" nakręcone przez zakochanego w Godardzie twórcę B-klasowej tandety. Reżyserka chciała trochę pocytować, wykazać się kinofilską erudycją, ale słaby warsztat przeważył nad dobrymi intencjami. Całość przypomina popłuczyny po Nowej Fali, skandalicznie nudne i roszczące sobie pretensje do kina artystycznego, w dodatku nieumiejętnie zmontowane i pozbawione jasnej puenty. Szkoda, bo zdaje się, że scenariusz oparto na całkiem niezłej literaturze – powieści Jeana Grualta, współautora skryptów m.in. do "Julesa i Jima" François Truffauta i "Wujaszka z Ameryki" Alaina Resnaisa. Może być jednak i tak, że to właśnie tekst modernisty Grualta przesądził o anachronicznym kształcie tego filmu. Miało być dynamiczne, inteligentne kino, a w efekcie dostaliśmy niezamierzoną parodię nowofalowców.


Reżyserka usilnie chce skomplikować narrację na modłę eksperymentów Godarda, ale to, co świeże i kontrowersyjne w latach 60., dzisiaj sprawia wrażenie wypadku przy pracy. Wszystkie te skoki montażowe, nieruchome fotografie a la Chris Marker i dziwaczne zmiany perspektywy nie wnoszą absolutnie nic do banalnej, "rwanej" fabuły. Poza tym Donzelli, posługując się konwencją bajki, próbuje nas bez skutku przekonać, że tego rodzaju niestandardowe zabiegi formalne są w "przestrzeni umowności" całkowicie usprawiedliwione.

Akcja filmu toczy się więc na dwóch poziomach – z jednej strony mamy pensję dla dziewcząt i nauczycielkę opowiadającą rozchichotanym dzieciakom historię Marguerite i Juliena, rodzeństwa połączonego kazirodczą miłością. Z drugiej – Francję w bliżej nieokreślonej przeszłości (trochę tu XIX, trochę XVII wieku), rządzoną twardą ręką przez króla i kler, gdzie małoletni bohaterowie żyją pod kloszem w baśniowym zamku. Ich związek jest oczywiście obrazoburczy i niemożliwy – para ściąga na siebie gniew rodziny i lokalnych autorytetów, ale uczucia nie da się łatwo ugasić. Obserwujemy najpierw ich dorastanie, później towarzyszymy ucieczce odmalowanej w klimacie "Bonnie i Clyde'a" – bohaterowie zostawiają za sobą trupy i złamane serca, uprawiają dużo seksu i włóczą się po bajkowej francuskiej prowincji. Jest trochę strasznie, trochę słodko, a do pełni szczęścia brakuje tylko jednorożca i ślubu w Las Vegas.

Całą recenzję Marcina Stachowicza znajdziecie TUTAJ.