Relacja

CANNES 2016: Wielkomilud

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2016%3A+Wielkomilud-117534
Za nami czwarty dzień festiwalu w Cannes. Michał Walkiewicz wybrał się tym razem na "Służącą", nowy film startującego w konkursie Parka Chan-wooka, twórcy "trylogii zemsty" oraz "Stokera". Wystał też swoje w kolejce, by obejrzeć adaptację "Wielkomiluda" Roalda Dahla - "BFG: Bardzo Fajnego Giganta" w reżyserii Stevena Spielberga.


Opowieść podręcznej
(recenzja filmu "Służąca", reż Park Chan-wook)

W jednej ze scen "Służącej" bohaterka jest oprowadzana po posiadłości bogatego arystokraty i słyszy zachwyty nad architekturą budynku. Mówi o dwóch stylach, które nigdy się nie spotykają, o połączonych w artystycznej inwencji elementach wschodniego i zachodniego budownictwa. Łatwo dostrzec w tym analogię do twórczości Koreańczyka Parka Chan-wooka. Poetyka jego obrazów zawsze sytuowała się na styku dwóch kultur, zaś kostium kina gatunków służył piętnowaniu patriarchalnej kultury dalekiego wschodu. W filmie opartym luźno na motywach książki "Fingersmith" autorstwa szkockiej pisarki Sary Waters widać to wyraźniej niż kiedykolwiek.

Strzeliste wieże niepokoją dziewczynę, ale Nam Sook-hi (Kim Tae-ri) nie przybyła tu na miękkich nogach. Jest trybikiem w skomplikowanej intrydze, ma usługiwać spadkobierczyni wielkiego majątku i namówić ją do ślubu z hrabią Fujiwarą. Ten ostatni to nisko urodzony oszust, który planuje przejąć majątek i odesłać "żonę" do zakładu psychiatrycznego. A że Sook-hi została wychowana na ulicy przez handlarza ludźmi i sztukę manipulacji opanowała do perfekcji, plan wydaje się idealny. Oczywiście, pokrzyżuje go nagły rozkwit uczucia pomiędzy kobietami. Wystarczy jeden dotyk, kilka intymnych sytuacji w rodzaju zabawiania rozmową przy kąpieli i już spragniona miłości Hideko (Kim Min-hee) ma ochotę na młodą służkę. To, co zaczyna się jak lesbijskie love story i opowieść o dziewczynie walczącej z własnym sumieniem, bardzo szybko zmienia się w coś znacznie mroczniejszego. W końcu zaś wędruje w rejony ekstrawaganckiego feministycznego manifestu.


Powiedzieć, że Chan-wook myli tropy, to nie powiedzieć nic. Twórca trylogii zemsty cały czas dba o to, byśmy nerwowo wiercili się w fotelu i raz po raz rewidowali wiedzę o bohaterkach. Możliwości ma spore, pojemna konwencja wchłonęła wszystko: od kostiumowego melodramatu, przez rasowy thriller, po efektowną baśń. Z offu tymczasem wciąż płynie narracja bohaterki - desperacko walczącej o społeczny awans, próbującej zdusić uczucie w zarodku, rozdartej pomiędzy pożądaniem a misją, spętanej konwenansem.

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ.


Sierota na gigancie
(recenzja filmu "BFG: Bardzo Fajny Gigant", reż. Steven Spielberg)

Lepiej późno niż wcale. Romans Roalda Dahla ze Stevenem Spielbergiem jest dokładnie tak interesujący, jak mogliśmy przypuszczać. Ten pierwszy udowodnił w swojej prozie, że dzieciństwo to nie tylko słodka beztroska, ale też czas okrucieństwa i rozczarowań. Ten drugi potrafił zbudować wokół małoletnich bohaterów najtrwalsze filmowe mity. Napisana przez zmarłą w zeszłym roku scenarzystkę "E.T.", Melissę Mathison, adaptacja "Wielkomiluda" to Dickens, Andersen i Kino Nowej Przygody w jednym. Cóż, dzieciaki mogły trafić gorzej.


Tytułowy bohater jest niestety ostatnim Bardzo Fajnym Gigantem. Zamiast solidaryzować się z ziomkami, pożerać ludzi, wylegiwać na polu i zbijać bąki, woli łapać cudze sny, uszlachetniać je w swoim alchemicznym laboratorium i obdzielać nimi chrapiące dzieciaki. Kiedy wychowana w sierocińcu i cierpiąca na bezsenność Sophie (Ruby Barnhill) dostrzeże jego przygarbioną sylwetkę na ulicach Londynu, BFG (Mark Rylance), nie chcąc narazić całego rodu olbrzymów, zabierze ją do swojej jaskini. Początkowa niechęć przerodzi się w przyjaźń, ta zaś - jak to w bajkach bywa - zostanie wystawiona na poważną próbę. Dziewczynka będzie musiała dojrzeć szybciej niż planowała, a BFG - przełamać strach, który doprowadził kiedyś do tragedii.

Nie znajdziecie tu wielkiego uniwersum fantasy z mnóstwem efektownych plenerów, nie ma całego kodeksu praw rządzących krajem gigantów. Zabrakło miejsca na fajerwerki i ogromne sceny batalistyczne. Jest parę lokacji na krzyż, garstka bohaterów i to, co najważniejsze: wiarygodna przyjacielska relacja, którą pielęgnują Sophie i BFG. Komediowe akcenty położono na slapstick i absurd, zaś dynamiczną akcję zastępują małe inscenizacyjne perełki: jak choćby scena, w której Sophie próbuje ukryć się przed olbrzymami, ci zaś zachowują się na włościach BFG jak słonie w składzie porcelany. Spielberg pozwala również pracować naszej wyobraźni: kluczowa dla filmu jest autotematyczna metafora, scena przyrządzania i "doprawiania" snu, kiedy Gigant wrzuca do kociołka kolejne składniki: wściekłych pobratymców, wojskowe helikoptery, brytyjską królową i Bóg wie, co jeszcze. Właśnie tak robi się kino.

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ.