Artykuł

Dzień Nauczyciela: szkoła życia?

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Dzie%C5%84+Nauczyciela%3A+szko%C5%82a+%C5%BCycia-89799
Niedawno MEN opublikowało komunikat przypominający, że Dzień Edukacji Narodowej, zwany potocznie Dniem Nauczyciela, nie jest dla nauczycieli dniem wolnym od pracy. Załóżmy zatem, że grono pedagogiczne wykorzystałoby swoje święto na obejrzenie najnowszych filmów o współczesnych instytucjach wychowawczych. Czego dowiedzieliby się o szkole i o sobie?

1. 

W 1996 roku pojawił się na ekranach film "Zagniewani młodociani", parodiujący głównie "Młodych gniewnych", ale w istocie także inne słynne produkcje o charyzmatycznych nauczycielach: "Do widzenia, panie Chips", "Szkolną dżunglę""Stowarzyszenie umarłych poetów" czy "Symfonię życia". Parodia obnażyła schematy fabularne kryjące się za wspomnianymi klasykami "kina pedagogicznego". Były to krzepiące opowieści o indywidualistach heroicznie zmagających się z wyzwaniami systemu edukacyjnego. Jako pasjonaci i reformatorzy zawodu wchodzili oni często w konflikt z konserwatywnym środowiskiem przełożonych, innych nauczycieli i rodziców uczniów. Przełamywali nieufność, obojętność i rutynę elitarnej bądź patologicznej młodzieży, z którą konfrontowali się podczas prowadzonych zajęć. Nawiązywali z podopiecznymi dialog, przyczyniając się do podniesienia ich samoświadomości. Niekonwencjonalną postawą oraz wizerunkiem postępowego outsidera w opresyjnym otoczeniu podbijali serca swoich uczniów i publiczności.

Podobne historie działały silnie na emocje widzów. Pomimo pewnej kameralności sprawdzały się jako widowiska dla masowego odbiorcy, czego dowodziły komercyjne – i artystyczne przeważnie również – sukcesy. Wynikało to z atrakcyjnej, choć uproszczonej wizji świata przedstawionego na ekranie: oto wyidealizowany pedagog niczym dobry pasterz otacza mądrą opieką zbłąkane, niepokorne umysły podopiecznych. Swoimi dokonaniami demaskuje problemy instytucji rodziny i systemu kształcenia. Metaforyzuje potrzebę, a co ważniejsze możliwość korzystnego przeobrażenia tych obszarów wychowania i edukacji w rzeczywistości. Dowiadywaliśmy się przecież, że opowiadane fabuły inspirowane były autentycznymi biografiami. Rewolucyjny wymiar metod dydaktycznych filmowych superpedagogów skutkował też oczywiście pewnymi ofiarami. Ponosili je przede wszystkim sami główni bohaterowie, cierpiąc z powodu ostracyzmu w sferze prywatnej i publicznej. Dramatyczne losy spotykały również ich nadgorliwych uczniów. Ostatecznie jednak bilans osiągnięć pedagogicznych ekranowych belfrów był zdecydowanie dodatni. Mogli budzić podziw, a co najmniej sympatię odbiorców. I nadal tacy wzorowi nauczyciele pojawiają się w filmach, ale co znamienne, są to już zwykle opowieści rozgrywające się w przeszłości ("Pan od muzyki", "Męska historia", "Lekcja marzeń"), ewentualnie produkcje o dużej dozie dydaktyzmu, jak poruszające "Hej, skarbie", gdzie szlachetna, piękna pani pedagog zajmuje się Afroamerykankami z marginesu społecznego.  

2. 

Od czasu masakry w Columbine w kinie światowym można zaobserwować jednak coraz więcej filmów krytycznie portretujących współczesną oświatę i działalność pedagogów. Podobne obrazy pojawiały się i kiedyś, przykładem mogą być tutaj m.in. filmy "400 batów", "The Wall" czy "Jeżeli…", niemniej w ostatnich latach mamy wręcz do czynienia z tendencją do pesymistycznych ujęć środowiska edukacyjnego i idei pracy u podstaw. 

Nieobecność wsparcia pedagogicznego dla uczniów amerykańskich szkół sugerują dwa głośne filmy nawiązujące do tragedii w Columbine, "Zabawy z bronią" i "Słoń". W pierwszym z nich słynny muzyk Marilyn Manson zapytany, co powiedziałby nastolatkom ze szkoły, w której doszło do masakry, deklaruje, że nic, ponieważ chciałby posłuchać, co oni mają do powiedzenia. Zdaniem piosenkarza nikt nie zdobył się wobec nich na taki gest. Nikt również nie dopytuje bohaterów filmu Gusa Van Santa, co oznacza rysunek słonia w pokoju chłopaka, który wyrusza do szkoły, by strzelać do swoich kolegów. Być może jego gryzmoły nie mają żadnego sensu, być może są tylko żartem, być może kryją motywację morderstw... Sęk w tym, że nikt tego nie dociekał, a w szerszym rozumieniu, nie podjął rozmowy z nastolatkiem. Rysunek, podobnie jak i tytuł filmu, symbolizują nieokazane zainteresowanie młodzieży – przez szkołę, rodzinę i rówieśników. 



Przewartościowanie tradycji pozytywistycznych w komediowym tonie obrazuje "Zła kobieta". Bohaterka filmu nie znosi swojej pracy. Nie próbuje zapamiętywać imion wychowanków, nie cieszy się z otrzymywanych od nich jabłuszek i ciasteczek. Prowadzenie lekcji sprowadza do pokazywania klasycznych dzieł "kina pedagogicznego". Jest przeciwnością prezentowanych tam modelowych belfrów. W czasie projekcji śpi lub pali trawkę. Z pogardą odnosi się do swojej grupy zawodowej i dzieci. Pragnie upolować bogatego partnera i wyrwać się ze szkoły. Wydaje się jej, że pomoże sobie w tym, powiększając biust. Wszystkie swoje działania podporządkowuje więc gromadzeniu pieniędzy na operację. Nie zawaha się nawet zdefraudować pieniędzy z uczniowskiej zbiórki czy wykraść testów egzaminacyjnych z kuratorium. Cyniczna, amoralna nauczycielka paradoksalnie zdobywa naszą życzliwość. Na tle infantylnych, zdziwaczałych pedagogów to ona sprawia wrażenie największej realistki. Owszem, jest wyrachowana i samolubna, ale przynajmniej tego nie ukrywa. Na pytanie, dlaczego wybrała swoją profesję, odpowiada, że ze "szczytnych pobudek": dla krótkiego czasu pracy, wolnego lata, zerowej odpowiedzialności. I takiego cynicznego pragmatyzmu uczy swoich wychowanków. Oczywiście, nikt źle na tym nie wychodzi.

Dla bohaterów takich filmów, jak "Dziewczyny z St. Trinian", "Szkoła zgorszenia" czy "The Social Network", placówki oświatowe okazują się szkołą makiawelizmu. Młode damy z St. Trinian są wyuzdane, głupie, odurzone różnymi używkami i bezczelnie zadowolone z faktu, że perwersyjna dyrektorka (Rupert Everett!) pozwala im te cechy pielęgnować. Mobilizują się zatem, gdy fanatyczny minister edukacji postanawia zreformować ich szkolną melinę metodami, jakimi modernizował więzienia. Podejmują akcję ratunkową na rzecz ocalenia St. Trinian. Dopuszczają się w tym celu licznych wykroczeń, a ponieważ w nieobyczajności są prymuskami, swój zamiar osiągają. 

Pedagogiczne funkcje szkoły kompromitują również przedsiębiorczy licealiści ze "Szkoły zgorszenia". Pieniędzy dorabiają się nie dzięki lekcjom ekonomii, lecz wpędzając w depresję rówieśników, których następnie uzależniają od narkotyków poprawiających nastrój. Jedyna osoba zdolna do opanowania sytuacji – dyrektor szkoły – żyje wspomnieniami udziału w Pustynnej Burzy. Straszy wychowanków militarną retoryką, komponuje i śpiewa patriotyczne hymny, ale zamiast szacunku budzi zażenowanie. Nawet rektor Uniwersytetu Harvarda, do którego udają się ze skargą studenci w filmie "The Social Network", nie okazuje się ostatecznie ostoją pedagogicznych wartości. Proszony o interwencję w sprawie kradzieży pomysłu na Facebooka, szydzi z argumentów o nieetyczności takiego zachowania. W końcu przebiegły student wykazał się operatywnością i stworzył sobie dochodowe miejsce pracy, a tego powinna uczyć nowoczesna uczelnia.

3.

Nauczyciele z powołania pojawiają się w filmach o współczesności, jednak ich wychowawcze i edukacyjne dokonania trudno uznać za spektakularne sukcesy. Zakompleksiony, choć niewątpliwie pełen pasji nauczyciel WF-u i WOS-u z niemieckiego filmu "Fala" postanawia przeprowadzić ze swoją klasą eksperymentalny projekt, tłumaczący funkcjonowanie rządów autokratycznych. Ćwiczenie wymyka się spod kontroli prowadzącego i przynosi tragiczne konsekwencje. 

"Być i mieć" to opowieść o doświadczonym belfrze z prowincji, który właściwie w pojedynkę prowadzi szkołę dla najmłodszych. Z podopiecznymi prowadzi filozofujące rozmowy, nie unosi się, zadaje fundamentalne pytania i cierpliwie czeka na odpowiedzi. Z kolei nauczyciel z nagrodzonej Złotą Palmą w  Cannes  "Klasypracuje w wielkomiejskiej placówce oświatowej. Na zajęciach musi stawiać czoła konfliktom rasowym, etnicznym i wyznaniowym między multikulturowym gronem uczniów. Jeden i drugi obraz gloryfikują dialog jako najskuteczniejszą drogę do porozumienia pedagoga i wychowanka. W pewnym sensie filmy te płacą za to cenę w przystępności dla przeciętnego odbiorcy. Pierwszy ma tempo mozolnej pracy z niesfornymi, poznającymi dopiero język i świat dziećmi. Drugi jest natomiast dwugodzinną batalią na słowa. Po lewej stronie ekranu samotny belfer, po prawej grupa przekrzykującej się młodzieży. Film zamyka przejmująca scena, gdy na zakończenie roku szkolnego prowadzący zajęcia bohater pyta, czego nauczyli się jego podopieczni podczas wielomiesięcznych spotkań. Odpowiedzi są przygnębiające. Trud włożonej pracy nie przekłada się na owoce. Być może jedynym osiągnięciem pedagoga jest trwoga na twarzy dziewczynki, która twierdzi, że niczego nie rozumie i niczego się nie nauczyła.

Jeszcze bardziej przytłaczające portrety belfrów odnajdziemy w amerykańskim kinie niezależnym. Charyzmatyczny nauczyciel ze "Szkolnego chwytu" przegrywa z uzależnieniem od narkotyków i zostaje wyrzucony ze szkoły. Problemy egzystencjalne przeżywa profesor matematyki z "Poważnego człowieka", którego szantażuje student domagający się pozytywnej oceny z niezdanego egzaminu. Problemy osobiste ma również pedagog szkolny z filmu "Terri", choć on może jako jedyny spośród wszystkich opisanych tutaj ekranowych wychowawców ostatnich lat osiąga ze swoimi podopiecznymi względny sukces natury terapeutycznej. W wybitnym filmie "Z dystansu" środowisko nauczycieli przedstawione zostaje już bez jakichkolwiek upiększeń. Postaci po prostu nie wytrzymują presji towarzyszącej pracy w oświacie: agresywności i wulgarności uczniów, ale i ich opiekunów, roszczeniowo nastawionych rodziców, którzy nie przychodzą na zebrania, a kontaktują się ze szkołą tylko po to, by wykłócać się o darmowego laptopa dla dziecka z ADHD. Główny bohater pod koniec filmu gorzko oświadcza w imieniu wszystkich nauczycieli – "zawiedliśmy”, przyrównując współczesną oświatę do Domu Usherów z twórczości E.A. Poego.  Obraz sugeruje, że nadzieja na ratunek leży w próbach przełamania dystansu między pedagogiem a uczniem. Jednocześnie, to właśnie budowanie takiego dystansu jest dla nauczycieli ostatnim mechanizmem obronnym przed ponoszonymi porażkami wychowawczo-edukacyjnymi.

4. 

W filmowej panoramie klęsk współczesnej oświaty zawierają się również produkcje o ludziach dokonujących eksperymentów pedagogicznych poza instytucją szkoły. Chodzi tutaj o takie produkcje, jak "Ballada o Jacku i Rose", "Osada", "Łuk", "Kieł", "Michael", opowiadające o rodzicach lub opiekunach, którzy biorą na siebie odpowiedzialność za wychowanie i edukację dzieci. Sprowadza się to do izolowania młodych od cywilizacji w pseudorajskich enklawach i ma zazwyczaj źródło w egoistycznych, wręcz perwersyjnych ambicjach pomysłodawców. Filmy z Grecji i Austrii dość jednoznacznie odsyłają do sprawy Jozefa Fritzla, który w piwnicy swojego domu przez 24 lata więził i gwałcił córkę, ukrywając także dzieci z kazirodczego związku.

Szkoła pokazywana w filmach ostatnich lat przestała już nawet prowokować uczniów do buntu. Wszędobylska polityczna poprawność ogranicza tworzenie stresów i traum, które z młodych ludzi czyniłyby później rewolucjonistów. W tych warunkach nie mógłby się zrodzić okaleczony przez system edukacyjny artysta z "The Wall" czy strzelający do swoich profesorów z dachu koledżu uczniowscy terroryści z "Jeżeli…". W filmie "Trocki" widzimy, jak do szkoły publicznej trafia chłopak uważający się za inkarnację radzieckiego polityka. Pragnie rewolucji w postaci założenia związku zawodowego uczniów. Szczytem aktywności jego rówieśników jest jednak zastanawianie się, czy są oni pogrążeni w nudzie czy w apatii. Ostatecznie młodzi angażują się w protesty, ale traktują to raczej jako jednorazowy happening niż świadomy swoich celów ruch.



Współczesna oświata i reprezentujący ją pedagog w kinie najnowszym mają status antybohaterów. Ekranowi nauczyciele pozbawieni są cech heroicznych. Poczucie zawodowej misji przynosi im więcej rozczarowań niż satysfakcji. Nie odnoszą efektownych zwycięstw wychowawczych i edukacyjnych w szkole, a jeśli już, to w kontaktach prywatnych poza tą instytucją. Kierują się pragmatyzmem. Próbują skłonić podopiecznych do rozmowy i samodzielnego myślenia, a nie do wyciągania spektakularnych wyników. Jako pedagodzy w pracy z podopiecznymi kompensują sobie często kompleksy i porażki osobiste. Dostrzegają potrzebę zmian systemu oświaty, w którym funkcjonują, ale ani swoją postawą, ani swoimi osiągnięciami nie przyczyniają się do tego. Wydają się pogodzeni ze swoim losem. 

Filmowa szkoła uczy natomiast swoich podopiecznych cynizmu, bezwzględności, a z drugiej strony także obojętności bądź życia iluzją. Bohater remake'u "21 Jump Street" z wściekłością zauważa, że obecna oświata zmieniła się pod wpływem serialu "Glee". Jakkolwiek kuriozalnie by to brzmiało, w obserwacji tej jest coś na rzeczy. Studentki z błyskotliwej komedii "Pannice w opałach" wierzą, że depresję wśród swoich rówieśników da się wyleczyć tańcem i ładnym zapachem. Charakterystyczne, że uczniowie z innych przywołanych przeze mnie produkcji mają słabą wiedzę "klasyczną", ale wizerunek idealnej szkoły i nauczyciela potrafią zdefiniować dzięki biegłej znajomości popkulturowych, także filmowych portretów oświaty. Oczekują zatem pedagogów gotowych do tańca, uczących magicznych zaklęć rodem z Hogwartu i rozwijających supermoce niczym profesor Xavier. Ekranowi nauczyciele znajdują coraz mniej sił i argumentów, by z takimi życzeniami dyskutować. Pozostaje im wywiesić białą flagę.
Udostępnij: