Artykuł

GRANICE KINA: Muzyka dla oczu

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/GRANICE+KINA%3A+Muzyka+dla+oczu-76216
Szkoda, że ekranizacje albumów muzycznych przydarzają się – na przykład w porównaniu z książkami – tak rzadko. Zupełnie jakby najważniejsza ze sztuk nie zdawała sobie sprawy z mocy muzyki. A przecież niejednemu filmowi soundtrack dodał charakteru albo wręcz uczynił go kultowym.

Pamiętacie tę scenę z "Funny People", gdy Seth Rogen próbuje wyciągnąć Aubrey Plazę na koncert? – Lubisz muzykę?Czy lubię muzykę?Wiem, że to dziwne pytanie. – To jak pytać, czy lubię jeść. A lubicie oglądać filmy? No właśnie, to tak, jak gdybym zapytał Was, czy lubicie pić. Przypomnijcie więc sobie te momenty, gdy w odtwarzaczu kręciła się jedna z ulubionych płyt, a Wy zamykaliście oczy i wyobrażaliście sobie, jak zwrotki kolejnych piosenek zamieniają się w coraz to nowe sceny. W umyśle produkowaliście ruchome obrazy składające się w cały film (zazwyczaj z Wami w roli głównej). Wszak dobra płyta może przypominać scenariusz: trzymać w napięciu, mieć punkty zwrotne i umiejętnie żonglować emocjami. Szkoda więc, że ekranizacje albumów muzycznych przydarzają się – na przykład w porównaniu z książkami – tak rzadko.

  

Zupełnie jakby najważniejsza ze sztuk nie zdawała sobie sprawy z mocy muzyki. A przecież niejednemu filmowi soundtrack dodał charakteru ("Dirty Dancing", "Absolwent") albo wręcz uczynił go kultowym ("Gorączka sobotniej nocy"). Ba, pewnie znalazłoby się parę tytułów, które dawno temu przeminęły z wiatrem, a napisane do nich kawałki wciąż hulają w eterze niejednej rozgłośni radiowej. Umiejętnie podłożona piosenka potrafi zmienić wydźwięk danej sceny albo trafnie ją skomentować (ach te numery z filmów Tarantino...). Nie dałbym sobie ręki uciąć, ale myślę, że po wyjściu z kina liczba obrazów zostających pod powiekami jest proporcjonalna do dźwięków błąkających się  po przewodzie słuchowym.

Powinienem czuć się farciarzem. Mój muzyczny creme de la creme – "The Wall" Pink Floydów – został przeniesiony na ekran prawie trzy dekady temu. Oglądana po latach od premiery "Ściana" (1982) wciąż wydaje się imponującym portretem rockmana, wokół którego w kółeczku tańczą demony przeszłości, psychofani i przedstawiciele wytwórni traktujący go wyłącznie jako dojną krowę. Artystyczne rozterki Pinka (bo tak zwie się bohater filmu) nie wszystkim muszą przypaść do gustu – wszak  żywotu taplającej się w luksusie i rozpuście gwiazdy rocka dostępują zaledwie nieliczni. Niemal każdy jednak miał ochotę choć raz wywrzeszczeć na całą klasę wers z piosenki "Another Brick in the Wall": We don't need no education, We don't need no thoughts control (...) Teachers leave them kids alone! W dziele Alana Parkera można znaleźć najbardziej, być może, sugestywną metaforę szkolnego piekiełka: obraz dzieciaków wpadających jeden za drugim do olbrzymiej maszyny, która przerabia je na mielone mięso. Młode umysły, zamiast się rozwijać, nasiąkają bezwartościową wiedzą  wpajaną im przez miernoty z kadry pedagogicznej. Talent i potencjał zostają przerobione na pulpety.


Wydany w 1979 roku "The Wall" to album konceptualny, czyli (cytuję teraz za magazynem "Teraz Rock" – numer 4, kwiecień 2006) muzyczna opowieść, która kreuje własny świat, wprowadzając mniej lub bardziej intrygujące postaci, śledząc ich losy. W historii muzyki złotymi zgłoskami zapisało się co najmniej kilkadziesiąt tego typu płyt. Warto wymienić jeszcze trzy: "Tommy'ego" (1975)  i "Kwadrofonię" (1979) według twórczości The Who oraz inspirowaną longplayem grupy Marillion "Brave" (1994). Wszystkie te filmy łączy niechęć ich twórców do tradycyjnej fabuły oraz skłonność do odpływania na wyższy poziom abstrakcji.

W "Ścianie" wyobraźnię Parkera wspierają przypominające zły sen animacje Geralda Scarfe'a, rysownika "The New Yorker" oraz autora wizualizacji używanych przez Floydów na koncertach. Przy "Tommym" reżyserowi Kenowi Russellowi nikt nie musiał pomagać – kto widział chociażby jego "Lisztomanię" bądź "Gotyk", ten wie, że to jeden z najbardziej szalonych filmowców w historii. Bezbłędny zmysł plastyczny łączy się u niego z zamiłowaniem do przerysowań oraz obrazoburczym poczuciem humoru. Chyba tylko on mógł z taką energią nakręcić obraz o niewidomym i głuchoniemym chłopcu, który niespodziewanie staje się mistrzem flippera. 


Najmniej znany z wymienionego powyżej filmowego "kwartetu konceptualnego" jest "Brave". Historię wymyślił lider Marillionu, Steve Hogarth, opierając się na doniesieniach radiowych o dotkniętej amnezją dziewczynie, która została znaleziona przez policję w okolicach  mostu Severn w Wielkiej Brytanii. Z piosenek dowiadujemy się, że piękna nieznajoma uciekła z domu rodzinnego, gdyż molestował ją ojciec. Spotykani po drodze kolejni "narzeczeni" traktowali ją coraz gorzej. W końcu bohaterka zdecydowała się popełnić samobójstwo. Po przesłuchaniu płyty nie jesteśmy do końca pewni, czy jej się udało. Dopiero film Richarda Stanleya wyjaśnia wszelkie niedomówienia. Ekranowa "Brave" pokazuje świat na granicy rozpadu: pozbawiony elementarnych zasad, współczucia, a nawet kolorów. Piosenki Marillionu brzmią jak requiem. Słusznie twierdził Hogarth w jednym z wywiadów, że wizja Stanleya nie przemówi do pokolenia MTV.

Co innego "Moonwalker" (1988) stanowiący zbiór wideoklipów Michaela Jacksona do utworów z płyty "Bad". O ile wcześniej wymieniane filmy miały widzom do zaoferowania spójną artystyczną wizję, o tyle król popu postawił na dziki eklektyzm. Brak narracji i starannie budowanego napięcia jest w "Moonwalkerze" cnotą.  Całość przypomina skrzyżowanie teledyskowego pasma  w którejś ze stacji muzycznych z kinem nowej przygody. Tak jak Spielberg z Lucasem infantylizowali w latach 70. i 80. X Muzę, tak Jackson nazbyt intensywnie szukał dziecięctwa w muzyce rozrywkowej. Proszę mnie źle nie zrozumieć: w tym, co robił, był mistrzem i zostawił po sobie piękną spuściznę. Należy jednak pamiętać, że po nim przyszli naśladowcy – mniej zdolni i mniej pracowici, którzy niemal doszczętnie zepsuli to, co dziś nazywa się popem. "Moonwalker" stanowi omen tego, co miało dopiero nadejść. Film jest widowiskowy, dowcipny i naładowany znakomitymi pomysłami, ale jednocześnie bije od niego puste efekciarstwo.  Ta bajka urzeka zbyt łatwo.


Na antypodach księżycowego kroku Jacksona przechadza się melodramat "Once" (2006). Technicznie rzecz ujmując, obraz Johna Carneya nie jest ekranizacją płyty. Wszystkie zaśpiewane w nim piosenki powstawały z myślą o wykorzystaniu ich filmie. Zanim jednak trafił on do kin, wszystkie utwory można było usłyszeć na koncertach kompozytora i odtwórcy głównej roli, Glena Hansarda. Realizacja "Once" była tak skromna, że planowano, aby dystrybuować go wyłącznie na płytach DVD sprzedawanych po występach Hansarda.  Dzieło miało stać się gadżetem, takim samym jak koszulki czy znaczki.

"Once" to jeden z tych filmów, po których obejrzeniu – jeśli robi się to w samotności – ma się ochotę przykleić do ściany. U Carneya piosenki służą sublimacji rodzącego się uczucia między ulicznym grajkiem (Hansard) a utalentowaną muzycznie imigrantką (Markéta Irglová). Jest pod koniec "Once" scena, która – mówiąc kolokwialnie – rozwala. On i ona spędzili pracowity weekend na nagrywaniu płyty. On pyta ją, czy chce wejść do niego na śniadanie. Ona (mężatka) odpowiada, że oboje wiedzą, czym to się skończy. On: Byłoby miło. Ona:  Ale to bez sensu. Zostają tylko piosenki. Ta ostatnia niedziela już minęła, przyszedł czas na rozstanie. W "Once" nie ma zbędnego artyzmu, realizacyjnego kunsztu i głębszych podtekstów. Pozostaje esencja tego, czego w kinie szukamy od zawsze: emocji.


Na koniec historia odwrotnego transferu artystycznego: z ekranu na głośniki. W 2007 roku do kin trafić miał dramat sensacyjny "American Gangster" w reżyserii Ridleya Scotta. Na jednym z pierwszych pokazów zobaczył go nowojorski raper Jay-Z. Zachwycony filmem nagrał inspirowaną nim płytę pod tym samym tytułem. Poszczególne sceny i dialogi stały się artystyczną glebą dla piosenek o karierze bandziora i artysty w jednym. W efekcie Jay-Z nagrał jeden z najlepszych albumów w całej swojej karierze. Kumulacja wielkich talentów zaowocowała dwoma klasykami. Film i muzyka, awers i rewers, ying i yang. Ta symbioza rozsadzi głośniki i ekrany jeszcze nie raz.

 
Udostępnij: