Artykuł

The Doors. Powrót

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/The+Doors.+Powr%C3%B3t-63856
MITY NIEPOTRZEBNE. "THE DOORS – HISTORIA NIEOPOWIEDZIANA"

Jim Morrison wraca jako bohater zbiorowej wyobraźni nie tylko z powodu zbliżającej się czterdziestej rocznicy jego śmierci. To nie przypadek, ani kwestia odświeżania przestarzałej legendy, że kino próbuje zreaktywować kult The Doors właśnie w 2010 roku. Być może nie potrzeba nam już kolejnych mitologii, ale pragniemy sprawdzać, jak mitologie się rodziły, z jakich źródeł wyrastają nasze wyobrażenia i za czym tak naprawdę tęsknimy?

Ten film musiał się pojawić. Od  premiery "The Doors" Olivera Stone’a minęło już niemal dwadzieścia lat, od śmierci Jima Morrisona prawie czterdzieści. Co dwie dekady legenda ożywa na nowo. Już w 2008 roku pojawił się pierwszy zwiastun powrotu The Doors: album Mogwai otwierała piosenka o tytule "I’m Jim Morrison, I’m dead".


Jimi Hendrix, Janis Joplin, Kurt Cobain, Bob Dylan, Roger Daltrey, Roger Waters, John Lennon, Mick Jagger, David Bowie, Iggy Pop, Freddie Mercury, David Byrne, Ian Curtis. I rzesze innych – żywi i martwi, liderzy zespołów i charyzmatyczni wokaliści od zawsze znajdowali się w centrum zainteresowania kamery. Kino potrzebuje mitów, ludzie pragną idoli, to hasła wyświechtane, ale niezmiennie prawdziwe. Reżyserzy filmów o muzycznych gwiazdach niemal jednogłośnie rezygnują z dekonstruowania legend i podważania zbiorowych wyobrażeń. Ekranowi muzycy, zazwyczaj wpisani w schemat drogi od zera do bohatera, a następnie od wzlotu do bolesnego upadku, są siłą konsolidującą pokolenia i tworzącą sztandary dla kolejnych generacji. Ich rola nie polega na kwestionowaniu potęgi wspólnotowych doświadczeń, ale na wzmacnianiu poczucia grupowej tożsamości.

Ale Jim Morrison wraca jako bohater zbiorowej wyobraźni nie tylko z powodu zbliżającej się czterdziestej rocznicy jego śmierci. To nie przypadek, ani kwestia odświeżania przestarzałej legendy, że kino próbuje zreaktywować kult The Doors właśnie w 2010 roku. Można w nieskończoność wymieniać powody najoczywistsze: współczesną tęsknotę za buntem, powszechne pragnienie rewolucji, obecne nie tylko wśród licealistów, ale przedzierające się do polityki i świadomości społeczeństwa, nostalgię za bezpowrotnie utraconą  naturalnością i potrzebę wyrażenia niezgody na zastany porządek rzeczy. W Polsce na pewno dochodzi do tego głęboko zakorzeniony wzorzec romantycznego bohatera-poety, stojącego ponad i poza światem, obdarzonego proroczym głosem, a jednocześnie szyderczą bezczelnością. To powody, które narzucają się natychmiast, ale w tym wypadku diabeł tkwi także w szczegółach.

Mimo niereakcyjnego charakteru filmów o idolach, od czasu do czasu na ekranach pojawia się bowiem inna perspektywa spojrzenia na kultowe zjawisko. Ten nurt został zapoczątkowany prawdopodobnie przez Kena Russela, który w 1975 nakręcił rock-operę "Tommy" z Rogerem Daltreyem z The Who w tytułowej roli. O ile "Hair" Milosa Formana można pod pewnymi względami traktować jako kontestację ruchu hipisowskiego, to film Russela jest jego kontestacją pod każdym względem. Zrealizowany z cynicznym przymrużeniem oka, opowiada historię chłopca, który w dzieciństwie był świadkiem zabójstwa ojca i w wyniku szoku stracił słuch, wzrok i jakąkolwiek możliwość komunikowania się ze światem. Piętnaście minut sławy Tommy’ego przychodzi wraz z chwilą odkrycia jego wielkiego talentu – niesamowitej zręczności w grze flipper. Dzięki mistrzowskiej umiejętności chłopak zyskuje rzesze wyznawców, których zaprasza do życia w wyzwolonej komunie. Absurdalna fabuła, nakręcona z wizualnym rozmachem, dzisiaj sprawia wrażenie szyderstwa z utopijnych ideałów New Age. Daltrey przygląda się sobie w krzywym zwierciadle musicalowej historii bez happy endu, a sam film stał się zapowiedzią stopniowego odchodzenia od hippisowskich mrzonek. "Tommy" podbił serca fanów The Who – i tu tkwi przewrotność filmu, w którym idol przedstawia siebie samego jako karykaturę idola.


Takie spojrzenie z zewnątrz, badanie, z czego utkany jest sam kult i zaglądanie pod podszewkę zbiorowego zachwytu nad idolem, towarzyszyło także Toddowi Haynesowi. W "Idolu" z 1998 roku obserwujemy losy fikcyjnej gwiazdy, noszącej jednak wyraźne cechy Davida Bowie'ego. W 1974 roku Brian Slade (Jonathan Rhys-Meyers) inscenizuje własną śmierć, 10 lat później dziennikarz Arthur Stuart (Christian Bale) próbuje dotrzeć do prawdy o przyczynie zniknięcia idola. Haynes wybrał niezwykle intrygujący sposób na prześwietlanie mechanizmów działania zbiorowej fantazji o muzycznej ikonie – nie dość, że wymyślił legendę na użytek filmu (który zresztą szybko zyskał miano kultowego), to nie pokusił się o przedstawianie historii pretendującej do miana prawdziwej. "Idol" jest fantazją podwójną – fantazją o idolu i fantazją o dociekaniu prawdziwej wersji wydarzeń.


Wersja Russela może zostać uznana za (lekko) prześmiewczą wobec kultu idola, Haynes bada pęknięcia na mapie pokoleniowych wyobrażeń, natomiast Tom DiCillo, reżyser filmu "The Doors – niedopowiedziana historia" obrał trzecią ścieżkę.

Najnowszy film o The Doors (w oryginale jego tytuł brzmi "When you’re strange", co naprowadza na linię przewodnią – Jim Morrison jako outsider, obcy, niedopasowany) realizuje dość tradycyjny model dokumentu. Niewiele tu z eksperymentu formalnego czy narracyjnego, DiCillo konsekwentnie i linearnie rekonstruuje historię legendarnego zespołu. Poświęca szczególną uwagę tym elementom, które doprowadziły do narodzin kultu – przygląda się skandalom, które, jak się okazuje, zapisały się najsilniej w pamięci świadków, niezbyt wyraźnie natomiast na jakichkolwiek materiałach (nie istnieje żadne zdjęcie, dowodzące, że Morrison pokazywał w trakcie koncertów swoje przyrodzenie). Spokojny, głęboki głos Johnny'ego Deppa opowiada o losach grupy, zrekonstruowanych na podstawie wszelkich dostępnych źródeł, przeplatanych piosenkami zespołu (oczywiście pojawiającymi się według chronologii powstawania), zdjęciami z trasy, wycinkami z koncertów i fragmentami filmu Morrisona (można je zobaczyć po raz pierwszy).


Zamiast wizualnych fajerwerków i chęci podbicia gustów publiczności, otrzymujemy zatem niezwykle rzetelny dokument. Zamiast zachwytu nad fenomenem, mamy do czynienia z analizą pewnego zjawiska, które w pewnym czasie i w pewnym miejscu stało się kultowe. I właśnie to podejście okazuje się nowatorskie wobec zalewu fabularyzowanych biografii i barwnych historii tworzonych "w oparciu o". DiCillo zdecydował się na zabieg ryzykowny, bo stworzył film pozornie nieatrakcyjny – i w swojej nieatrakcyjności magnetycznie hipnotyzujący.

Zarzuty padają ze wszystkich stron. Najpoważniejszy wysunęli sami członkowie The Doors, zarzucając reżyserowi, że stworzył kolejny mroczny portret zespołu. "Nikt w filmie się nie śmieje" – mówi Manzarek – "Mieliśmy ciągle niezły ubaw – niczego takiego nie znajdziecie w tym filmie. Brak tu nawet próby zrozumienia lat 60., pokazania, jaki był punkt widzenia z tamtego czasu". Trudno odmówić mu racji, bo DiCillo nie wpisuje historii zespołu w żaden szerszy kontekst (poza Wietnamem). Konsekwentnie pomija także pozostałych członków zespołu; w centrum zainteresowania pozostaje niezmiennie Jim Morrison, losom innych muzyków nie poświęca niemal żadnej uwagi.

Jednocześnie nie sposób nie docenić podstawowego gestu twórcy, który zdecydował się nie konkurować z Oliverem Stone'em i nie dał się ponieść własnej fantazji o zespole. I tu tkwi przyczyna, dla której The Doors powracają właśnie teraz i właśnie w takiej formie – być może nie potrzeba nam już kolejnych mitologii, a pragniemy sprawdzać, jak mitologie się rodziły, z jakich źródeł wyrastają nasze wyobrażenia i za czym tak naprawdę tęsknimy.