Artykuł

Kto wyśnił Christophera Nolana?

Filmweb /
https://www.filmweb.pl/article/Kto+wy%C5%9Bni%C5%82+Christophera+Nolana-63097
Jak każdy sen, ten również rozpoczął się leniwym zmrużeniem oczu, błogą ucieczką w inny świat. Gdy niespełna siedmioletni Christopher Nolan pewnego letniego dnia roku 1977 śledził z zapartym tchem w kinie losy Luke’a Skywalkera, nie był zapewne do końca świadomy skali fenomenu popkulturowego, jakiego był świadkiem. Nie miał też pojęcia, z jaką siłą wiele lat później on sam wstrząśnie fundamentami Hollywood. Zafascynowany kinem już wcześniej, uwielbiający przygody Jamesa Bonda czy Indiany Jonesa, delektujący się w dziecięcy, szczery sposób współprzeżywaniem awanturniczych opowieści, postanowił w końcu zmienić swój sposób w nich uczestnictwa. Okazało się, że śnić to dla niego za mało.
    
Z pozycji biernego widza spektakli, które tak uwielbiał, zapragnął samemu spróbować pociągać za sznurki. Inspirując się głównie twórczością Georga Lucasa, w niedługim czasie po premierze "Gwiezdnych Wojen" nakręcił swój pierwszy krótkometrażowy film science-fiction: w warunkach domowych, z postaciami Action-Manów w rolach głównych. Obraz powstał dzięki pożyczonej od ojca kamerze Super 8. Działalność artystyczna Christophera podczas lat młodzieńczych spędzonych w Chicago (po przeprowadzce z Londynu – rodzina przyszłego reżysera, którego ojciec był Brytyjczykiem, a matka Amerykanką, mieszkała zarówno w ojczyźnie Hitchcocka, jak i Orsona Wellesa) nie zamykała się jedynie w tym osiągnięciu. Wraz z późniejszym dokumentalistą Roko Belicem stworzyli jeszcze kilka krótkich filmów. Główną inspiracją Nolana w tamtym okresie życia, jak sam przyznaje, był oniryczny styl Ridleya Scotta, który podpatrzył, oglądając "Łowcę Androidów".
    
Mimo miłości do kina Christopher jako ścieżkę wyższej edukacji wybrał studia literaturoznawstwa angielskiego w londyńskim University College. Nie oznaczało to dla niego bynajmniej porzucenia filmowych ambicji. Siadając za sterami swojego reżyserskiego snu, konsekwentnie zaspokajał osobiste aspiracje. Dziećmi urodzonymi z pierwszej poważnej intensyfikacji romansu z branżą filmową były liczne krótkometrażówki, z których trzy najbardziej godne odnotowania to powstała jeszcze w latach osiemdziesiątych przy współpracy z Belicem "Tarantella", "Larceny" i "Doodlebug". Wszystkie z nich były nagradzane na studenckich przeglądach i najróżniejszych festiwalach.
    
Prawdziwe przebudzenie Christophera Nolana jako artysty, dopięcie ostatniego guzika w szytym od dawna mundurze władcy wyobraźni, wreszcie – zamienienie dziecięcych marzeń w rzeczywistość (rzeczywistości w marzenie?) nastąpiło wraz ze stworzeniem w 1998 roku pierwszego filmu pełnometrażowego "Following". Nakręcony za śmieszną sumę sześciu tysięcy dolarów obraz, oprócz niebywałego profesjonalizmu w realizacji, ukazywał dojrzewający, pęczniejący pomysłowością kunszt reżysera. Debiut ten wprowadzał widza również w pewną charakterystyczną dla późniejszej twórczości manierę narracyjną – nielinearną, odrzucającą chronologię wydarzeń jako najlepszy sposób opowiadania historii, potęgującą złożoność intrygi.

    
A potem było "Memento" – kulminacyjny, dyskusyjnie oczywiście, punkt twórczości Nolana, moment, w którym opętany swoimi ideami władca snów postanowił, że wywróci je do góry nogami. Udowodni, że pamięć bohatera – gwarant chronologii i tym samym logicznej ciągłości – jest raczej przeżytkiem niż koniecznością w realizacji wielkiej wizji opowieści doskonałej. Jak pokonać taką przeszkodę? Odebrać bohaterowi pamięć. Wrzucić go wyłącznie w tu i teraz. Doprawić grozę sytuacji tragicznym tłem opowieści. I być pewnym, że z napięcia widzowi serce podskoczy do gardła.

    
Co dalej robi śniący, jeżeli zajrzy już za kurtynę przedstawień, w których uczestniczy, pozna mechanizmy nimi rządzące i – niejako w akcie koronacji własnej dociekliwości – sam stanie po drugiej stronie i pociągając własnoręcznie za sznurki, zacznie tworzyć własne światy? Budzi się? Nic bardziej mylnego. Sen Christophera Nolana, przepełniony brawurą swojego autora, naznaczony ręką już nie bujającego w chmurach podlotka, ale profesjonalisty o ugruntowanej pozycji w kinie, trwa.  Reżyser po artystycznym tryumfie dryfuje w kierunku bardziej pewnym, oczywistym, nieobojętnie przechodząc obok coraz bardziej lukratywnych ofert – w końcu bierze głęboki haust swojskiego powietrza (ostatni do tej pory flirt z estetyką neo-noir w postaci "Bezsenności" z 2002 roku) i z podniecającą niepewnością zanurza się w do tej pory obcych dla niego odmętach mainstreamu. Rodzi się Nolanowski Batman; żywy, prawdziwy, z krwi i kości, twardo osadzony w artystycznej wizji swojego kolejnego opiekuna. Komiksowość ustąpiła pola w sferze stylistyki, pozostawiając jedynie ogólny fabularny zamysł tej postaci, który zresztą również padnie później ofiarą odpowiedniej obróbki przez Christophera.

Ale czy rzeczywiście Nolana tête-à-tête z mainstreamem jest zupełnie przypadkowe, spowodowane wyłącznie pragnieniem spektakularnego komercyjnego sukcesu? To przecież właśnie kino gatunkowe, młodzieńczy obiekt bezgranicznej fascynacji, było punktem odniesienia dla późniejszej twórczości reżysera, niezapomnianą pierwszą miłością. Archetypowi bohaterowie z dzieciństwa przybrali co prawda mroczniejsze szaty, a ich twarze nabrały dojrzalszego wyrazu przez niezliczone zmarszczki, ale pozostali nierozerwalnie związani ze swoim rodowodem, bez względu na to, czy będzie to Człowiek-Nietoperz, mroczny mściciel, który wzbogacony o tragiczny rys i nękany przez osobiste demony, sfrunie z czarno-białych kart komiksu na brudny grunt rzeczywistości, czy może Lenny z "Memento" – "zapominalski" detektyw-amator, wyrwany, wydawałoby się, z któregoś z klasyków no-noir, którego jednak zagadka prowadzi tym razem nigdzie indziej, tylko w głąb siebie samego.
    
Sen Christophera nie traci więc na spójności, ale nabiera nowych barw, a karkołomne, wydawałoby się, operacje na wyeksploatowanej superbohaterskiej konwencji przynoszą mu ogromny sukces kasowy i artystyczny. Niepozorna niegdyś scena z "Following", gdzie główny bohater, włamując się wraz ze złodziejem Cobbem do pewnego mieszkania, przechodzi przez drzwi ze słynnym symbolem Barmana, zyskuje z biegiem czasu iście proroczą wymowę. Zarówno "Batman: Początek", jak i "Mroczny Rycerz" to w pewien sposób obrazy wyjątkowo istotne dla reżysera, w szczególny sposób schlebiające szczenięcej, nigdy jednak niewygasłej fascynacji kinem przygodowym. To także zmierzenie się z wyśnionymi w dzieciństwie własnymi wizjami filmowymi; na tyle szczere, bo napędzane sentymentem, na tyle udane, bo skryte w cieniu dojrzałej reinterpretacji.

    
Niemal ostatnim elementem układanki jest "Prestiż" z 2006 roku. Zdawałoby się – film-pomost, film-chwila oddechu pomiędzy produkcją dwóch blockubusterów, a jednocześnie obraz wybitnie nolanowski, z poszatkowaną narracją i rysującą gdzieś w fabularnych niuansach zagadką. To Nolan dojrzały, jak i Nolan powracający do korzeni. Nieco bardziej kameralna forma opowieści i dużo większe pole do autorskiego popisu dają reżyserowi możliwość zaakcentowania własnej roli w przedstawieniu, prawo do nienachalnej autorefleksji. Historia dwóch iluzjonistów zahacza o refleksję nad zagadnieniem istoty triku, złudy, snu. Czy twórca jest takim iluzjonistą? Czy satysfakcjonujące obcowanie ze sztuką filmową jest formą pewnego otumanienia, a jeden niewprawny ruch reżysera, jeden błąd narracyjny – pstryk, budzimy się! – jest w stanie zniwelować tę satysfakcję?  W końcu to artysta, iluzjonista, Mistrz Gry – Władca Snów – ma pełną władzę nad swoją opowieścią. My, widzowie, tylko oglądamy. Z zamkniętymi, drżącymi z podniecenia powiekami.
    
Zbliżająca się "Incepcja" prawdopodobnie ostatecznie pogodzi w końcu Nolana z Nolanem. Rozmach filmu i jednocześnie wysoka poprzeczka sukcesu komercyjnego, jaka została postawiona przed reżyserem, tym razem nie wydają się przeszkadzać nadciągającym ambitnym eksperymentom formalnym. Motyw snu, podkreślenie dominacji myśli nad rzeczywistością to systematyzacja tego, co w filmach twórcy "Memento" obecne było zawsze. Bez względu na to, czy jest to Robert Angier grany przez Hugh Jackmana, którego pragnienie robienia tego, co niemożliwie, jest tak silne, że prowadzi w końcu do dramatycznych konsekwencji, czy może żyjący w swoim przepełnionym fałszywymi tajemnicami świecie  Lenny, bohaterowie Nolana to postacie zmagające się z odwieczną zagadką ludzkiego poznania, uwięzieni niezmiennie w pułapce fałszu. Aż do samounicestwienia.
   

"Nigdy nie wiesz, że to sen, póki się nie obudzisz" – mówi w zwiastunie Leonardo DiCaprio do Ellen Page. "Incepcja" to sen o śnie, punkt w którym można już tylko zgubić się nieskończonych meta-odniesieniach lub zwyczajnie dać sobie spokój. To Christopher śniący o sobie samym. Czy wyjdzie z tej próby zwycięsko? Musi, kto dziś potrzebuje obudzonego Nolana?

Jakub Wencel

Jakub Wencel – wyróżniony w tegorocznym konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Oprócz filmów interesuje się także tematyką gier wideo - prowadzi bloga videoulipo.wordpress.com. Publikował także w "CD-Action" i "Polygamii".
Udostępnij: