Artykuł

W fabryce mitów

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/W+fabryce+mit%C3%B3w-79484
Mit może pozostać mitem tylko, jeśli zostanie poddany odpowiedniej "obróbce" przez inne sztuki, jeśli będzie stale przetwarzany, przerabiany i adaptowany. Hollywood służy!

O jednolitą definicję mitu pokusić się nie sposób, choć chyba każdy podręcznik szkolny do języka polskiego takową podaje. Fascynujących hipotez i teorii, nad którymi głowiły się przez setki lat tęgie umysły, nie brakuje i trudno sięgnąć po tę jedną jedyną formułkę, wyjaśniającą znaczenie terminu. Szczególnie, że w erze popkultury wydaje się ona coraz mniej potrzebna, gdyż literatura, kino czy komiks, korzystając z "elastyczności" mitu, tworzą własną sferę mitologiczną.  



Taki argument nie wszystkich jednak przekonuje i purystom zaczytanym w tradycyjnych greckich czy nordyckich opowieści o bogach, herosach i monstrach nadal trudno przełknąć dania z Hollywood. Zanim jednak rzuci się kamieniem w stronę kina wyświetlającego akurat "Starcie tytanów" czy "Thora", wyróżnić trzeba kategorię mitu współczesnego, zrodzonego za sprawą nowoczesnych mediów i za ich pomocą rozpowszechnionego. Rzeczoną rangę uzyskały historie Frankensteina i Drakuli, które bez wsparcia filmowców nigdy nie zyskałyby należytej popularności i nie zostałby obwołane popkulturowymi mitami. Pokazywane obecnie w kinach przygody bohaterów znanych z antycznych opowieści to nic innego, jak ich kolejne wcielenia i interpretacje. 

Jedna z bardziej liberalnych teorii głosi, że mit może pozostać mitem tylko, jeśli zostanie poddany odpowiedniej "obróbce" przez inne sztuki, jeśli będzie stale przetwarzany, przerabiany i adaptowany. A jednak nie wszystkie chwyty są dozwolone, bowiem każdy mit ma swój rdzeń, który musi pozostać nienaruszony, aby snuta opowieść zachowała swoją odrębność – Jazon musi wyruszyć po odpowiednik Złotego Runa, a Herkules dysponować nadludzką siłą. Przy całej swojej tolerancji, mit posiada więc pewną nietykalną sferę. Zanim przekonamy się, co też przygotowali dla widzów twórcy filmu "Immortals. Bogowie i herosi", będącego kolejną próbą wykorzystania fabuły wyniesionej z mitologii greckiej, przypomnijmy sobie, jak w ostatnich latach traktowano mitologiczną spuściznę Hellady. Z ziemi greckiej do Polski

Dla wielu polskich widzów telewizyjna przygoda z grecką i rzymską mitologią zaczęła się zapewne wraz z emisją popularnego serialu "Herkules i jego spin-offu "Xena – wojownicza księżniczka", które poprzedziło kilka filmów pełnometrażowych, również u nas wyświetlanych. Choć akcja obu seriali osadzona została w antycznej Grecji i bazowała na micie o jednym z synów Zeusa i śmiertelnej kobiecie, próżno było szukać w kolejnych odcinkach jakiejkolwiek spójności świata przedstawionego – reżyserzy chętnie sięgali po mitologię egipską czy wschodnią, wplatali elementy średniowieczne. Takie eklektyczne potraktowanie historii Herkulesa umożliwiło osadzenie mitu w różnych kontekstach, lecz potencjał ten nie został wykorzystany. Serial tonął w tandecie i pstrokaciźnie, korzystając praktycznie z jednego schematu fabularnego, który polegał na walce bohatera z nękającym wieśniaków potworem. 


Podobne, syntetyczne podejście jest zresztą dość częste, czego dowodem jest niedawny remake "Starcia tytanów. Tam również mamy do czynienia z iście kosmopolityczną mieszaniną – pojawiają się dżinny z mitologii arabskiej oraz skandynawski Kraken (obecny także choćby w "Piratach z Karaibów: Skrzyni Umarlaka"). Możliwości adaptacyjne mitów są pod tym względem nieskończone, weźmy na przykład produkcję dla młodzieży "Percy Jackson i Złodziej Pioruna. Tam mitologię dopasowano do fabularnego szablonu wziętego z powieści o Harrym Potterze (zresztą sam film ma swój literacki odpowiednik, będący próbą naśladownictwa prozy Rowling). Drobniejszych inspiracji dawnymi wierzeniami Greków i Rzymian wymienić nie sposób, rozciągają się one na animacje (Wonder Woman jest potomkinią Amazonek), ekranizacje komiksów ("Spirit – Duch Miasta) i bezpośrednie adaptacje homeryckich eposów (Troja).

Wiatr z północy

Pożywkę dla Hollywood stanowią też mitologie krajów północy – Skandynawów i Brytyjczyków, do których Fabryka Snów podchodzi w nieco odmienny sposób. Wydaje się, że filmowcy amerykańscy chcą za wszelką cenę odrzeć często magiczną historię z jej nadnaturalnych walorów na rzecz, przeważnie i tak umownego, realizmu. "Król Artur" sprzed kilku lat był próbą przeniesienia mitu na grunt faktów, co było pomysłem skazanym na porażkę, skoro już samo istnienie legendarnego króla poddawane jest w wątpliwość. Wiarygodna fabularna podstawa runęła od razu, bo była, pomimo deklaracji, niemal od początku do końca wymysłem scenarzystów. Zresztą w tym wypadku i sam mit nie przyszedł filmowcom w sukurs, ci bowiem korzystają z niego jedynie pretekstowo, w celu marketingowym. Na podobnej zasadzie próbowano przerobić celtycką legendę o Tristanie i Izoldzie, jednak tutaj, prócz nieudolnej próby zachowania historycznych realiów, postanowiono uprościć historię miłosną, czego nie omieszkano podkreślić nawet w oryginalnym tytule, stylizowanym na wyryte na szkolnej ławce bohomazy – "Tristan + Isolde. W obu przypadkach nie sprawdziło się również  wyrugowanie z opowieści magii, wraz z którą uleciał cały duch mitów i legend, stanowiący o ich oryginalności.

A jednak nie zawsze radykalne odejście od jądra mitu jest kiepskim pomysłem, czego najlepszym przykładem jest "Thor, w którym nordycki bóg zostaje superherosem we współczesnym, cywilizowanym świecie. Władca burz i błyskawic nie był pierwszym, który zstąpił na Ziemię z boskiego panteonu – Stany Zjednoczone odwiedził wcześniej grecki półbóg w "Herkulesie w Nowym Jorku, filmie pamiętanym dzisiaj chyba tylko ze względu na debiutancką rolę Arnolda Schwarzeneggera. Tam jednak mitologiczny mięśniak wszechświata nie ratował, a próbował swoich sił w sporcie. Efekt komiczny obrazu działał na podobnej zasadzie, co w disnejowskiej "Małej syrence i właśnie w "Thorze – przybysz znikąd próbuje zaadaptować się w nowym dlań środowisku, nie mając pojęcia o obcej mu kulturze. Nadludzi z kart komiksów przypomina też wojownik ze staroangielskiego poematu, tytułowy bohater filmu "Beowulf”. 


W tym świetle ciekawy jest wniosek, że już sam literacki pierwowzór zbliżony jest na tyle do takiego "Supermana", iż niepotrzebne są fabularne zmiany, aby zaakcentować ponadczasowość podobnej historii. Bo wszystkie wymienione adaptacje dowodzą właśnie jednego – że mity, czy to Greków, czy Skandynawów, są nieodmiennie żywe w popkulturowej świadomości. 
Udostępnij: