Artykuł

W sieci (kłamstw)

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/W+sieci+%28k%C5%82amstw%29-73078
Choć filmowcy zachłysnęli się możliwościami cyfrowej technologii, nie są zbyt chętni, by tę technologię - w jej globalności i masowości – analizować. Największym tabu Hollywoodu nie jest już seks, lecz internetowe piractwo.

W "Stanie gry" Kevina Macdonalda, dziennikarz Cal McAffrey (Russel Crowe), który już w pierwszej scenie (w której pojawiają się jego znaki rozpoznawcze: zapuchnięta twarz miłośnika taniej whisky i niechlujny styl bycia) zostaje zaszufladkowany jako "stary wyga", podczas tropienia afery politycznej wchodzi w spór z młodą dziennikarką Dellą Frye (Rachel McAdams), piszącą do wydania elektronicznego tego samego dziennika. Konflikt pokoleń? Nie tylko. Wzmacnia go zasadnicza zmiana, która zaszła w mechanizmach funkcjonowania mediów. Blogowe teksty Delli od razu trafiają na stronę, co tekstom Cala, wychodzącym w nowym wydaniu gazety, odbiera prestiż i popularność. Dziennikarz uważa więc bloggerkę za osobę pracującą zbyt szybko i powierzchownie, by mogła dotrzeć do istoty opisywanej sprawy. Sytuacja zostaje rozwiązana w filmie tyle wzorcowo, co mało realistycznie: reporterzy wspólnie dochodzą do prawdy, a dziewczyna zgadza się zaczekać z publikacją rewelacji do następnego dnia, bo przecież "takie informacje powinny ukazać się w prasie". W decyzji Delli zawiera się nie tylko lojalność wobec starszego kolegi, ale i powszechne, choć dziś trudne do obronienia przekonanie, że to, co wydrukowane, zasługuje na większy prestiż niż to, co opublikowane jest w sieci. Diagnoza filmu jest więc naiwna: rewolucja cyfrowa w mediach obędzie się bez ofiar: bo choć nowa siła działa na nowych zasadach, to respektuje dorobek poprzedników zdaje się mówić nam Kevin Macdonald. Czy ma rację?

 
"Stan gry"

Fuck Facebook in the Face!

Po ostatnim kryzysie prasa drukowana ledwo się wylizała, a koleżanki i koledzy Delli bez pardonu wskoczyli na miejsca droższych i bardziej doświadczonych dziennikarzy prasowych. Jednak mimo zastrzeżeń, jakie może budzić konkluzja "Stanu gry", ten film z 2009 roku pozostaje jednym z najlepszych kinowych przedstawień medialnej rewolucji, której jesteśmy świadkami. Definiuje nowe pola konfliktów, nowe drogi przepływu informacji, a co za tym idzie – podziału władzy. Rzadkość w dzisiejszym kinie, które choć zachłysnęło się możliwościami cyfrowej technologii, nie jest zbyt chętne, by tę technologię w jej globalności i masowości – analizować. Sieci stanowią nową morfologię  społeczną, a rozprzestrzenianie się logiki usieciowienia w sposób  zasadniczy zmienia funkcjonowanie i wyniki w procesach produkcji, doświadczenia, władzy i kultury pisał Manuel Cassels. Ten zaawansowany etap rozwoju sieci, z których te komputerowe są tylko wierzchołkiem góry lodowej, wciąż czeka na wszechstronne opisanie przez władców zbiorowej wyobraźni.
 
W hollywoodzkim maruderstwie nie ma nic zaskakującego. Kino masowe zwykle ma problem z wyczuciem rytmu współczesności, reaguje z opóźnieniem, uderza kulą w płot. Jest w tym trochę podobne do komika z "Funny People" Judda Apatowa: nie dość, że swój dowcip przygotował na smutny zjazd przegranych, czyli Myspace'a, to ktoś go już wygłosił wcześniej: "Fuck Facebook in the face!".

 
"The Social Network"

Tak, dziś ta odezwa nie jest w stanie porwać tłumów. A "The Social Network" stał się wyjątkiem potwierdzającym hollywoodzkie zapóźnienie, jedyną współczesną filmową biografią chwytającą mit niemal na etapie jego tworzenia się. Jak zauważył Michał Oleszczyk, film Finchera "stanowi najbardziej jawną próbę zdefiniowania własnego momentu kulturowego co najmniej od filmu <<It>> (1927) z Clarą Bow – albo od <<Czasu apokalipsy>> (1979)".

Obraz Finchera stanowi wyjątek pod wieloma względami. Poza tym, że w biografii pewnego zdolnego 23-latka zawiera zwięzłą charakterystykę tożsamości sieciowej, to przy okazji przewartościowuje tradycyjny american dream. Mark Zuckerberg w filmowym wydaniu co prawda staje się duszą i mózgiem dochodowego przedsiębiorstwa, ale nie czyni tego w czystym stylu pionierów amerykańskiej demokracji. W legendę założycielską zostaje tu wpisana skaza: procesy i podejrzenie o plagiat. Lecz czy kradzież własności intelektualnej może zdyskwalifikować bohatera? Bynajmniej. Armia prawników, która go broni, wcale nie docieka prawdy. Ba, nawet nie stara się sprawiać wrażenia, że taki jest jej cel. Ich zadanie to doprowadzić do porozumienia finansowego. Sorkin i Fincher nawet nie udają, że w świecie biznesu rozwiniętego kapitalizmu chodzi o wartości takie jak uczciwość czy sprawiedliwość. Relatywizm został tu już dawno usankcjonowany i nie na tym poziomie toczy się ideowa walka. Dlatego też zakończenie filmu nie przynosi odpowiedzi na pytanie, czy Zuckerberg ukradł, czy raczej twórczo wykorzystał banalny pomysł bogatych braci Winklevoosów; czy oszukał przyjaciela; czy działał dla dobra firmy. Liczy się efekt w postaci milionów wirtualnych użytkowników i realnych dolarów na koncie.
 
Zakazywać i karać

Producenci "The Social Network" wyjątkowo łatwo oddali cześć człowiekowi włamującemu się na uniwersyteckie serwery i posądzanego o odtwórczość. Zwłaszcza że kradzież danych to wyjątkowo drażliwy temat dla włodarzy przemysłu filmowego, którzy kiepsko oszacowali rozmiary cyfrowej rewolucji i nie zareagowali wystarczająco wcześnie na rozpowszechniający się dostęp do sieci: nie zdefiniowali praw własności cyfrowych kopii (na przykład umożliwiając ich legalne wypożyczenie przez Internet), nie wymyślili, jak się bronić przed "dystrybucją alternatywną". Nie stanęli twarzą w twarz z problemem, by wymyślić długotrwałe rozwiązania: tańsze kopie do wykorzystania na krótki czas, jednoczesne premiery w sieci wraz z premierami DVD (to wciąż wyjątki). Broniąc zysków, Hollywood doprowadziło do sytuacji, w której jego kapitał zaczyna topnieć. W efekcie, co roku i przynajmniej od paru lat amerykańskie studia tylko na terytorium USA tracą ponad miliard dolarów z powodu piractwa (według International Intellectual Property Alliance).


"The Social Network"

Co im pozostało? Grożenie palcem i upominanie. Że kradzież jest zła, że "nie ukradłbyś torebki, to nie kradnij filmu". Dramaturgii walce pomiędzy producentami rozrywki a piratami na całym świecie co pewien czas nadają monumentalne procesy, wytaczane serwisom z nielegalnymi plikami (vide PirateBay). Wyniki są chwilowe, powraca status quo. Mimo to Hollywood wciąż trzyma się strategii "zakazywać i karać", nie zważając na fakt, który zrozumiało wielu jeszcze przed Zuckerbergiem: komunikowanie "od góry, do dołu" już nie ma tej siły oddziaływania co kiedyś. Kolejne kampanie społeczne podążają przestarzałym dziś tropem, chcąc pirata napiętnować, uderzyć do jego sumienia. Tyle że nawet najpotężniejsi już nie mają władzy, by w ten sposób zmieniać społeczne myślenie i wpływać na rzeczywistość. Oni również, w czasach demokratyzujących się mediów, muszą szukać nowych metod dotarcia do zbiorowej świadomości. Metod opartych na dialogu albo przynajmniej sprawiających takie wrażenie. Czas pokaże, czy w końcu studia pogodzą się z faktem, że przestały być jednym z najważniejszych dysponentów informacji.

Tarantino 2.0

Hollywood chyba nie spodziewało się tak zgubnych dla siebie konsekwencji swobodnego dostępu do informacji, gdyż od początku było gorącym zwolennikiem podobnej strategii. Wolnościowe myślenie związanie ideowo z rewolucją 1968 roku dominowało w liberalnej Kalifornii. Jeszcze w czasach raczkującej cyfryzacji, sieć jako przestrzeń wolności cieszyła się dobrym imieniem na ekranach. Była tym co, oddolne, przeciwstawione złemu Systemowi, właściwe. Reprezentowali ją hakerzy, których przygody dla zwykłego zjadacza chleba wyglądały równie fantastycznie jak z te podboju wszechświata (co szerzej przypomniała ostatnio w cyklu "Powrót do przeszłości" Kaja Klimek). Tyle że wówczas problem elektronicznej kradzieży nie dotyczył kradzieży filmów. Dziś ma zupełnie inną skalę, a hakerski etos też brutalnie się umasowił. Czy Hollywood strzeliło sobie w stopę, popularyzując tę ideę? Pewnie częściowo tak. Ale przecież hakerstwo w ogóle leży u podstaw rozwoju Internetu. Już Arpanet, nad którego rozwojem od lat 70. pracował Pentagon, miał być oparty na publicznym dostępie w ramach norm "właściwego wykorzystania". Lecz chyba większe znaczenie dla dzisiejsze kształtu sieci miała rozwijająca się w tym samym czasie komputerowa kontrkultura, również związana z ruchami lat 60.

Jak przypomina w książce "Ameryka nie istnieje" Wojciech Orliński: "Dzięki temu, że najważniejsze wydarzenia i wynalazki, wliczając w to uruchomienie w 1969 roku pierwszego łącza internetowego między Stanfordem a Uniwersytetem Kalifornijskim w Los Angeles, miały miejsce w ogarniętej kontestacją Kalifornii, wciąż jeszcze stosunkowo łatwo jest o swobodę w sieci i na własnym komputerze. Po prostu pierwsze protokoły nie były pisane pod kątem ułatwiania nadzoru i ścigania treści niedozwolonych. Przeciwnie, tworzyli je ludzie przekonani, że najważniejsze to wszystko projektować tak, żeby było najtańsze i jak najbardziej dostępne dla prostego człowieka. Jeśli się da: za darmo". Bill Gates w tamtych czasach rozwijał oprogramowanie BASIC i bez skutku dopominał się o pieniądze, uderzając (skąd my to znamy?) do sumienia pierwszych internautów: "Sprzęt to coś, za co trzeba zapłacić, za to oprogramowanie ma być rozdawane za darmo. Kogo obchodzi, czy autorzy dostaną pieniądze. Czy to uczciwe?" (z "Otwartego listu do hobbystów", Bill Gates, 1976). 

 
"Co jest grane"

Hollywood w walce o prawa własności bliżej dziś mentalnie do Billa Gatesa, choć snując swoje  fabuły, producenci wciąż udają, że opowiada się za cyfrową wolnością. Wszem wobec okazuje swoją miłość do Steve'a Jobsa, który w latach 70. był po stronie kalifornijskich kontestatorów (że dawno temu znalazł się po drugiej stronie barykady, to już zupełnie odrębny temat). Albo, tak jak w przypadku "Social Network", popiera twórczą inicjatywę, nawet jeśli wiąże się ona z włamaniem. Nie brak w tych deklaracjach hipokryzji, bo, z drugiej strony, piractwo to problem nieistniejący w filmach. Wyobraźmy sobie amerykański film o tym, jak rośnie nowy Tarantino: nie wypożyczając filmów z wypożyczalni na VHS-ach, ale – co dziś dużo bardziej prawdopodobne – ściągając terabajty klasyki i kina klasy B z sieci.  W filmach, olbrzymie bazary, zapełnione fałszywymi DVD, piraci ściągający pliki w zaciszu swoich domostw i ścigający ich właściciele praw po prostu nie istnieją. Nie powstał nawet duży film traktujący o kradzieży filmów w sieci z przymrużeniem oka (tak jak w latach 90. "Kinomaniak" mówił o kradzież telewizji kablowej). Zaś w autotematycznym "Co jest grane?" sen z powiek producenta spędzały zupełnie inne problemy niż piractwo. Jakby największe straty powodowało źle przyjęte przez widownię zakończenie (zabicie psa). W ten właśnie sposób kino hollywoodzkie traci swoją największą szansę – promowania idei poprzez wbudowanie jej w filmowane opowieści. A chyba nikomu nie trzeba udowadniać, że filmy potrafią zmieniać zbiorową świadomość o wiele skuteczniej niż najlepsze kampanie społeczne.
Udostępnij: