Relacja

WENECJA 2016: Taniec z gwiazdami

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2016%3A+Taniec+z+gwiazdami-119203
W Wenecji na dzień dobry pokazano dwa oczekiwane filmy niezwykle obiecujących reżyserów w gwiazdorskiej obsadzie: "La La Land" Damiena Chazelle'a (twórcy "Whiplash") z Ryanem Goslingiem i Emmą Stone oraz "Światło między oceanami" Dereka CIanfrance'a (autora "Blue Valentine") z Michaelem Fassbenderem i Alicią Vikander. Łukasz Muszyński i Piotr Czerkawski zdają sprawozdanie z seansów.


Kraina braw ("La La Land", reż. Damien Chazelle)

Nowe dzieło twórcy "Whiplash" skrywa w sobie kilka różnych filmów. Znajdziecie tu zarówno brawurowy musical w duchu złotej ery Hollywoodu jak i kameralną historię o uczuciu pary marzycieli. Hymn na cześć tytułowego miasta oraz doprawiony goryczką ironii portret przemysłu rozrywkowego. Baśń o spełnianiu snów i słodko-gorzką opowieść o akceptowaniu tego, co nieodwracalne. Zawieszony między tradycją a nowoczesnością, rozmachem klasycznych widowisk a intymnością kina niezależnego "La La Land" wydaje się murowanym kandydatem do przyszłorocznych Oscarów.

Damien Chazelle otwiera swój film strzałem z armaty. Trudno o lepsze określenie dla wirtuozerskiej sekwencji rozegranej w monstrualnym korku na autostradzie, nakręconej w jednym ujęciu z udziałem setki statystów. Młoda kobieta intonuje niespodziewanie piosenkę o "kolejnym dniu pełnym słońca". Mija moment, a tłum pogrążonych dotąd w marazmie kierowców śpiewa i tańczy niczym obsada "Deszczowej piosenki". W nastroju do zabawy nie są tylko Mia i Sebastian. Ona pracuje w kawiarni i bezskutecznie ubiega się o role na przesłuchaniach. On jest bezrobotnym pianistą marzącym o własnym klubie jazzowym. Choć pierwsze spotkanie bohaterów nie zwiastuje miłości od grobowej deski, romans i tak wydaje się nieunikniony. Główne role grają tu przecież Emma Stone i Ryan Gosling, którzy zdążyli już zwariować na swoim punkcie w "Kocha, lubi, szanuje" oraz "Gangster Squad". O ile jednak w poprzednich filmach wątek miłosny był pobocznym elementem fabuły, tutaj jest jej sercem. I to sercem, które bije jak oszalałe dzięki parze obdarzonych naturalną chemią świetnych aktorów.

Seb staje na drodze Mii we właściwym momencie. Dziewczyna powoli zaczyna godzić się z myślą, że zawsze będzie jedną z gromady identycznie przyodzianych kelnerek próbujących przykuć uwagę znudzonych organizatorów castingu. Jazzman dodaje jej wiary i inspiruje do podjęcia ryzyka. Jednocześnie sam zaczyna bić się z myślami, czy jego muzyczne doktrynerstwo i arbitralne sądy nie są aby oznaką niedojrzałości. Majaczący na horyzoncie happy end nie zaczyna się jednak coraz bardziej oddalać. Chazelle zastanawia się, czy para głodnych sukcesu artystów ma szansę zbudować harmonijny, dojrzały związek. Czy uczucie może zatriumfować nad ambicjami i wybujałym ego? Czy w świecie sterowanym przez panów z neseserami da się obronić twórczą niezależność? Czy w mieście zwanym nieprzypadkowo Fabryką Snów wszystko jest zaledwie pozorem, grą, fantazją? Na podobne pytania szukał niegdyś odpowiedzi m.in. Bob Fosse w słynnym "Całym tym zgiełku". "La La Land" nie jest jednak tak drapieżny - szyderstwo zostało w nim złagodzone melancholią, a pesymistyczne wnioski - ukryte pod warstewką delikatnego humoru. Ostatecznie film Chazelle'a okazuje się więc raczej listem miłosnym aniżeli donosem na Hollywood.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego przeczytacie TUTAJ.


W sztucznym świetle ("Światło między oceanami", reż. Derek Cianfrance)

Derek Cianfrance dryfuje w niewłaściwym kierunku. Autor rewelacyjnego "Blue Valentine" na własne życzenie pozwolił zredukować się do roli szeregowego robotnika z Fabryki Snów. W "Świetle między oceanami" reżyser wyraźnie próbuje powtórzyć sukces pierwszego filmu i raz jeszcze snuje opowieść o toksycznym uczuciu oraz wybrukowanym dobrymi chęciami rodzinnym piekle. "Blue Valentine" miał w sobie jednak energię, dzięki której przypominał kunsztowną walentynkę rozpadającą się na naszych oczach na kawałki. W "Świetle…" tamten duch spontanicznej szczerości został zastąpiony przez widmo artystycznej kalkulacji.

Nowy film Cianfrance’a to typ samozwańczego arcydzieła będącego – w teorii – skazanym na sukces. Reżyser wziął na warsztat bestsellerową powieść M. L. Stedmana, zatrudnił gwiazdorski tercet w składzie Michael FassbenderAlicia VikanderRachel Weisz i otrzymał wsparcie produkcyjne od gigantów z DreamWorks. Efekt końcowy nie przynosi wstydu – aktorzy, na czele z Fassbenderem, stają na wysokości zadania, a ponad dwie godziny projekcji mijają szybko i bezboleśnie. Trudno jednak oprzeć się rozczarowującemu wrażeniu, że towarzyszący produkcji rozmach został zmarnowany na realizację dość schematycznego melodramatu.

W świecie "Światła…" nie ma miejsca na jakiekolwiek półśrodki ani niedopowiedzenia. Zaczyna się od czystej sielanki: Tom Sherbourne, weteran I wojny światowej, zakochuje się z wzajemnością w pięknej Isabel. Bohaterowie zajmują się głównie wzdychaniem i wysyłaniem czułych liścików, które czytają następnie o zachodzie słońca nad brzegiem morza. Zanim zdąży zemdlić nas jednak od nadmiaru słodyczy, pocztówkową scenerią zawładną niemal apokaliptyczne burze.

Nagła zmiana tonacji wybrzmiewa tym bardziej sztucznie, że Cianfrance – jakby świadomy miałkości materiału, którym dysponuje – pragnie go za wszelką cenę uszlachetnić. Stąd zapewne biorą się w filmie dość ostentacyjne nawiązania do motywów biblijnych i mitologicznych. Najbardziej chybiona wydaje się jednak stylizacja fabułki "Światła…" na grecką tragedię. Teoretycznie wszystko jest na swoim miejscu: ekranowy świat ewidentnie znajduje się pod działaniem fatum, a kolejni bohaterowie reprezentują równorzędne, niedające się pogodzić racje. Kłopot w tym, że wrażenie to okazuje się jedynie pozorne, a głęboki w zamierzeniu konflikt można sprowadzić do prostej opozycji pomiędzy histerią a racjonalizmem.

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego przeczytacie TUTAJ.