Artykuł

Więźniowie wolności słowa

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Wi%C4%99%C5%BAniowie+wolno%C5%9Bci+s%C5%82owa-77124
Amerykańskie filmy "rozliczeniowe" jawią się jako niedościgniony wzór kina antysystemowego. Wnikliwsza lektura pokazuje jednak, jak mało krytyki jest w tych programowo "krytycznych" produkcjach i jak cienka jest granica między kontestacją a afirmacją.

Nie tak dawno temu w naszej redakcji rozgorzała dyskusja na temat kina amerykańskiego. Chwalono twórców za podejmowanie ważnych tematów oraz odwagę i otwartość w krytykowaniu systemu. Początkowo chciałem się z tym zdaniem zgodzić. Bo też trudno o inną reakcję, kiedy porównujemy kinematografię amerykańską choćby z rodzimą. Pamiętna afera wokół filmu o Westerplatte najlepiej pokazuje, jak daleko w tyle jesteśmy. Nie ma też chyba w Polsce nikogo, kto poważnie myślałby o zrobieniu filmu antywojennego o Powstaniu Warszawskim. Z tej perspektywy amerykańskie kino jawi się jako niedościgniony wzór antysystemowych strategii. Wnikliwsza lektura pokazuje jednak, jak mało krytyki jest w tych programowo "krytycznych" produkcjach i jak cienka jest granica między kontestacją a afirmacją.

W bagnie kłamstw

Spójrzmy chociażby na "Fair Game" Douga Limana. Na pierwszy rzut oka trudno wyobrazić sobie obraz odważniejszy w krytykowaniu systemu i władzy amerykańskiej. Całość jest bowiem inspirowana skandalem, który miał miejsce w czasach prezydentury Busha juniora. Akcja filmu rozpoczyna się w 2002 roku. USA przygotowuje się do inwazji na Irak. Potrzebny jest jednak pretekst. Jednym z nich ma być kupno przez Saddama Husajna rudy uranu, która może posłużyć do budowy broni masowego rażenia. Tyle tylko, że do takiej transakcji nigdy nie doszło. Mimo to w orędziu z 2003 roku Bush podał to jako fakt. Na to zareagował Joseph C. Wilson, były ambasador amerykański, który na prośbę władz odwiedził w 2002 roku Niger, by sprawdzić prawdziwość pogłosek o uranie. Po orędziu Busha Wilson napisał artykuł ze słynnymi słowami "Czego nie znalazłem w Afryce". Jego tekst spotkał się z brutalną reakcją Waszyngtonu. Aby zdyskredytować Wilsona i wymusić na nim wycofanie się z krytykowania rządu, dokonano przecieku kontrolowanego, dzięki któremu ujawniono tożsamość żony Wilsona, Valerie Plame, jako aktywnego w terenie agenta CIA.

 
"Fair Game" / Valerie Plame i Joseph Wilson

Liman odsłania kulisy tej afery. Pokazuje, w jaki sposób władze amerykańskie mogą zniszczyć zwyczajnego obywatela, jeśli tylko ten odważy się kwestionować ich opinie i twierdzenia. Reżyser miażdży administrację Busha w melodramatycznej fabule, w której widzimy, jak ludzie, którzy zaufali Amerykanom, giną i jak szczęśliwe małżeństwo powoli się rozpada pod pręgierzem opinii publicznej. W pewnym momencie uparty Wilson jest na krawędzi desperacji. Liman wyciąga największe działa i donośnym głosem woła: "Oskarżam!".

A teraz "Green Zone" - klasyczne kino sensacyjne inspirowane wojną w Iraku. Pierwsze dni inwazji. Matt Damon jako starszy chorąży Roy Miller jest jednym z żołnierzy oddelegowanych do misji odnalezienia składów broni masowego rażenia. To właśnie w celu jej eliminacji został przypuszczony atak na suwerenny (choć mało demokratyczny) kraj. Mijają dni. Miller odwiedza kolejne miejsca i wszędzie znajduje to samo: nic, zero śladów broni jakiegokolwiek rodzaju. Szukając odpowiedzi, trafia za to na ślad spisku, w którym główną rolę odgrywają władze amerykańskie.


"Green Zone"

Reżyser Paul Greengrass powtarza w "Green Zone" to, co dziś wiedzą wszyscy: że w Iraku w momencie inwazji nie było broni masowego rażenia, że tamtejsze władze nie miały związków z Al-Kaidą, że administracja Busha celowo podawała opinii publicznej fałszywe informacje, by uzasadnić konieczność napadu na Irak. Postać Millera staje się sumieniem Ameryki, symbolem tych wszystkich, którzy w bezwzględny sposób zostali oszukani. I jak w przypadku "Fair Game", tak i tu jednostka, która nie godzi się z opinią władz, staje się ofiarą nacisków, tym razem mogących prowadzić nawet do śmierci. Trudno jest o bardziej miażdżącą krytykę systemu niż wykazanie, że może on być wykorzystywany do niszczenia tych, w których obronie powstał.


I jeszcze jeden przykład - dokument "Inside Job". Ten nagrodzony Oscarem obraz to szczere do bólu studium współczesnego kapitalizmu. To, co pokazuje Charles Ferguson, zjeży włos nawet na łysej głowie. Ukazując kulisy kryzysu roku 2008, dokumentalista demaskuje współczesny system kapitalistyczny jako wypaczony, schorowany i nieludzki. Dowodzi, że liczy się tylko dobro korporacji, a wolny rynek czy konkurencja nie odnoszą się do szarego obywatela, który jest trybikiem w wielkiej finansowej maszynerii. Rzeczywistość widziana oczami Fergusona przypomina postapokaliptyczną wizję rodem z horroru. Tyle tylko, że zombie i potwory zastąpione zostały instrumentami pochodnymi. "Inside Job" nie zostawia suchej nitki na obecnym systemie ekonomiczno-politycznym.

Święta Konstytucja

W wymienionych powyżej filmach znajdziemy więcej antyrządowej krytyki niż we wszystkich obrazach wyprodukowanych w Polsce po 1989 roku. Podobnych tytułów powstało za oceanem znacznie więcej. Dlaczego więc na mnie nie robi to wrażenia?

Wróćmy na chwilę do "Fair Game". Przez cały film Liman pieczołowicie pokazuje, jak system polityczny USA zawodzi obywateli, jak władza dla pragmatycznych korzyści jest w stanie przeciwstawić się obywatelom, jak mechanizmy demokratyczne wykorzystywane są, by zaszczuć niewinnych, a opinia publiczna zostaje zmanipulowana, by dokonać zbiorowego ostracyzmu. A jednak w ostatniej scenie dowiadujemy się, że cały film ma na celu pokazanie zalet systemu amerykańskiego, który gwarantuje upartej jednostce triumf w walce z władzą. Liman kończy "Fair Game" pełnym patriotycznego zadęcia wykładem Wilsona przed studentami, w którym opiewa amerykańską demokrację i zachęca młodych do obrony jej zasad. Krytyka okazuje się więc skierowana nie w stronę systemu, lecz konkretnych osób, które wypaczyły ideały. Jej celem nie jest wskazanie wadliwych mechanizmów, a wręcz utwierdzenie widzów, że żadnych wadliwych mechanizmów nie ma.


"Fair Game"

W "Green Zone" system triumfuje za sprawą Millera, który staje się bohaterem obywatelskiego nieposłuszeństwa, a jego zachowanie prowadzi do zmian w postaci ruchu w obronie demokracji. Wspaniała to wizja, ale z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Jeszcze dalej idą twórcy "Inside Job", którzy przez ostatnie pół godziny filmu nie robią nic, jak tylko indoktrynują widzów, wpajając im wiarę w wartości kapitalistyczne, które zostały wypaczone przez wielkie koncerny.

Mury więzienia Wolność

I tak jest w większości amerykańskich filmów. U ich podstawy leży święta i niepodważalna prawda, że Konstytucja Stanów Zjednoczonych i zapisany w niej system jest najwspanialszy na świecie, bezbłędny, perfekcyjny i nie podlega jakiejkolwiek krytyce. Można krytykować ludzi, którzy korzystają z systemu, wypaczając go lub próbując doprowadzić do jego zmiany. Należy za to afirmować  zbiorowy wysiłek w obronie demokracji.

Oczywiście takie podejście trudno nazwać prawdziwą krytyką. Amerykańskie kino kontestacyjne okazuje się niczym więcej, jak elementem systemu, kinematograficznym odpowiednikiem wątroby, która oczyszcza organizm z toksyn i w ten sposób zapewnia status quo. Wytykanie błędów i wypaczeń znamy z każdego systemu. Krytykując ludzi, można de facto bronić każdego ustroju, nawet absolutyzmu.


"Inside Job"

Najgorsze jest jednak to, że kino tego rodzaju tworzy atmosferę wolności i swobody wyrażania swoich opinii, podczas gdy w rzeczywistości kreuje jedynie iluzję. Ukryte założenia ukazują przemożną siłę propagandy, która czyni z członków systemu idealnych niewolników. Umożliwienie wyrażania krytyki w ramach systemu sprawia, że sam system jest bezpieczny. Nie ma możliwości krytykowania założeń, a co za tym idzie zmiany systemu lub/i wyrwania się jednostki z ograniczeń przez tenże system narzucony. Sposób myślenia jest prosty: masz prawo wyrażania i walki o swoje opinie; krytyka jest formą samoregulacji; system jest perfekcyjny, ale bez kontroli obywatelskiej może zbaczać z kursu; nie ma powodu, by ze względu na nieprawidłowości, które przecież można w ramach systemu naprawić, porzucać system.

Kiedy zastanowicie się chwilę nad konsekwencjami, do jakich prowadzi powyższy schemat, zrozumiecie, że to "wspaniałe" i "wolne" kino kontestacyjne jest tak naprawdę elementem konstrukcyjnym muru więziennego. Ameryka została wykastrowana z pierwiastka rewolucyjnego. Udało im się to, o czym marzyli założyciele wszystkich XX-wiecznych totalitaryzmów. A genialność i prostota amerykańskiego rozwiązania polega na tym, że każdy z obywateli jest zarazem więźniem, strażnikiem i gwarantem trwania systemu.

Post scriptum: Michael Moore


Pisząc o krytyce systemowej w kinie amerykańskim nie sposób nie wspomnieć o Michaelu Moorze. Z jednej strony idealnie wpisuje się on w zaprezentowany powyżej schemat. Jego wiara w Konstytucję ma charakter absolutny, wręcz fanatyczny. Z drugiej jednak Moore dokonał rzeczy, na jaką nikt inny w kinie mainstreamowym się nie poważył: zakwestionował aksjomat, zgodnie z którym demokrację i kapitalizm należy traktować jako synonimy. Najdobitniej dał tego znak w filmie "Kapitalizm: moja miłość", w którym ostatecznie odrzucił kapitalizm jako sprzeczny z ideą demokracji amerykańskiej. Filmy Moore'a są próbą przywrócenia Ameryce idei socjalizmu. Nie "realnego socjalizmu" czy komunizmu, jaki znany był w bloku wschodnim, ale koncepcji, które dla odróżnienia nazywa się ideą "państwa opiekuńczego" bądź "państwa socjalnego". W kinie amerykańskim czyni to z Moore'a rewolucjonistę. Co prawda, jego celem nie jest zmiana systemu, ale jednak chce ten system zredefiniować (a raczej, jak to sam mówi, przywrócić mu pierwotne znaczenie). Być może dlatego Moore zyskał taką popularność w Europie.
Udostępnij: