Diana Dąbrowska

Jean-Paul Belmondo: Łobuz nigdy nie traci tchu

Persona
/fwm/article/Jean-Paul+Belmondo%3A+%C5%81obuz+nigdy+nie+traci+tchu-143795
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Jean-Paul+Belmondo%3A+%C5%81obuz+nigdy+nie+traci+tchu-143795
PERSONA

Jean-Paul Belmondo: Łobuz nigdy nie traci tchu

Podziel się

Jean-Paul Belmondo jest i będzie dla świata filmu tym, czym Maradona jest dla footballu, a Beatlesi dla muzyki.

Diana Dąbrowska żegna się dla nas w emocjonalnym felietonie ze zmarłym 6 września Jeanem-Paulem Belmondo. Jeśli zakochaliście się w X Muzie właśnie za sprawą szelmowskiego uśmiechu Belmonda z filmów Godarda, to wiedzcie, że nie jesteście sami – pisze autorka. 

***


Jak ci się nie podobają góry, jak ci się nie podoba morze… 
To się wypchaj!
Michel Poiccard


Zawodowiec, as nad asy, wspaniały obrońca, ale też raptus, łobuz, łajdak i szpicel… Jean-Paul Belmondo jest i będzie dla świata filmu tym, czym Maradona jest dla footballu, a Beatlesi dla muzyki. Nonszalancki bóg z charakterystycznie spuchniętym nosem, którego kultowy status nigdy nie został (i nie zostanie!) zachwiany. Słynny "Bebel" tworzył przecież własny Babel, a w jego szaleństwie i anarchii kryła się przede wszystkim metoda na filmową wieczność. Najsłynniejsi bohaterowie grani przez Francuza byli przecież synonimem wolności, która uciekała od konsekracji mieszczańskich prawideł. Ich zasada? Najczęściej brak zasad.

Jeśli zakochaliście się w X Muzie właśnie za sprawą szelmowskiego uśmiechu Belmonda z filmów Godarda, to wiedzcie, że nie jesteście sami. Nigdy nie zapomnę tej pomalowanej niebieską farbą charyzmatycznej twarzy, która okazała się jedną z głównych twarzy najważniejszego nurtu w historii kina autorskiego – Francuskiej Nowej Fali. Spalona słońcem południowa Francja stawała się w "Szalonym Piotrusiu" teatrem dla absurdalnych potyczek i podbojów francuskich odpowiedników "Bonnie i Clyde'a", a całowanie się w samochodzie – a właściwie to w samochodach – nigdy nie było bardziej zmysłowe i na swój pokręcony sposób nawet romantyczne. Bo Belmondo – jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi – "przyciąga(ł) dystansem", swoją nieuchwytnością; w każdej chwili mógł zadrwić z danej obietnicy i uciec w siną dal pieszo, konno lub wozem, aby następnie pojawić się znikąd z bukietem skradzionych róż. Kategoria: duże ryzyko. Ale kto nie ryzykuje… 

Oczywiście w bogatej filmografii Belmonda znalazło się również sporo miejsca dla powagi i kontemplacji. Ça va sans dire. Ukryty za kolistymi oprawkami i dubbingiem Michele z "Matki i córki" De Siki to przecież całkowite przeciwieństwo Michela z "Do utraty tchu". Zaangażowany w działania antyfaszystowskie intelektualista nieśmiało kradnie pocałunki z pięknych warg zatroskanej wojną Sophii Loren, a jego francuskich braciak – trochę Dean, trochę Bogart  – zagląda nad Sekwaną modnym paniom pod spódnice. Cóż powiedzieć o Chauvinie, proletariackim bohaterze "Moderato Cantabile". Bohaterze nieśmiałym, wyciszonym, który w przypływie niemożliwej do zrealizowania namiętności potrafi stać się okrutny. Adaptujący nastrojową prozę Marguerite Duras Peter Brooke stworzył intymny ekranowy spektakl, który na naszych oczach zamienia się w teatr uniżenia i okrucieństwa. Pochodzący z niższej klasy społecznej Chauvin i zamożna pani domu Anne (w tej roli nagrodzona w Cannes Jeanne Moreau) w konspiracyjnych fantazjach i wzajemnie zadawanym sobie bólu jednoczą się. Jak głosi znane powiedzenie: "Czujemy tylko ten ząb, który nas boli".

"Do utraty tchu"

I tego typu "ludzką jakość" mogliśmy dostrzec także w innych postaciach granych przez Bebela. Tyle się mówi o współpracy Francuza z Godardem, a jedną z piękniejszych kreacji w karierze stworzył on we współpracy z Jean-Pierre’em Melville'em; specjalista od filmowej gangsterki i ruchu oporu tylko na pozór nie zrezygnował z przemocy. Tytułowy ksiądz Leon Morin jest ostoją wiary i personifikacją altruizmu. I choć nie poddaje się seksualnemu kuszeniu pięknej komunistki Barny (Emmanuelle Riva), to wchodzi z nią w pełen podtekstów dialog, który rozgrywa się często w ciszy i alchemii spojrzeń. To właśnie u Melville’a Belmondo wcielił się w rolę filmowego antagonisty ("Szpicel"), co nie zdarzało się często, patrząc na aktorskie emploi: Belmondo mógł być raptusem i szorstkim łajdakiem, ale potrafił też okazać wielkość swojego serca.

"Następca Jeana Gabina" – z którym Bebel współdzielił ekranowe losy w przejmującej i zarazem rozkosznej "Małpie w zimie" – wygrał w życiu wiele pojedynków, w tym też aktorskich. Do jednego z najważniejszych należał z pewnością "Borsalino". I choć Alaina Delona i Belmonda dzieliło niespełna dwa lata różnicy (Delon – 1935, Bebel – 1933), ówcześni krytycy dopatrywali się w tym obrazie symbolicznej "zmiany warty" na korzyść młodszego i przystojniejszego kolegi po fachu. "Kochany Łobuz" udowodnił jednak ze znaną sobie elegancją, że nie ma zamiaru poddawać się sukcesji i podobnie jak tytułowy kapelusz – nie zamierza wyjść z mody. Choć rywalizacja tej dwójki zamieniła się z czasem we wspaniałą przyjaźń, trzeba przyznać, że swoje w różnych gatunkach i kostiumach przewalczyli. Kto wygrał? Myślę, że w tej kwestii dobrą intuicją cechowała się Edith Piaf, która zwykła powtarzać, że na randki umawiała się z Delonem, ale do domu odwoził ją Belmondo.

Twarz "najpiękniejszego brzydala francuskiego kina" stanowi sama w sobie krajobraz emocjonalnych przeżyć. W każdym dołku i bruździe kryje się pamięć zarówno ciosów, jak i pieszczot. To twarz kogoś, kto swoje w życiu oberwał, ale nie bał się wskoczyć ponownie na ring. Nie tylko urok osobisty, ale też żywiołowość i niezwykła elain vital cechowała filmowe poczynania "Człowieka z Rio". Tajemnicą nie jest fakt, że sam przez długie lata własnoręcznie zajmował się kaskaderką. W tym aspekcie Belmondo stawał się duchowym spadkobiercą Bustera Keatona; legenda amerykańskiego splapsticku mówił, że za dobrym gagiem stoi przede wszystkim autentyczność. Choć kino to szuka iluzji, nie wszystko warto udawać. A z tym Francuz się całkowicie zgadzał.


["Chi mai" Ennio Morricone playing in the background]
17