Diana Dąbrowska

Jean-Paul Belmondo: Łobuz nigdy nie traci tchu

Persona
/fwm/article/Jean-Paul+Belmondo%3A+%C5%81obuz+nigdy+nie+traci+tchu-143795
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Serialu%2C+wr%C3%B3%C4%87+Filmie%2C+od%C5%BCyj-116848
W NASTĘPNYM ODCINKU

Serialu, wróć! Filmie, odżyj!

Podziel się

Nie będzie zbytnim ryzykiem przyjęcie założenia, że stosunkowo często oczekiwania widza są zbieżne z planami studia.

Seriale to literatura epicka naszych czasów. Podczas gdy kino często zatrzymuje się w pół kroku, one idą coraz dalej i wciąż przesuwają granicę tego, co w głównym nurcie dozwolone. Bywa, że sami boimy się tego, co czeka na nas w następnym odcinku.
***

Nie będzie zbytnim ryzykiem przyjęcie założenia, że stosunkowo często oczekiwania widza są zbieżne z planami studia. Chciałby on bowiem otrzymać film, który przywoła dawne emocje, ale nowymi środkami. Wytwórnia z kolei próbuje stworzyć blockbuster mogący konkurować z ofertą konkurencji, lecz związany żelazną linką sentymentu z poprzednimi filmami z serii bądź będący jej duchowym spadkobiercą. Mimo to studia nierzadko próbują opchnąć produkt niepełnowartościowy, nafaszerowany naskórkowymi nawiązaniami albo naszpikowany rozpoznawalnymi one-linerami, całkowicie rozmijając się z piękną ideą kontynuowania popkulturowego dziedzictwa.


Znowu można się poczuć, jakby się miało te -naście lat, niezależnie od pokolenia. Bo i ci, co jeszcze pamiętają Bruce'a Lee, i ci, co chodzili do kina na "Imperium kontratakuje", i ci, co biegali do osiedlowej wypożyczalni po dwa filmy i trzeci za złotówkę bądź gratis, mają zafundowany im przez Hollywood powrót do przeszłości. Znowu grają przecież "Mad Maxa", "Gwiezdne wojny", "Terminatora", "Rocky’ego" i "Park Jurajski", oczywiście już po odpowiednim liftingu, dostosowane – a przynajmniej realizowane przy takim założeniu – i dla widza, dla którego to filmowa prehistoria, i dla tego nadal oddychającego zapachem zakurzonego fotela w jednosalowym kinie.


"Na drodze gniewu"

Podnosi się przy tym krzyk, że to swoisty recykling, że hen za oceanem wyczerpały się pomysły, że zalewają nas wtórne sequele, odbijane od sztancy prequele, byle jakie rebooty i inne badziewia, których cynicznym zadaniem jest sięgnąć po nasze ciężko zarobione pieniądze. Ale przyjmijmy choć na krótką chwilę, na potrzeby pewnego argumentu, że amerykańskie molochy nie kierują się żądzą zysku, że nie chodzi im tylko o rosnące wpływy z wejściówek, ale że wypluwają z siebie coraz to nowe, wysokobudżetowe filmy powodowane chęcią artystycznego rozwoju, znajdując ujście dla pomysłów kłębiących się w głowach reżyserów i scenarzystów. Czy w odczuciu odbiorcy to coś zmienia? Niezupełnie, a na pewno nie diametralnie. Nie będzie zbytnim ryzykiem przyjęcie założenia, że stosunkowo często, przynajmniej na pierwszym etapie, jego oczekiwania są zbieżne z planami studia. Chciałby on bowiem otrzymać film, który przywoła dawne emocje, ale nowymi środkami. Wytwórnia z kolei próbuje stworzyć blockbuster mogący konkurować z ofertą konkurencji, lecz związany żelazną linką sentymentu z poprzednimi filmami z serii bądź, jeśli mowa o restarcie cyklu, będący jej duchowym spadkobiercą. Mimo to – choć, jak mówi przysłowie, najbardziej lubimy te piosenki, które znamy – studia nierzadko próbują opchnąć produkt niepełnowartościowy, nafaszerowany naskórkowymi nawiązaniami albo naszpikowany rozpoznawalnymi one-linerami, całkowicie rozmijając się z, niech to zabrzmi górnolotnie, piękną ideą kontynuowania popkulturowego dziedzictwa.
Znowu można się poczuć, jakby się miało te -naście lat, niezależnie od pokolenia. Bo i ci, co jeszcze pamiętają Bruce'a Lee, i ci, co chodzili do kina na "Imperium kontratakuje", i ci, co biegali do osiedlowej wypożyczalni po dwa filmy i trzeci za złotówkę bądź gratis, mają zafundowany im przez Hollywood powrót do przeszłości.
Bartosz Czartoryski

Istotne są jednak nie powody takiego stanu rzeczy, ale właśnie ów stan rzeczy. Jesteśmy bowiem skazani na to, co już kiedyś oglądaliśmy i nierzadko pokochaliśmy, jednocześnie chcąc tego i nie chcąc, oszukując się, że nowe/stare nam nie w smak. A ten rok niesie następne (nie)spodzianki – czyli znowu na afiszach zawitają "Dzień niepodległości", "Star Trek" czy "Pogromc(z)y(nie) duchów". Znamienne zaś jest to, że podobny trend nie ogranicza się, bynajmniej, do dużego ekranu. Telewizja również nie próżnuje, dokooptowując do ramówki kolejne przedłużenia dawno już zakończonych seriali albo realizując ich nowe wersje. Wystarczy sięgnąć po ten najbardziej oczywisty przykład, czyli sześcioodcinkowy sezonik "Z archiwum X", serialu, który niegdyś rozgrzewał wyobraźnię całego pokolenia. Zdania co do jego poziomu są niby podzielone, choć przeważają opinie na tak – lecz jakie to ma znaczenie, skoro rzecz bije rekordy oglądalności stacji? Zdaje się, że, pomijając oczywiście marketingowy samograj, jakim jest marka stworzona niegdyś przez Chrisa Cartera, ekipa, której zachciało się wyciągnąć zapleśniałe akta z metalowej szuflady oznaczonej literą X, znalazła swoisty złoty środek, czyli... niezmienianie praktycznie niczego. Scully i Mulderowi przybyło, rzecz jasna, parę zmarszczek, ale generalna konstrukcja scenariuszowa serialu jak nic przypomina tę sprzed lat; dano widzowi dokładnie to, co lubił dawniej. Ale czy taka formuła ma szansę sprawdzić się na dłuższą metę? "Z archiwum X" to przypadek zarówno reprezentatywny, jak i szczególny, wyjątkowy, bo rozpoczynający nadciągającą falę (choć to może jeszcze zbyt duże słowo) i przecierający szlak, lecz niekoniecznie wyznaczający konkretny kierunek. Telewizja Fox zapewne będzie kontynuowała ten kurs, bo skoro działa, to po co cokolwiek zmieniać? O ile jednak po powrocie serialu Chrisa Cartera nie spodziewano się chyba jakichś spektakularnych wywrotek, o tyle niewiadomą jest comeback "Miasteczka Twin Peaks", które David Lynch realizuje jak pełny metraż i dopiero potem potnie na odcinki, co już na wstępie jest działaniem cokolwiek niestandardowym. Niedawno na małych ekranach pojawiła się też "Pełniejsza chata", kontynuacja ciągnącego się latami serialu komediowego. I to posunięcie, firmowane logiem Netflixa, wydaje się bodaj najbardziej karkołomne, gdyż obawa, że nie pozostanie nic z klimatu pierwowzoru, okazała się niezwykle zasadna – toć żarty rodem z lat dziewięćdziesiątych już dziś nie przejdą. Merkantylny aspekt takich decyzji jest oczywisty, a po sukcesie "Z archiwum X" zapewne czeka nas istny wysyp kolejnych telewizyjnych trucheł ożywianych masowo przez rozmaite stacje, przecież nowy "Skazany na śmierć" już na horyzoncie i czynione są przymiarki do kontynuacji "Świata według Bundych". Fani przecież narzekać nie będą, bo dostaną kolejną porcję tego, co lubią (lubili), marketing praktycznie zrobi się sam, bo marka pracuje na siebie od lat i ma już ustawioną pozycję w popkulturze, a doświadczenia kinowe pokazują, że to inwestycja stosunkowo niskiego ryzyka i w większości przypadków się zwróci, a wiele wskazuje, że i sporo zarobi.

"Z archiwum X"

Paradoksalnie telewizja przeżywa obecnie klęskę urodzaju i niezwykle trudno jest z zalewu nowych tytułów wyłowić to, co faktycznie może człowieka zainteresować. Istnieje więc duża szansa, że potencjalny widz sięgnie po to, co oglądał kiedyś, bo dany tytuł kojarzy mu się z gwarantem jakości. I nie wydaje się, aby sytuacja miała się zmienić, a na horyzoncie majaczy nic innego jak patologiczne wręcz poszukiwanie kolejnych ramotek, które można by z powrotem władować na ekran. Niewykluczone, że stacje sięgną nie tylko po seriale skasowane w ostatniej dekadzie (mniej więcej), których obsady jeszcze da się ściągnąć na plan, i zagrają na sentymencie nie tylko samego tytułu, ale i pogrzebią głębiej. Niektóre franczyzy (proszę wybaczyć makaronizm, ale lepszego słowa język polski nie oferuje), jak "Star Trek", który za moment ma powrócić na domowe ekrany, są wiecznie żywe i cały czas mutują, lecz wyciąganie pereł i barachła z lamusa trwa i wcale nie jest strategią nową, choć do tej pory powroty skutkowały częściej nie sukcesem, ale klęską. Reaktywowane po dwudziestu latach "Dallas" poległo, nie udały się comebacki "Pory mroku", żadna z późniejszych inkarnacji "Nieustraszonego" nie doścignęła pierwowzoru z Davidem Hasselhoffem. Podejmowano też próby cokolwiek rozpaczliwe, jak wskrzeszenie "Dochodzenia", i to na dwie raty, albo odratowanie po fanowskim apelu "Jerycha", które znowu skasowano z powodu niskiej oglądalności. Udało się natomiast z "Głową rodziny" i, już na dużym ekranie, "Veronicą Mars" oraz "Firefly", nieźle radzi sobie też "24", który na fali "Z archiwum X" powraca raz jeszcze. Nie sposób również nie wspomnieć o udanej reaktywacji serialu zatytułowanego – adekwatnie – "Comeback". Fakty mówią jedno: nie należy bać się tego, co... znane. I starego psa da się nauczyć nowych sztuczek. Oby tylko owe serialowe (i filmowe) powroty nie przysłoniły pogoni za świeżymi pomysłami, bo do czego będą powracać reżyserzy, scenarzyści i producenci za dwadzieścia lat? Przyszłość kina i telewizji rodzi się teraz.
8