WENECJA 2025: "Bugonia" i "Orphan", Lánthimos i Nemes. Recenzujemy

Filmweb
https://www.filmweb.pl/news/WENECJA+2025%3A+%22Bugonia%22+i+Orphan%E2%80%9D%2C+Lanthimos+i+Nemes.+Recenzujemy-162674
WENECJA 2025: "Bugonia" i "Orphan", Lánthimos i Nemes. Recenzujemy
Wenecki konkurs nabiera ciężaru gatunkowego. Do walki o Złotego Lwa przystąpili Yórgos Lánthimos i László Nemes. Twórca "Biednych istot" i "Kła" zaproponował opowieść o próbie sił między szefową korporacji (Emma Stone) a entuzjastą spiskowej teorii dziejów (Jesse Plemons). Autor "Syna Szawła" zabiera nas zaś do Budapesztu lat 50., żeby przybliżyć niedole okresu dorastania żydowskiego chłopca imieniem Andor. Filmy recenzują Daria Sienkiewicz i Jakub Popielecki.

Recenzja filmu "Bugonia" (reż. Yórgos Lánthimos)


Rodzaje naiwności
autorka: Daria Sienkiewicz

Jeśli nazwiecie "Bugonię" dystopią, Yórgos Lánthimos powie wam, że się mylicie. To bowiem opowieść o nas – ludziach żyjących tu i teraz, w rzeczywistości, w którym brakuje wszelkiej logiki i sprawiedliwości. W tej szalonej, czarnokomediowej układance wyznawcy teorii spiskowych, denialiści klimatyczni i wszyscy inni wykolejeńcy nie wydają się wcale tak szaleni i oderwani – zważywszy na niespokojny stan dzisiejszego świata. Najnowszy film laureata Złotego Lwa to zarazem wybuchowa farsa, jak i błyskotliwy komentarz społeczny, brawurowa żonglerka gatunkami oraz druzgocący wyraz współczesnych niepokojów. Krótko mówiąc: Lánthimos w formie.


Na pierwszy rzut oka fabuła "Bugonii" może wydawać się zabawna – no bo jak się nie śmiać, widząc porwanie potężnej CEO przez dwóch facetów w maskach Jennifer Aniston, ślepo wierzących, że ich zakładniczka to rasowa kosmitka z gwiazdozbioru Andromedy? Michelle Fuller (Emma Stone), która budzi się łysa i związana w piwnicy, również nie potrafi wziąć zarzutów Teddy’ego (Jesse Plemons) i jego kuzyna Dona (Aidan Delbis) na poważnie. Mężczyźni gorliwie wyznają jednak własną "prawdę", oskarżając złe korporacje, w tym, tę której z dumą przewodzi Michelle, o anihilację naszej planety i upadek ludzkości. I w zasadzie mają rację, ale przecież w twórczości Greka nic nigdy nie jest czarno-białe, a śmiech – nieważne jak szczery – zawsze idzie w parze z kasandrycznym przeczuciem porażki.

Michelle może być żądną władzy krwiopijczynią pokroju Heleny Eagan z "Rozdzielenia", ale jest też zasługującą na empatię ofiarą. Teddy’ego łatwo zaszufladkować jako niebezpiecznego szaleńca, choć kryje się w nim głęboko pokiereszowany życiem nieszczęśnik. Don z kolei ma dobre serce, ale jest zbyt wrażliwy i podatny na wpływy oraz manipulacje ze strony starszego kuzyna. Żaden z nich nie jest krystalicznie dobry ani całkowicie zły, co jedynie podkreśla imponującą wielowarstwowość "Bugonii", za której scenariusz tym razem nie odpowiada Europejczyk, a Amerykanin Will Tracy. Autor pracujący m.in. przy "Menu" i "Sukcesji" tworzy z reżyserem "Lobstera" i "Biednych istot" fantastycznie zgrany duet. Seans "Bugonii" przypomina zabawę w kotka i myszkę: szukając sensu w labiryncie absurdów Lánthimosa i Tracy’ego, natkniemy się jedynie na kolejne ściany ironii i zawiłe zwroty akcji.

Przez cały film psotni twórcy prowadzą z widzami moralne negocjacje, zupełnie jak Michelle pertraktująca szelmowsko z porywaczami. Oto prosta lekcja ze współczesnej korpo-nowomowy: za pomocą ładnych i pustych słów można zamknąć usta każdemu: inkluzywnie go obrazić, różnorodnie złamać i etycznie przechytrzyć. Po "Rodzajach życzliwości" "Bugonia" stanowi zatem kolejny wyraz fascynacji reżysera ideą postprawdy. Im głębiej kopiemy, tym mniej staje się jasne, co jest realne, a co nie. Lánthimos i Tracy nie segregują jednak ludzi na lepszych i gorszych – unikają sensacyjności, moralizowania i wyciągania pochopnych wniosków na temat problemów współczesnego społeczeństwa. Tym samym wszystko to, co Ari Aster usiłował zrobić w "Eddingtonie", ci dwaj realizują po stokroć lepiej w "Bugonii". To paradoksalne, biorąc pod uwagę, że twórca "Midsommar" jest przecież jednym z jej producentów.

Całą recenzję znajdziecie TUTAJ.

Zobacz zwiastun "Bugonii"


"Bugonia" trafi na ekrany polskich kin w listopadzie. Poniżej prezentujemy zwiastun:



Recenzja filmu "Orphan" (reż László Nemes)


Syn Hirscha
autor: Jakub Popielecki

Akcja "Syna SzawłaLászla Nemesa rozgrywała się w obozie Auschwitz w czasie drugiej wojny światowej. Do końca filmu pozostawaliśmy uwięzieni w ujęciu przyklejonej do pleców bohatera kamery, która kluczyła labiryntami obozowego piekła. "Orphan", nowy film Nemesa, startuje z podobnie opresyjnego i podobnie ograniczonego punktu widzenia: to perspektywa dziecka podglądającego świat z ukrycia. Tutaj jednak wojna dobiegła już końca i jesteśmy świadkami momentu wyzwolenia: oto przebywający w sierocińcu żydowski chłopiec dowiaduje się, że jego matka ocalała z Zagłady. Ale moment zjednoczenia jest zaledwie początkiem historii: happy beginning wcale nie gwarantuje szczęśliwego ciągu dalszego. Okazuje się, że to "podejrzliwa" kamera trafnie odczytała sytuację: będzie źle. Ujęcie prawdę ci powie. 
 

Główna akcja "Orphan" rozgrywa się w 1957 roku. Jesteśmy w Budapeszcie niedługo po stłumionym przez radziecką armię zbrojnym powstaniu przeciwko komunistycznemu reżimowi. Andor (Bojtorján Barabas), który lękliwie spoglądał na świat w pierwszym ujęciu filmu, żyje wychowywany przez matkę, Klarę (Andrea Waskovics), w kulcie nieobecnego ojca. Mężczyzna prawdopodobnie zmarł, ale chłopiec pielęgnuje marzenie o jego powrocie. Regularnie zakrada się więc do piwnicy, gdzie rozmawia z uosabiającym ojca wielkim metalowym piecem i zwierza mu się ze swoich trosk oraz nadziei. Tym samym Nemes inscenizuje w "Orphan" odwrotność "Syna Szawła": ojca zafiksowanego na osobie zmarłego syna zastąpił syn zafiksowany na osobie zmarłego ojca.

W obu filmach osoba najbliższego krewnego stanowi dla głównego bohatera fundament tożsamości, pozwala mu być podmiotem. Dla Szawła ojcostwo było ostatnim okruchem człowieczeństwa w obozowej matni. Andor z kolei używa ojca jako tarczy i drogowskazu w paranoicznych realiach komunistycznych Węgier. Wojna może się tu skończyła, ale rzeczywistość pozostała przetrącona, nijak nie chce wrócić do pionu, do idealizowanego przez Andora ładu z "dawnych lat". Dlatego tak ważne są dla niego kolejne pamiątki: bilety, które sprzedawał ojciec, czarno-biała fotografia ojca, zeszyt z odręcznym podpisem ojca. 

Operator Mátyás Erdély bierze sobie do serca ten synowski fetyszyzm i filmuje świat tak, by przypominał stare pocztówki przeglądane w rytm przedpotopowej muzyki z szumiącego radia. "Orphan" – w konkursie festiwalu w Wenecji z premedytacją wyświetlony z taśmy, a nie kopii DCP – to film ostentacyjnie analogowy, pokryty warstewką patyny, kurzu. Zupełnie jakby tajemnice urwanych życiorysów i meandry historii trzeba było odkopywać z warstw nagromadzonego przez lata brudu. Zupełnie jakby przeszłość była ciemnym, lepkim, nieprzyjaznym miejscem.

Całą recenzję znajdziecie TUTAJ.