Zgasłe gwiazdy - wspominamy zmarłych artystów

Filmweb /
https://www.filmweb.pl/news/Zgas%C5%82e+gwiazdy+-+wspominamy+zmar%C5%82ych+artyst%C3%B3w-47100
1 listopada to dobra okazja, by przypomnieć sobie o wszystkich tych, którzy odeszli w ostatnim czasie. Niestety, ten rok był wyjątkowo bolesny dla świata kina - umierali zarówno ci najwięksi, jak i ci, którzy dopiero aspirowali do wielkości. Filmweb przygotował krótkie wspomnienia o kilkunastu osobach. Nie sposób było jednak wspomnieć o wszystkich, dlatego zachęcamy Was, abyście pod tym tekstem wpisywali nazwiska artystów, których odejście było szczególnie dotkliwe. Każdy z nich zasługuje na naszą pamięć.

Gustaw Holoubek
Gustaw Holoubek to  postać, bez której trudno wyobrazić sobie polskie kino ostatnich pięćdziesięciu lat. "Pętla", "Salto", "Pożegnania", "Sanatorium pod klepsydrą", "Jak daleko stąd, jak blisko", "Rękopis znaleziony w Saragossie" i dziesiątki innych tytułów, bez których to, co nazywamy czasem szumnie "naszą kinematografią", byłoby...no właśnie, czy w ogóle by było? Zbigniew Cybulski, Tadeusz Janczar, Zbigniew Zapasiewicz, Tadeusz Łomnicki. To nazwiska ikony i role, które zapadają w pamięć. Teoretycznie Holoubek wpisywał się w ten ciąg, teoretycznie, bo trudno wpisać go gdziekolwiek. Jego wielkość czyniła go osobnym i jedynym. "Papież teatru", "arcydzieło Pana Boga", "gwiazda bez gwiazdorstwa", to tylko niektóre z określeń jakie przewinęły się przez media po śmierci wielkiego aktora. Wspominając tak szczególną postać trudno uniknąć patosu. Pamiętajmy jednak, że nic nie ilustruje wielkości lepiej niż luźna anegdota. Zbigniew Maklakiewicz wspominał kiedyś jak to po spektaklu podszedł do niego widz i z wyrazem uwielbienia zmieszanego z agresją na twarzy spytał: "Czy to pan trzymał mnie przez ostatnie dwie godziny za mordę?" Genialny aktor potrafi utrzymać naszą uwagę znacznie dłużej. Gustaw Holoubek "trzymał nas za mordę" przez ostatnie pół wieku. Odszedł "najlepszy saksofonista w tym mieście". I kto nam teraz zagra?

Paul Newman
26 września to zdecydowanie jeden ze smutniejszych dni tego roku. Właśnie wtedy odszedł z tego świata jeden z prawdziwych gigantów kina, utalentowany, wszechstronny i płodny aktor, a czasem reżyser, producent i scenarzysta, pasjonat motoryzacji, szczodry filantrop – Paul Newman. Czy była to rola w soczystym dramacie "Kotka na gorącym, blaszanym dachu" czy też brawurowa zabawa w "Żądle", Newman zawsze potrafił oczarować widownię. Wielki symbol amerykańskiego kina, którego odejście dobitnie pokazuje, jak bardzo w ostatnim czasie zmieniło się Hollywood.

Sydney Pollack
Zmarł na raka 26 maja w wieku 74 lat. Pierwsze kroki w biznesie filmowym stawiał grając ogony w telewizyjnych serialach. Później zaczął reżyserować. Nigdy nie uważał się za artystę ekranu, wolał mówić o sobie jako o sprawnym rzemieślniku. Jednak w jego najlepszych filmach oprócz dobrej roboty reżyserskiej można było znaleźć uważne spojrzenie na przemiany społeczne zachodzące w Stanach Zjednoczonych. Cóż za ironia - największym sukcesem kasowym i artystycznym okazało się romansidło "Pożegnanie z Afryką". Pollack był człowiekiem-instytucją - nie tylko reżyserował, ale też produkował i grał drugoplanowe role. Ostatnio mogliśmy go zobaczyć w kinie moralnego niepokoju korporacji, czyli "Michaelu Claytonie", gdzie wcielił się w postać szefa tytułowego bohatera.

Heath Ledger
Zmarł 22 stycznia, miał zaledwie 29 lat. Przyczyną zgonu była zapaść serca na skutek wymieszania sześciu leków. Australijski aktor osierocił 3-letnią córkę Matyldę. Gdyby żył, fani Batmana nosiliby go teraz na rękach z powodu jego brawurowej kreacji Jokera w "Mrocznym rycerzu". Inna sprawa, że te same osoby parę miesięcy wcześniej odsądzały go od czci i wiary na wieść o tym, że podniesie rękę na niezapomnianą rolę Jacka Nicholsona. Czy Ledger dostanie pośmiertnie Oscara? Z pewnością powinien go otrzymać dwa lata temu za przejmującą (i wzruszającą) kreację zakochanego w koledze kowboja w "Tajemnicy Brokeback Mountain". Tym większa szkoda, że zdarzały mu się role bezbarwne i nijakie, np. w "Casanovie" i "Nieustraszonych braciach Grimm". Talent miał jednak nieprzeciętny.

Isaac Hayes
Jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów czarnej muzy, jednak swoją sławę zawdzięczał przede wszystkim kinu i telewizji. W 1971 roku skomponował muzykę do jednego z najważniejszych filmów nurtu blaxploitation "Shaft". Otrzymał za nią dwie nagrody Grammy, Złotego Globa oraz Oscara za piosenkę. W 1995 powrócił jako Chef, bohater "Miasteczka South Park" i stał się prawdziwą ikoną popkultury. Jego piosenka "Chocolate Salty Balls" trafiła w 1999 roku na pierwszej miejsce listy przebojów w Wielkiej Brytanii i to tuż przed świętem Bożego Narodzenia. Zmarł 10 sierpnia.

Roy Scheider
Zmarł 10 lutego w skutek infekcji gronkowcowej. Choć w jego filmografii można by znaleźć kilka rewelacyjnych kreacji w głośnych filmach ("Cały ten zgiełk", "Maratończyk", "Błękitny grom"), rozmawiający z nim dziennikarze wciąż chcieli wracać do jednego tytułu - "Szczęk" Stevena Spielberga, gdzie wcielił się w postać szeryfa Martina Brody'ego. Krwiożerczy rekin krążył dookoła filmowego oceanu do końca życia Scheidera. Mniej więcej od połowy lat 90. pojawiał się w mało znaczących tytułach. Dla kinomanów pozostał pogromcą ludojada.

Don LaFontaine
1 września w wieku 68 lat odszedł Don LaFontaine. Jego głos słyszeliśmy wszyscy, choć mało kto znał nazwisko. Był legendą wśród lektorów. W trakcie swojej długiej kariery LaFontaine użyczył głosu przy 5 tysiącach zwiastunów filmowych i blisko 350 tysiącach reklam. Mogliśmy go usłyszeć w trailerach takich filmów jak: "Terminator 2", "Agent XXL", "Simpsonowie - wersja kinowa" czy "Cast Away - Poza światem". Lektor zasłynął z frazy "In the world...", która musiała się pojawić w niemal każdym zwiastunie hollywoodzkiej superprodukcji.

Stan Winston
"Terminator" i "Terminator 2: Dzień Sądu", "Obcy - Decydujące starcie", "Powrót Batmana", "Park Jurajski". Wystarczy podać te tytuły, by przed oczami stanęły zachwycające, zapierające dech w piersiach dziwy, których twórcą był Stan Winston. Nie bez kozery nazywany był czarodziejem Hollywood. Realizację efektów specjalnych podniósł do rangi sztuki. Zawsze gotowy do eksperymentowania i zadziwiania widzów, nie zadowalał się półśrodkami. Nawet jeśli film okazywał się słaby, jego praca zrodzona z nieposkromionej wyobraźni zawsze zachwycała. Zdążył jeszcze zobaczyć efekt pracy swojego studia przy "Iron Manie". "Terminatora Ocalenie" nie dane mu już będzie oglądać. Zmarł 15 czerwca.

Piotr Łazarkiewicz
Jego charakterystyczną sylwetkę znali wszyscy bywalcy kulturalnych salonów Warszawy, ale i zwykli użytkownicy komunikacji miejskiej. 54-letni reżyser o niezmiennym wyglądzie ambitnego studenta wydziału humanistycznego, w nieodłącznej skórzanej kurtce i długich włosach, był tą osobą, do której w ciemno mogli zwracać się młodzi, aspirujący twórcy. Zawsze miał dla nich czas, a swoją pasję społecznika przedkładał nad własną karierę. Debiutował ponad 20 lat temu obrazem „Kocham kino”, kameralnym portretem odchodzącej do lamusa epoki małych, prowincjonalnych  kin (w maju, w Iluzjonie,  Łazarkiewicz otwierał wystawę pod tym samym tytułem poświęconą tym ginącym przybytkom). W kinie zajmował się głównie problemami młodych i wykluczonych, jak w głośnym "Pora na czarownice", gdzie odważnie podjął temat AIDS i związanego z tą chorobą problemu nietolerancji. Jego najbardziej znanym filmem pozostaje "Fala" z 1986, dokumentalny zapis wydarzeń festiwalu w Jarocinie, po latach uznany został za portret punkowego pokolenia. W ostatnich latach pracował głównie w teatrze telewizji. W tym roku ukończył swój pierwszy po długiej przerwie film fabularny "0_1_0" (obraz trafi do kin 14 listopada), będący kolejną w jego karierze próbą generacyjnej opowieści o „młodych gniewnych”. Niestety reżyser nie doczekał  premiery. Zmarł 20 czerwca na serce.