Relacja

BERLINALE cz. II: ARTHOUSE W TRZECH WYMIARACH

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+cz.+II%3A+ARTHOUSE+W+TRZECH+WYMIARACH-70387
Cytując klasyka, "SZOK!" Arthouse’owy dokument Wima Wendersa o Pinie Bausch to obok produkcji Jamesa Camerona najlepszy dotąd film zrealizowany w technice 3D. Z trójwymiarowym formatem świetnie poradził sobie również Werner Herzog (tym razem w roli grotołaza). Prawdziwym zwycięzcą kolejnych dwóch dni Berlinale jest jednak autor "Mojej łodzi podwodnej" Richard Ayoade. Brytyjski komik pokazał, jak wiele traci festiwal ślepo zakochany w kinie "trzymającym rękę na pulsie przemian".

Scenariusze swojej śmierci w przybytku zwanym Amstel Hostel napisałem do tej pory trzy. W żadnym nie ma terrorystów, klęski żywiołowej i niemieckiej kiełbasy. We wszystkich główną rolę odgrywa jednak piętrowe łóżko. Szczegóły po powrocie z kina, w którym, o dziwo, dzieją się coraz ciekawsze rzeczy.   

Łyżka dziegciu: Podczas seansu "Coriolanus" Ralpha Fiennesa, przypominały się obrazy z bałamutnego "Romea i Julii" Baza Luhrmana. Szekspir tu, Szekspir tam. Takoż giwery zamiast rapierów, nieunikniona tragedia, szalki z racjami i cała ta "ponadczasowość", o której przecież trzeba przypomnieć, jakby nie była oczywistością. Tym, co uratowało Luhrmana, była postmodernistyczna wrażliwość. To ona nakazała mu umieścić akcję uwspółcześnionego dramatu w swoistym bezczasie i nadać arenie wydarzeń look chylącego się ku zagładzie metropolis. Fiennes postawił na "twardą", geopolitycznie wiarygodną współczesność i wyszedł na tym kiepsko (mimo wytężonej pracy operatora "Hurt Lockera" Barry’ego Ackroyda). Przeniesiony w owe realia linijka po linijce Szekspirowski tekst działa jak narracyjna "gąbka" – wysysa życie z kolejnych postaci, zamienia film w teatr, a kolejne sceny i sekwencje – w pasma manierycznych aktorskich popisów. Prym wiodą wystylizowany na Che Guevarę, "grający Leonidasem" Gerard Butler oraz sam reżyser, który marnuje dwie godziny czasu ekranowego na niesmaczny, egotyczny spektakl. Gorszy od Fiennesa był w poniedziałek tylko Shunji Iwai z fatalnym "Vampire". Oto Kevin Zegers, aktor troszkę brzydszy, ale i troszkę zdolniejszy od Zaca Efrona, chłepcze krew dziewcząt myjących zęby żyletkami i liczących krople na szybie. Depresja, depresja.    

Tytuł felietonu nie kłamie – arthouse wkroczył do gry, czytaj: w trzeci wymiar. Swoje dokumentalne filmy w 3D pokazali dwaj wielcy klasycy niemieckiego kina – Wim Wenders i Werner Herzog. Autor "Paryż-Teksas" nakręcił film wybitny, Herzog – "zaledwie" dobry. W "Pinie" Wenders, wraz z tancerzami prestiżowego teatru Wuppertal, składa hołd zmarłej w 2009 roku, wielkiej choreografce tańca współczesnego (a prywatnie wieloletniej przyjaciółce reżysera) – Philippine Bausch. Jego film to fantastyczna podróż po motywach, obsesjach, lękach i pragnieniach organizujących wyobraźnię nieodżałowanej artystki, zaklętych w prostej formie: kilkunastu tancerzy, tyle samo wspomnień i sentymentalnych świadectw, z rzadka wyrażanych słowami, najczęściej – w tańcu. To po prostu trzeba przeżyć! Zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy. Zwłaszcza, że Wenders wyciska z 3D naprawdę sporo – tasuje planami i perspektywami, na przemian angażuje widza w ruch sceniczny i ustawia go w pozycji biernego obserwatora.

Na tle tryskającego kinetyczną energią filmu Wendersa, "Jaskinia zapomnianych snów" Herzoga nie prezentuje się równie atrakcyjnie, co nie zmienia faktu, że to solidny dokument, czyniący właściwy użytek z dobrodziejstw trójwymiaru. Odkryte we francuskiej jaskini Chauvet malowidła naścienne stają się pretekstem do spotkania kilku, ukrytych przed światłem słonecznym "herzogowskich szaleńców". Pytanie, które tym razem zadaje reżyser, to wariacja pytań poprzednich: czym była dla praczłowieka natura i w jaki sposób praczłowiek interpretował jej "wielkie milczenie" (chóralno-misteryjna muzyka mówi właściwie sama za siebie). Gdy w kluczowej scenie jeden z badaczy zarzuca Herzoga faktami oraz cyframi dotyczącymi prehistorycznych "artystów", reżyser pyta swoim upiornym głosem: "Ale o czym śnili?".


A o czym śni nastoletni Oliver Tate? Jego marzeniom przygląda się w "Mojej łodzi podwodnej" Richard Ayoade – świetny brytyjski komik nigeryjskiego pochodzenia, reżyser i autor klipów (m.in. Arctic Monkeys i Kasabian). Historia dorastania Oliviera to z jednej strony klasyczne kino inicjacyjne (fenomenalni Sally Hawkins i Noah Taylor w roli rodziców chłopca), z drugiej – autotematyczna fantazja na temat filmowych konwencji opowiadania o dzieciństwie i dojrzewaniu. Postrzegające swoje życie m.in. w kategorii kinowego spektaklu dziecko to postać-medium. Zdecydowanie bliższa współczesnemu odbiorcy niż upadły generał Coriolanus i gładkolicy wampir z depresją.

Ciąg dalszy (na pewno) nastąpi, a już jutro zapraszam na wywiad z reżyserem
"Mojej łodzi podwodnej", Richardem Ayoade'em. Stay tuned!