Artykuł

Duchologia, czyli archeologia wyobraźni

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Duchologia%2C+czyli+archeologia+wyobra%C5%BAni-101549
Klasyk mawiał, że nostalgia to filtr wygładzający krawędzie przeszłości. Zgadzamy się. Wobec idoli lat szczenięcych – od Bogarta po Van Damme'a – jesteśmy (prawie) bezkrytyczni. Tym razem przyglądamy się idolom z klocków Lego – zarówno tym wczorajszym, jak i dzisiejszym.

Duchologia to znalezione wycinki z dawnej pamięci, które wyłaniają się jak widma na seansie spirytystycznym. Dorastające w latach 90. dzieci duchologiczne, wideo-dzieci, które dojrzewały już w poświacie telewizora, a czasem i magnetowidu, wchłaniały przypadkowe obrazy i dźwięki ze świata mediów, które – z oczywistych powodów niezrozumiane i niejasne – układały się czasem w niesamowite konfiguracje, w późniejszych latach mutując albo powracając echem.

U początku moich filmowych wspomnień leży polska szkoła plakatu – wypatrzona na niezbyt honorowym miejscu, bo na przydrożnym transformatorze, na którym widniał afisz z postacią goniącą inną, zawadiacko uśmiechniętą postać z grabiami. Był to plakat do filmu "Galimatias" – dość przygnębiającej z dzisiejszej perspektywy komedii obyczajowej. Sam film obejrzałam dopiero wiele lat później, lecz ten przedziwny, malowany prostą kreską i plamą plakat do spółki z tajemniczym wówczas dla mnie słowem zapisał się w mojej pamięci jako pierwsze zjawisko z kategorii "kino".
 
To był rok 1989. Plakaty filmowe już wkrótce miały przybrać całkiem inny, fotograficzny wygląd. Przed kinami wisiały malowane odręcznie szyldy z zapowiedziami premier. Nadchodziły dziwne czasy, znaczone porzucanymi wrakami syrenek, wymienianymi na auta z importu; czasy estetyki wyznaczanej przez serial "Dynastia", czasy teleturniejów, reklam, wideo i satelity. Na murach bloków, parkanach i tablicach ogłoszeniowych zagęściło się od plakatów wyborczych, z nieba spadały ulotki. Do miejscowego sklepu Społem przywieziono lukrecjowe i miętowe lody produkcji zachodniej, bo fińskiej. Telewizja nadawała w przerwach między programami krótkometrażowe animacje ilustrowane muzyką klasyczną albo widok na pomnik Chopina, a na repertuar rozrywkowy składały się występy artystów estradowych, przechadzających się niespiesznie po ustrojonym kwiatami studiu, i podglądanie rysowniczego warsztatu Edwarda Lutczyna w programie "Butik". To świat przejściowy, którego najlepszą ilustracją było wnętrze pewnego sklepu w sąsiedztwie. Na zewnątrz rzeczowy szyld "wyroby dziewiarskie", wewnątrz garść podkoszulków, rzężąca świetlówka, pomalowana na rudobrązowo boazeria – a na niej niespodzianka: plakat z zachodnioniemieckiej gazety z podobizną Sylvestra Stallone’a. Ten stan rzeczy, którego osią jest 1989, ale sięgający kilka lat wstecz i kilka naprzód, to właśnie duchologia: znalezione wycinki z dawnej pamięci, które wyłaniają się jak widma na seansie spirytystycznym.

Pamięć u dziecka zaczyna kształtować się w okolicach trzeciego roku życia. Do małej głowy wpadają rozmaite, nieuporządkowane informacje z otoczenia, które – z oczywistych powodów niezrozumiane i niejasne – układają się czasem w niesamowite konfiguracje, w późniejszych latach mutując albo powracając echem. Dzieci duchologiczne, wideo-dzieci, które dorastały już w poświacie telewizora, a czasem i magnetowidu, wchłaniały te przypadkowe obrazy i dźwięki ze świata mediów. Brytyjscy artyści – Focus Group, Moon Wiring Club, The Advisory Circle – którzy kilka lat temu zaadaptowali na swój użytek pożyczone z badań nad kulturą współczesną pojęcie hauntology (od niego wzięła się moja rodzima duchologia), wydawali muzykę inspirowaną w równym stopniu dawną technologią i przekazami medialnymi przeszłości, co osobistą pamięcią. W tej perspektywie jedno i drugie jest nierozerwalnie ze sobą połączone, a "skrzynką duchów" staje się telewizor. Nieprzypadkowo na zakłócenia sygnału w starych odbiornikach mówiło się "duchy". Doświadczenia polskiego widza z mediumiczną mocą telewizora są zresztą, dzięki działalności Anatolija Kaszpirowskiego i Zbyszka Nowaka oraz piosence Fasolek "Zmora z telewizora", nawet bogatsze.


Anatolij Kaszpirowski
Duchologia jest materią ulotną jak wspomnienie, ale spróbujmy naszkicować choć kontury świata widm: to w równych proporcjach sympatyczna nostalgia za własną naiwną perspektywą i nieco koślawymi, zacofanymi technologicznie czasami, co czający się gdzieś skrycie lęk przed czymś, co nie do końca rozumiemy. Brytyjskich "łowców duchów" fascynowały stare seriale fantastyczne i przygodowe produkcji BBC, takie jak "Sapphire and Steel" czy "Children of the Stones", ale i tzw. Public Information Films, czyli krótkie filmy przestrzegające przed niebezpieczeństwami zabawy na drodze czy korzystania z niestrzeżonych kąpielisk; ich wspólnym mianownikiem było sianie w młodych głowach niepokoju i drżenia, którym dane będzie przełożyć się jakiś czas później na spójny ruch estetyczny.

Moje pierwsze duchologiczne rozmowy z rówieśnikami – bo przeżycia pokoleniowe domagają się przecież omówienia – ujawniły, jak złowrogą moc miały widma ukazujące się na ekranie skłonnych do implozji Rubinów 714 i nowiutkich Elemisów czy Otake. Do najstraszniejszych z dziecięcej perspektywy należała czołówka "Panoramy", ale też "Przybysze z Matplanety" z piosenką nagraną przez prog-elektroniczną grupę OMNI wraz z Andrzejem Zauchą. Groza czaiła się tam, gdzie świetlana przyszłość, postęp i wirujące globy, prawdopodobnie za sprawą osobliwych dźwięków generowanych przez odkrywanych dzisiaj na nowo pionierów muzyki elektronicznej i eksperymentalne studia radiowe. Dzisiaj z perspektywy słuchacza i fana stawiam muzykę ze słynnej "Sondy", a nawet "Matplanetę" niedaleko od klasycznej czołówki "Doktora Who", skomponowanej przez Delię Derbyshire – małe uszy słyszały jednak w kosmicznych sygnałach coś niepokojącego, co uruchamiało w głowie przycisk z napisem "ratunku".


"To"
Kino młodego widza końca lat 80. i początku 90. to nie tylko kosmos, ale i fantasy. Baśń jako gatunek filmowy miała się znakomicie przez całą dekadę, a wraz z nią specyficzny bohater: dobrotliwy potwór-olbrzym. Znamy go z "Labiryntu" i "Niekończącej się opowieści"; polska kinematografia dodała swój grosik do tej dziedziny, przy okazji skutecznie traumatyzując całe pokolenie postacią "kudłatego, durnowatego" diabła Piszczałki. Prawdziwa groza miała dopiero nadejść na taśmach wideo – w postaci upiornego klowna z filmu "To", laleczki Chucky i Freddy’ego Kruegera. Siłę rażenia tego ostatniego potwierdził zespół nurtu nazywanego wówczas piosenką chodnikową, Top One, nagrywając przebój o refrenie-zaklęciu: "a Fred Krueger to tylko sen". O tym, że każdy ma swoje prywatne zmory, świadczy fakt, że osobiście bałam się też "Kevina samego w domu" – do tej pory nie miałam odwagi obejrzeć go ponownie w żadne z Bożych Narodzeń.


"Przyjaciel wesołego diabła"
O jakim filmie możemy powiedzieć, że jest duchologiczny? Przede wszystkim powinien być niedobrze udźwiękowiony. Brakuje mu też nasyconych kolorów; w świecie duchologii wszystko jest dosyć blade. Jest też dość prawdopodobne, że będzie miał ambicje pewnej światowości, co udawało się osiągnąć z różnym powodzeniem. Szybka ankieta, którą przeprowadziłam wśród czytelników duchologicznej strony na Facebooku, wykazała, że profilowi poszukiwanego najbardziej odpowiadają krajowe przymiarki do Hollywood – produkcje spod znaku przygody, fantastyki i horroru. Były to często dzieła pełne dobrych chęci, lecz o skromnym budżecie, co dawało w rezultacie kino jakby skrojone na potrzeby dzisiejszych entuzjastów filmów gatunkowych i tzw. złych. Najlepszym przykładem jest "Klątwa Doliny Węży", w zamyśle – polsko-radziecka odpowiedź na przygody Indiany Jonesa, która dostała drugą szansę, gdy zobaczono w niej film egzotyczny, choć nie w takim sensie, jak planowali to jego twórcy. Z podobną wyrozumiałością traktowany jest jeden z nielicznych polskich horrorów, "Wilczyca" Marka Piestraka – być może ze względu na nostalgiczne wspomnienia własnych strachów czasu dorastania i pierwszych "poważnych" filmów, tych kinowych rytuałów przejścia.

Z drugiej strony, kino familijne, nie tylko animowane, stało na dobrym poziomie. "Cudowne dziecko" z 1986, kanadyjsko-polski film o chłopcu obdarzonym zdolnościami telekinezy, może podobać się i dzisiaj – choć warto obejrzeć go dokumentalnym okiem, jako wyraz polskiej tęsknoty za dostępem do takich dóbr jak w Kanadzie. W latach 90. rozdźwięk między ambicjami i możliwościami stał się już dokuczliwy: nieszczęsne "Latające machiny kontra Pan Samochodzik" z 1991, serial "WOW" z 1993 i "Łowca. Ostatnie starcie" z tego samego roku już wtedy nie oszałamiały, a dzisiaj mają wartość głównie dokumentalno-sentymentalną dla pokolenia konsoli Pegasus. Ci, którzy w tamtych czasach byli dziećmi i siłą rzeczy oglądali głównie produkcje skierowane do dzieci, będą też pamiętać sojusz wytwórni Hanna-Barbera z Dyskoteką Pana Jacka, co zaowocowało periodykiem pt. "Video Świat" ("czyta pod ławką Scrappy-Doo"). Kreskówki studia Hanna-Barbera doczekały się dystrybucji na VHS w Polsce już w roku 1987, co doprowadziło do ciekawie retrofuturystycznej sytuacji – dzieciaki przy pomocy najnowszej dostępnej technologii oglądały w "Jetsonach" wizję przyszłości sprzed trzydziestu lat.

    
"Wow"
Najciekawszym aspektem duchologicznego tematu jest jednak działka wolna od nostalgii. Wspomniany na początku "Galimatias" oglądałam raczej jako zapis swojej epoki niż jako komedię, podobnie film o znamiennym tytule "Kapitał, czyli jak zrobić pieniądze w Polsce" Feliksa Falka z roku 1990, a zwłaszcza seriale telewizyjne, które próbowały łączyć realistyczną wizję świata z tą aspiracyjną. Po "W labiryncie" rękę na pulsie starali się trzymać twórcy seriali osadzonych w realiach drobnej przedsiębiorczości: "Fitness Clubu" czy dość posępnego "Jest jak jest". Odrobinę późniejsze "Radio Romans" to już wygładzony produkt epoki "Czaru Par". Sam koniec epoki duchologicznej, czyli rok 1995, przynosi pierwsze próby spojrzenia wstecz o kilka lat w postaci serialu "Sukces" (słowo numer jeden w polszczyźnie lat 90.); kilka lat później podobną próbę podejmie Natalia Koryncka-Gruz w "Amoku". Produkcje te – zazwyczaj ciekawsze z dokumentalnego niż fabularnego punktu widzenia – próbują uporządkować i nadać ramy pamięci o czasach, które Marek Krajewski nazwał epoką rewolucji wyobraźni. To, co na własne potrzeby nazwałam duchologią, jest właściwie podobnym zadaniem – z punktu widzenia kogoś, kto był w środku wydarzeń, ale jednocześnie był za mały, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło.