Artykuł

GRANICE KINA: Piekło-niebo. Komentowanie w kinie

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/GRANICE+KINA%3A+Piek%C5%82o-niebo.+Komentowanie+w+kinie-78913
"Jeśli wykorzystasz tę sytuację, trafisz do specjalnego kręgu piekła. Tego samego, który czeka na znęcających się nad dziećmi ludzi, którzy rozmawiają w kinie"  – Shepherd Book, serial  "Firefly".

Shepherd Book nie jest osamotniony w swojej, delikatnie rzecz ujmując, niechęci wobec tych, którzy filmów nie oglądają w nabożnym skupieniu. Nie dla wszystkich wejście na salę kinową oznaczać musi złożenie ślubów milczenia, zamknięcie buzi na kłódkę i wyrzucenie kluczyka. Niech wiedzą, że nie są bezpieczni. Znajdzie się wielu takich, co za pospolite gadanie czy denerwujące chyba wszystkich rozmawianie przez telefon zafundowaliby im bilet do piekła w jedną stronę.

Piekło?

Spełnieniem najgorszych koszmarów widza kinowego jest postać Brendy ze "Strasznego filmu" (2000). Jej zachowanie w kinie: od jedzenia przesadnie aromatycznych przekąsek, przez nieustanne gadanie, histeryczny śmiech, zaczepianie innych widzów, komentowanie prób uciszania, aż po przelewające czarę goryczy rozmowy przez telefon, doprowadziło współwidzów do ostateczności. W akcie desperacji wyręczyli zamaskowanego zabójcę i sami zasztyletowali dziewczynę – za zepsucie im seansu "Zakochanego Szekspira" i wielu innych filmów.  Gdy zawodzi powtórzone po raz setny sakramentalne "Może by tak ciszej (do cholery)!?" i wyczerpuje się siła argumentów, mogą puścić nerwy. Co w tej sytuacji? Jeśli dajmy na to, śmiejący się do rozpuku, palący cygaro widz-przeciwnik wygląda groźnie, jak Max Cady z "Przylądku strachu" (Robert DeNiro), może lepiej pójść w ślady Nicka Nolte'go z rodziną i rozważyć wyjście z kina. Powracające doniesienia medialne wskazują jednak, że w podobnej sytuacji wściekli widzowie podejmują akcję, w wyniku której może dojść nawet do rękoczynów. Albo strzelaniny, jak w 2009 roku w USA, gdy w czasie seansu "Ciekawego przypadku Benjamina Buttona" jeden ze wściekłych widzów postrzelił w ramię innego, krnąbrnego i "nieściszalnego". Wyjątkowo przewrotnie brzmi w tym kontekście opinia, że słowa czasem  ranić mogą bardziej niż miecz.


"Straszny film"

Roger Ebert, amerykański krytyk filmowy, celnie zauważył kiedyś, że ludzie zasadniczo nie mają problemu z tym, by milczeć na dobrych filmach. To głównie na tych złych wstępuje w nich diabeł – rozgadują się, zachowują głośno i komentują, choć są i tacy, którzy oglądają je z milczącym zachwytem (częściej jest to spowodowane tak zwanym opadem szczęki niż  zaniemówieniem z podziwu). Czasem paradoksalnie to właśnie głosy na kinowej sali mogą wzmóc rozrywkowy wymiar filmu (na myśl przychodzi mi premierowy pokaz "2012" Rolanda Emmericha, w czasie którego jeden z widzów głośno wykrzykiwał komentarze, a publiczność z czasem zaczęła mu wtórować). Wszystko zależy od atmosfery w sali kinowej i poczucia humoru zgromadzonej na seansie publiczności. Innym przykładem mogą być chociażby kolejne kinofilskie lub fanowskie pokazy tak złych, jak i dobrych filmów, które wszyscy obecni już wcześniej widzieli niejednokrotnie. Tu dopowiadanie kwestii, komentarze, odśpiewywanie piosenek czy piski (to z naciskiem na publiczność "Sagi Zmierzch") nikogo nie rażą. W przypadku filmów bollywoodzkich rytuałem natomiast jest nie tylko komentowanie i śpiewanie, lecz również przebieranie się i tańczenie między rzędami.


"RHPS"

W kontekście aktywnego, tak różnego od klasycznego "siedzącego" odbioru filmu nie może zabraknąć "The Rocky Horror Picture Show" (1975), kultowego midnight movie. W jego przypadku komentowanie jest nie tyle dobrze widziane, co niemal obowiązkowe. Kult, który narodził się w latach 70. w Nowym Jorku. po czterdziestu latach wytracił rzecz jasna swą czystą spontaniczność. Już w jego początkach kształtu zaczął nabierać uznawany obecnie za "liturgiczny" tekst komentarza. Fani czy raczej wyznawcy "RHPS" i Franka-N-Furtera (Tim Curry), którzy na swym koncie miewali już w owym czasie kilkaset seansów, niechętni byli praktykom nowicjuszy – autorskie riposty czy spontaniczne, niekanoniczne odpowiadanie postaciom na ekranie nie były mile widziane. Standardem jest bowiem chóralna recytacja z towarzyszeniem rekwizytów (parasole, ryż, gazety) uświęconego mocą tradycji tekstu w przerwach pomiędzy padającymi z ekranu kwestiami. Faktem pozostaje jedno: kolejne seanse pogłębiają przeświadczenie, że film zaprasza widza do dialogu. Kino ze statycznego miejsca odbioru dzieł filmowych może tym samym zamienić się w sferę aktywnego i nieskrępowanego świętowania.

Niebo!

Są też ci, którzy przeszli na profesjonalizm – komentowanie na filmach wynieśli niemalże do poziomu sztuki. Shepherd Book i inni ceniący sobie ciszę i spokój w kinie bez wątpienia wysyłaliby ich na piekielne męki, lecz oni za głośne gadanie na seansach poszli do nieba jeszcze za życia – zyskali poklask, sławę i uznanie. Ich domeną stał się riffing, zwany również MST-ingiem, czyli ogólnie rzecz ujmując artystyczny komentarz filmowy w czasie rzeczywistym. Ów wymiar "artystyczny" najczęściej przyjmuje formę naśmiewania się, żartowania, często na granicy dobrego smaku (w wersji współczesnej i kolokwialnej: na granicy suchara) ze wszystkiego, co podejmującemu się skomentowania i obśmiania wyda się tego godne. Skrót MST nawiązuje do kultowego amerykańskiego programu telewizyjnego emitowanego w latach 1989-1999 – "Mystery Science Theater 3000" (w skrócie: MST3K). 198 odcinków programu wyznaczyło swego rodzaju standardy w tej dziedzinie i wychowało rzesze naśladowców po dziś dzień zaludniających Internet. Formuła programu była dosyć prosta. W skrócie: Mike lub Joel (w zależności od sezonu programu), więzień szalonego naukowca dra Claytona Forrestera (jak w "Wojnie światów"), przetrzymywany jest na statku kosmicznym o nazwie Satellite of Love (jak u Lou Reeda) w towarzystwie dwóch pilnujących go robotów – Toma  Servo oraz Crow T. Robota. Tu trio ogląda najgorsze (anty)dzieła w historii kinematografii. Sam widz programu ogląda film tak, jak gdyby siedział w kinie kilka rzędów za nimi: cały czas ma przed sobą zarys ich sylwetek na tle "ekranu" – obraz, który stał się emblematem programu. Trio, zmuszone do oglądania koszmarnych filmów, a wśród nich takich tworów jak "Manos. The Hands of Fate", który w ocenie IMDb (1.5) uznany został za jeden z najgorszych filmów w historii, by przetrwać i nie oszaleć, komentuje to, co widzi. Wydaje się to zajęciem dziecinnie prostym, lecz jak zdradzają w wywiadach główni twórcy programu, Joel Hodgson i Michael J. Nelson, przygotowanie kolekcji riffów w przypadku niektórych, nazwijmy to po imieniu, gniotów, wymagało czasem nawet dziesięciu seansów.

Jakimi klasyczny MST-ing rządził się zasadami? Najważniejsze było jedno: współpraca z filmem. Stąd kluczowe stało się wyczucie ekranowego czasu – chodziło o to, by trafiać w "martwe momenty" pomiędzy linijkami dialogów. Form było wiele: od witania postaci pojawiających się na ekranie (w kategorii "O, cześć – tu wstaw imię" wyprzedzali słynny między innymi dzięki powtarzającym się powitaniom "The Room" Tommy'ego Wiseau), zwracanie uwagi na ich podobieństwo do innych postaci lub rzeczywistych osób, przez odpowiadanie im na pytania – czasem zupełnie bez sensu, a czasem zdecydowanie sensowniej, niż zaplanował to scenarzysta filmu, po wypełnianie dialogiem niezagospodarowanego czasu ekranowego, by nadać tempo (brakowi) akcji filmu. Na przestrzeni danego odcinka, trwającego zazwyczaj mniej więcej tyle, co MST-ingowany film, pojawiały się również wyrazy dźwiękonaśladowcze, jęki, a w wyjątkowych momentach płacz któregoś z trzech doprowadzonych do rozpaczy pasażerów Satelity Miłości. Bywało, że  chórem dośpiewywano piosenki, które na myśl przywodziły padające z ekranu słowa (na modłę – "kochać..." – "jak to łatwo powiedzieć"), czy wręcz podkładanie własnej ulepszonej wersji dialogów. W komentarzach powracały nawiązania do amerykańskiej popkultury, czytelne nawet dla średnioobeznanego z nią widza, lecz czasem skierowane jedynie do garstki filmowych geeków i wiernych widzów samego programu.


"The Room"

Gdy ku rozpaczy fanów, którym pozostały po nim jedynie kasety video, program zniknął z anteny, epoka Internetu dopiero się rozpoczynała. Z nią nadeszło drugie życie "MST3K" i jego twórców. Dziś część z nich pod szyldem Cinematic Titanic wydaje DVD z filmami okraszonymi komentarzem z pieczątką jakości Mistrzów Riffingu oraz organizuje pokazy filmów z przygotowanymi przez siebie riffami na żywo. Na te przypominające bardziej show komików czy kabaretów niż projekcje filmowe występy bilety wyprzedane są na wiele tygodni przed projekcją. Pierwszym z filmów, za które na pokład zabrał Cinematic Titanic, był "Brain of Blood" (1972, IMDb: 2.2), z czasem dołączyły do niego kolejne, zawsze "wspaniale fatalne" filmy. RiffTrax, druga grupa twórców pierwotnego "MST3K" nie poprzestaje na celebrowaniu li tylko złego kina. Ich zdaniem riffingowi można poddać każdy film, również klasyczny czy powszechnie uznany. I tak, w internetowym katalogu RiffTraxa obok pierwszego "Plan 9 z kosmosu" (1959, IMDb: 3.7) znalazły się chociażby "Incepcja" (2010, IMDb: 8.9) czy "Casablanca" (1942, IMDb: 8.8). Rifferzy do współpracy zapraszają znane postacie popkultury, jak Weird Al Yankovic, Neil Patrick Harris, Richard Cheese czy Joel McHale.

Współpraca z tym ostatnim nie zdziwi być może widzów komediowego serialu Community.  Tu, w odcinku 15. pierwszej serii (*uwaga, mini-spolier*) kilkoro postaci spotyka się właśnie po to, by riffować nieistniejący film "Kickpuncher". Czynią to nie w kinie, lecz w domowym zaciszu – w pokoju Abeda (Danny Pudi), dyżurnego specjalisty od popkultury. Popcorn, przekąski, gazowane napoje i wygodne kanapy oraz duży ekran czynią z jego pokoju bezpieczną, niezagrożoną atakami niezadowolonych widzów strefę wolnego komentowania. Jedynie Peirce (Chevy Chase), którego specjalność to niepoprawne politycznie żarty, nie wyczuwa poetyki spotkania, a jego komentarze nikogo ze zgromadzonych nie śmieszą. W tym wypadku to nie kwestia treningu jest problemem, bo grupa (w której znalazło się nawet miejsce dla señor Changa, nauczyciela hiszpańskiego) za zasadę, która rządzi oglądaniem "Kickpunchera", przyjęła absolutną spontaniczność i brak przygotowania. To raczej rozminięcie się na poziomie poczucia humoru, naprawione przy okazji seansu filmu "Kickpuncher 2". Nietrafione żarty zdarzają się wszystkim, nawet specom w dziedzinie. To kwestia wprawy, techniki i dystansu. Pytani o tajniki swojego fachu twórcy "MST3K" podkreślali, że naczelną zasadą przy doborze obiektów MST-ingu, było wygrzebywanie zapomnianych złych filmów, na które widzowie programu prawdopodobnie nigdy by nie trafili, a jeśli już, to tak jak zwykła czynić Shirley z Community  – dostrzegłszy ich fatalną jakość – wyłączyli je czym prędzej.


Podobną rolę jak pojawiający się w serialu "Kickpuncher", w prawdziwym świecie i coraz szerszą skalę odgrywa wspomniany już "The Room" (2003) Tommy'ego Wiseau – scenarzysty, reżysera, producenta oraz aktora w jednej osobie. To przedziwne zjawisko kinematograficzne, wokół którego zgromadziła się rzesza fanów, raz po raz grupowo oglądających owo arcydzieło "tak złego, że aż dobrego filmu". W nawiązaniu do "The Room" powstała nawet gra komputerowa śledząca losy Lisy, Marka czy Johnny'ego w chwilach, gdy nie są obecni na ekranie. Komentowanie jest immanentną częścią ceremoniału narosłego wokół filmu. Kolejni adepci są wprowadzani w świat przez znajdujących się na wyższych kręgach wtajemniczenia kultu "The Room", o którym mówi się, że samotne oglądanie nie ma żadnego sensu, bo pojedynczy widz jego "geniuszu" może nie dostrzec. Poza tym, jaki sens ma komentowanie i przecieranie oczu ze zdumienia w pojedynkę? To wspólnotowość nadaje doświadczeniu pełnię. Fani "MST3K" określają "The Room" jako genialny na poziomie "najgorszego filmu świata", czyli "Manos. The Hands of Fate". Ekipa RiffTraxa odkrywszy film Wiseau w 2009 roku, dała się porwać jego magii i z miejsca sporządziła własny riff.


Choć komentowanie zaprowadzić może tak do piekła, jak i do nieba, kilka rzeczy zawsze kształtuje metodologię w przypadku tej formy działalności filmowego widza. To kontekst, czas i miejsce oraz idące za nimi wyczucie chwili, umiejętność wykorzystania luki w liście dialogowej, przygotowanie i rytuał lub wręcz przeciwnie – pełna spontaniczność, przyjazne zacisze domowe lub pełna sala kinowa. Mając je na względzie, teoretycznie, riffować – jak śpiewać – każdy może. Zasada riffowania każe tu jednak dopowiedzieć: "trochę lepiej lub trochę gorzej".
Udostępnij: