Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/NOWE+HORYZONTY+2018%3A+Telefony+w+mojej+g%C5%82owie-129208

NOWE HORYZONTY 2018: Telefony w mojej głowie

Na Nowych Horyzontach kino we wszelakich stanach skupienia: od duńskiego thrillera "Winni" o intensywnej godzinie z życia operatora telefonu alarmowego, przez "Dom, który zbudował Jack", opowieść Larsa von Triera o seryjnym mordercy – a w zasadzie to o sobie samym – po nagrodzone Złotym Niedźwiedziem "Touch Me Not", dokument, eksperyment, seans filmowej terapii skupiony na temacie ciała.  

***

112, zgłoś się ("Winni", reż. Gustav Möller)

Nie ma złych pomysłów na film, są tylko pomysły niewykorzystane. Magię kina – dreszcze, śmiech, łzy i inne atrakcje – da się wyciskać nawet ze skrajnie nieatrakcyjnych sytuacji. "Filmowość" nie jest cechą immanentną; wszystko może być filmowe, jeśli tylko znajdziesz na to odpowiedni pomysł. Dowód w sprawie: minigatunek "facet z telefonem", zbudowany na wierze w to, że 90 minut zbliżeń na gadającego do słuchawki gościa wystarczy, by utrzymać widza w fotelu. Polski wariant z telefonującym biegaczem ("Wściekłość") nie wyszedł może najlepiej, ale Colin Farrell, Tom Hardy czy Ryan Reynolds udowodnili, że da się wdzięcznie i kinowo mówić do siebie choćby w budce telefonicznej, samochodzie czy nawet trumnie. W "Winnych" rękawicę podejmuje duński debiutant, Gustav Möller, który z całego wachlarza "najmniej filmowych zawodów świata" postawił na operatora telefonu alarmowego. Jak to się mówi po angielsku, "good call": po seansie raczej nie będziecie dzwonić z pretensjami pod 112. 

The-Guilty.jpeg


Co ciekawe, "telefoniczne" thrillery często przybierają formę moralitetu – tak jest i tym razem. Fabularne okoliczności czy omawiany przez słuchawkę temat zazwyczaj stanowią przecież jedynie punkt wyjścia, pretekst do przyjrzenia się bohaterowi. Sednem gatunku są psychomachia i psychoterapia: przykuty do telefonu nieszczęśnik staje przed moralnym dylematem i musi "przegadać" swój problem. Kryzysowa sytuacja fabularna i dosłowne "uwięzienie" w kadrze składają się na okoliczności sprzyjające introspekcji. Bohater nie ma wyjścia, musi poddać się próbie charakteru: przeprowadzić bilans moralny i rachunek sumienia. Nic zatem dziwnego, że najlepiej sprawdza się tu protagonista ze skazą, taki który ma swoje do przerobienia. Nieprzypadkowo "winni" figurują już w tytule filmu Möllera

Nasz bohater, Asger Holm (Jakob Cedergren), choć dzielnie służy i chroni na odległość, nie jest bowiem nieskazitelny. Zamiast herosa czuwającego cierpliwie pod numerem 112 Möller proponuje mężczyznę wewnętrznie skonfliktowanego. Widzimy – i słyszymy – jak Asger sprawnie udziela pomocy kolejnym dzwoniącym, dzielnie przebija się przez komunikacyjne przeszkody, cierpliwie znosi rozmówców bezczelnych bądź będących "pod wpływem". Zarazem jednak – niemalże mimochodem – reżyser niuansuje portret policjanta, podsuwa naszej uwadze kolejne niepokojące detale, poszlaki, aluzje. 

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego można przeczytać TUTAJ.

***

Dom z papieru ("Dom, który zbudował Jack", reż. Lars von Trier)

Wszystko zgodnie z planem. Ludzie uciekają z kina, reżyser pęka z dumy, a bohater filmu w autotematycznym geście zwraca środkowy palec w stronę canneńskiej dyrekcji i wyznaje miłość Hitlerowi (było nie zamykać festiwalowych bram na siedem lat!). Na ekranie mord za mordem, na twarzach widzów konsternacja: kto lub co jest tutaj ofiarą? Jack (Matt Dillon) ma na koncie szećdziesiąt zabójstw. Lars Von Trier – kilkanaście filmów. W najnowszym, minuta po minucie, kadr po kadrze, rozkłada na atomy filozofię twórczą, która zapewniła mu miejsce w panteonie klasyków europejskiego kina. Ekshibicjonistyczna potrzeba spowiedzi oraz usprawiedliwienia artystycznej metody jest tak silna, że kładzie się cieniem zarówno na relacji z podświadomości psychopaty, jak i na traktacie o powinnościach człowieka z kamerą. 

maxresdefault.jpg
   
Jack morduje głównie kobiety, lecz w gruncie rzeczy nie pogardzi żadnym bożym stworzeniem: mężczyzną, dzieckiem, kaczuszką. Tej ostatniej, jeszcze jako dziecko, odcina nogę, a następnie wrzuca zwierzę z powrotem do stawu i obserwuje jego powolną agonię. Choć szokujące, podobne retrospekcje są w filmie jedynie zasłoną dymną, chwytem narracyjnym budującym iluzję psychologicznej głębi. W istocie bowiem Jack nie jest postacią z krwi i kości, tylko figurą sklejoną w wyobraźni filmowego erudyty. Brak empatii, alienacja oraz skłonność do nostalgicznych wycieczek, wydają się takimi samymi elementami gatunkowej ikonografii jak znoszony prochowiec, okulary w rogowych oprawach nasunięte na nos, czerwony van, którym Jack przewozi ciała ofiar oraz oświetlona jarzeniówkami chłodnia, w której je przechowuje. Ważny dla von Triera nie jest bowiem ani modus operandi Jacka, ani jego skomplikowany umysł, tylko imperatyw działania, za którym stoi autorska wizja sztuki. 

Wśród wielu mądrości, którymi z akademickiej mównicy raczy nas reżyser, najważniejsza wydaje się ta o tygrysie i jagnięciu z wiersza Williama Blake'a. Jack dostrzega w poemacie zbieżność praw natury i sztuki: tak jak jagnię zostało stworzone przez Boga, by służyć za pokarm drapieżnikowi, tak i ofiary seryjnego mordercy istnieją po to, by stać się tworzywem dla artysty z maczetą w dłoni. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza można przeczytać TUTAJ

***

Nadzy ("Touch Me Not", reż. Adina Pintilie)

Jak wejść w skórę innego? Poczuć to, co czuje cudze ciało w sytuacji największej intymności? Przekroczyć tabu, które o miłości i seksie każe opowiadać językiem skostniałych norm, brud przeciwstawiać czystości? Kino próbowało sobie z tym radzić wielokrotnie, z lepszym i gorszym skutkiem. Fikcja – chociaż umożliwia identyfikację z bohaterami – zdecydowanie gorzej wypada jako narzędzie empatii. 

touch-me-not (2).jpg

Być może właśnie dlatego "Touch me not" nie jest kinem – przynajmniej nie w klasycznym rozumieniu tego słowa. Bliżej mu do eksperymentalnego wideo, instalacji artystycznej albo terapeutycznej psychodramy. Rumuńska artystka Adina Pintilie zatarła granicę między fikcją a dokumentem, weszła głęboko w ciała swoich bohaterów, zainscenizowała ich najbardziej intymne fantazje. Zrobiła dzieło całkowicie samoświadome – nie tylko w sensie stałego namysłu nad umownością i ograniczeniami stosowanych środków wyrazu. W filmie szalenie istotny jest moment odsłonięcia obecności reżyserki gdzieś tam, po drugiej stronie kamery; zakwestionowania władzy, którą sprawuje nad własną materią twórczą. "Touch me not" dosłownie "stwarza się" na naszych oczach, w trakcie oglądania, w negocjacji artystki z bohaterami i naszą – z obrazami.

O takich eksperymentach filmowych pisze się więc z pewną trudnością, bo obrazy Pintilie są mniej do interpretowania, a bardziej do doświadczania. Autorce – jeśli dobrze rozumiem – chodziło przede wszystkim o zbadanie różnych sposobów definiowania intymności cielesnej; tego, jak inni postrzegają własne i cudze ciała; czego pragną, a czego się brzydzą; gdzie zaczynają się, a gdzie kończą ich fizyczne granice. Tę listę można pewnie wydłużać, uzupełniać o kolejne pozycje, punktem wspólnym pozostaje natomiast motyw odbiegania (bardzo pozornego) od kulturowej normy "dobrej" fizyczności. Mamy więc troje bohaterów: starszą kobietę Laurę, niepełnosprawnego mężczyznę Christiana oraz Tomasa, którego choroba pozbawiła włosów na całym ciele. Reżyserka prowadzi z tymi ludźmi osobisty dialog; umożliwia im (i sobie) nie tylko wgląd we własne, głęboko zakorzenione schematy myślowe i emocje, ale także przyjęcie cudzej perspektywy, spotkanie z odmiennymi – nazwijmy to tak – "formami życia". Z lękami, fetyszami, pragnieniami tych, którzy – z różnych powodów – budzą w nas odruch sprzeciwu, a czasami – zwyczajny wstręt. 

Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ

zobacz też: