Artykuł

PIŁKARSKI FILMWEB: Filmowe dogrywki i futbolowe dramaty

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/PI%C5%81KARSKI+FILMWEB%3A+Filmowe+dogrywki+i+futbolowe+dramaty-85866
Piłka nożna nigdy nie była wdzięcznym tematem dla filmowców. To dziwne w kontekście faktu, że obie "dyscypliny" mają ze sobą więcej wspólnego, niż się wydaje.  W okresie wielkiego rozkwitu przemysłowego Imperium Brytyjskiego przypadającym na przełom XVII/XVIII wieku, kopanie piłki było ulubioną rozrywką ówczesnej klasy robotniczej – podobnie jak pierwsze filmy w początkowej fazie formowania się Hollywood stanowiły masową pożywkę dla biedoty, by dopiero później przyciągnąć uwagę bogaczy z grubymi portfelami.  

Gdyby stworzyć oś czasu i umieścić nań oba zjawiska, okazałoby się, że początki każdego z nich nie są od siebie aż tak odległe. W 1863 roku w Anglii powstała pierwsza na świecie krajowa federacja piłkarska – The Football Associacion. Określała naczelne zasady kierujące grą w piłkę nożną (przede wszystkim zabronione zostało używanie rąk podczas gry, co odróżniało football od rugby). Aby stworzyć zawodowe rozgrywki piłkarskie, trzeba było jednak jeszcze trochę poczekać. Dopiero w 1888 roku (trzy lata po wprowadzeniu zawodowstwa) wystartowała oficjalnie Liga Angielska, zrzeszająca 12 profesjonalnych klubów. To jej kontynuacją jest dzisiejsza formuła Premiership. Mniej więcej w tym czasie, w drugiej połowie XIX wieku na wschodnim wybrzeżu USA, w Nowym Jorku, powstawały pierwsze wynalazki techniczne, które miały stworzyć podwaliny branży filmowej, przekształcając ją w jedną z najbardziej wpływowych gałęzi przemysłu amerykańskiego. Na inauguracyjny pokaz filmu braci Lumiere, który odbył się ostatecznie w paryskiej Grand Cafe w 1895 roku – tak jak w przypadku rozpoczęcia zawodowych rozgrywek piłkarskich w Anglii – potrzeba było czasu. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Przemysł filmowy już na początku nowego stulecia zmuszony do ucieczki z Nowego Jorku na dobre zadomowił się w Los Angeles, a kolejne federacje futbolowe pojawiały się jak grzyby po deszczu, by w krótkim czasie, w 1904 roku, uformować Międzynarodową Federację Piłki Nożnej FIFA.

Także jeśli spojrzeć z perspektywy XXI wieku na ewolucję każdej z branż oraz na to, co dziś sobą reprezentują, udałoby się znaleźć niemalże same podobieństwa. Począwszy od ogromnych pieniędzy, jakie pompuje się zarówno w zawodników światowej klasy (rekord należy do Cristiano Ronaldo, którego Real Madryt kupił od Manchesteru United za 96 milionów Euro!), jak i oszałamiające rozmachem i efektami specjalnymi produkcje filmowe.

Aktorzy i piłkarze stanowią również największy odsetek w grupie dzisiejszych celebrytów, bowiem to z nimi jednoznacznie kojarzona jest sława i ogromne pieniądze. Kluczową sprawą wydaje się jednak to, że o ile film, a zatem i kino, od swoich prapoczątków były kojarzone z biznesem, o tyle sport został przez ten biznes oraz wolny rynek świadomie zdeprawowany i odarty z ideałów, o których mówił z trybuny jeszcze u schyłku XIX w. Pierre de Coubertin – pomysłodawca nowoczesnej idei Igrzysk Olimpijskich. To biznesmeni będący doskonałymi organizatorami i przedsiębiorcami, zdominowali nowoczesne myślenie o sporcie. Czemu zatem kino i futbol nie mogą iść pod rękę?

W poszukiwaniu piłkarskiego "Rocky’ego"

Fani boksu mogą mieć swój hollywoodzki szlagier w postaci legendarnego "Rocky’ego", głośnej, nagradzanej Oscarem produkcji z lat. 70. z Sylvestrem Stallone'em w roli głównej. Miłośnicy piłki kopanej wciąż na taki hit czekają. Wynika to po pierwsze z powszechnego przekonania, że sport indywidualny zawsze łatwiej opakować w atrakcyjne dla widza widowisko. Nie tylko kibice piłkarscy mogą narzekać na brak emocjonujących fabuł. To samo mogą zrobić wielbiciele koszykówki czy hokeja na lodzie. Trudno bowiem uznać, że błahe, często zorientowane na dziecięcą publiczność, zarazem przedstawiające typowo hollywoodzkie podejście do tematu produkcje jak "Potężne Kaczory" z 1994 roku albo "Kosmiczny mecz", w którym obok Michaela Jordana występuje Królik Bugs i plejada gwiazd Looney Toons, spełniały oczekiwania wybrednego kinomaniaka. Wymowne jest też to, że żaden ze znanych i cenionych reżyserów głównego nurtu kina nie pomyślał nawet, by podjąć wyzwanie i stworzyć coś przełomowego w materii kina futbolowego.

 

Z drugiej strony trudno sobie wyobrażać, by amerykańscy reżyserzy ryzykowali reputację, kręcąc film o dyscyplinie, która nie znajduje szczególnego uznania wśród rodzimej publiczności rozmiłowanej w baseballu, koszykówce czy futbolu amerykańskim. Filmy o tych sportach nie mieszczą się zresztą w typowym gatunku filmu sportowego, w którym akcja na boisku stanowi sedno fabuły. Pełni ona raczej rolę tła dla zakulisowych wydarzeń poza polem gry. W podobnym tonie nakręcono "Moneyball" Bennetta Millera oraz "Grę o honor" Spike’a Lee. Ten nowy-stary model – okołoprzedmiotowego przedstawiania tematu – zaczęli swego czasu upowszechniać przedstawiciele kina europejskiego. W szczególności autorzy brytyjscy – bo kto zna się na piłce i kibicowaniu lepiej niż Synowie Albionu?

Chuligani z futbolowej fabryki

Na analizie środowiska kibiców skupiają się dwa głośne filmy – "Football Factory" Nicka Love’a z 2004 roku, oparty na bestsellerowej powieści Johna Kinga, oraz "Hooligans" w reżyserii Lexi Alexander z 2005 roku. Oba stanowią studium przemocy wśród brytyjskich fanów piłki nożnej.

Żeby zrozumieć specyfikę bycia kibicem w Anglii, trzeba poznać reguły panujące tym alternatywnym światem. Niedzielne mecze ulubionych drużyn angielskich to niemalże święto.  Starsi ojcowie zasiadają przed odbiornikami z jeszcze nie dorosłymi synami, którzy z biegiem lat zamienią miękką, domową kanapę na nabuzowaną nacjonalistycznymi emocjami stadionową trybunę.  Piłka nożna to w Anglii, w szczególności w wydaniu lokalnym, to coś na wzór religii, ale pojmowanej na opak, bardzo radykalnej odmianie. Poznaje ją w "Hooligans" Matt Buckner, młody student Harvardu, grany przez Elijaha Wooda. To domena świata, w którym władzę rozdziela się na "ustawkach". 

 
"Hooligans"

Do najgorętszych starć w historii angielskiego społeczeństwa dochodziło między pseudokibicami Chelsea i Millwall. Ich odwieczna nienawiść przeniosła się swego czasu głęboko poza grunt czysto piłkarski, dzieląc cały naród. Na tym niechlubnym epizodzie skupia się fabuła filmu Nicka Love’a. Przez następne lata w miarę wprowadzania nowych regulacji prawnych na Wyspach udało się zapobiec dalszym rzeziom i ucywilizować fanów. Usunięto stalowe kraty na stadionach dotąd stanowiące skuteczną – acz prowokującą do agresywnych zachowań – strefę oddzielającą trybuny od piłkarzy. W zamian zaostrzono przepisy na tyle, by każde nieodpowiednie zachowanie równoznaczne było z dożywotnim ostracyzmem dla tego, kto przekroczył granicę dopuszczalnego postępowania. Również na naszym krajowym poletku można dostrzec zwyczaje zaczerpnięte z Anglii, bo i u nas dochodzi do podobnych zdarzeń, po których musi interweniować policja. Stąd też obawy organizatorów o bezpieczeństwo przed Euro 2012.

Poker z Fryzjerem

Chuligaństwo stadionowe to jedna strona medalu. Drugą jest chuligaństwo rządzących futbolem – i to od najwyższego szczebla działaczy skupionych w FIFA i UEFA (obie uważane są za jedne z najbardziej dochodowych i niezależnych organizacji, działających de facto jako stowarzyszenie non-profit!, na świecie) aż po związki krajowe z naszymi "leśnymi dziadkami" z PZPN na czele. Każda z nich bowiem to swoiste państwo w państwie. I tak np. PZPN działa wedle własnych regulacji oraz tych, które narzuca mu federacja światowa, a za nią europejska. A jako że znajduje się pod ich szerokimi skrzydłami, jest całkowicie niezależnym od państwa związkiem. Taki stan rzeczy budzi sporo kontrowersji i sprawia, że piłka staje się podatnym gruntem do robienia ciemnych interesów.

 
"Piłkarski poker"

Każdy, kto orientuje się, co dzieje się w światku piłkarskim, pamięta z pewnością zamieszanie, które wywołała w Polsce słynna afera z Fryzjerem. Wybuchła ona w 2004 roku i doprowadziła do postawienia przez wrocławską prokuraturę zarzutów ponad setce piłkarzy, sędziom oraz działaczom klubowym zamieszanym w sprzedawanie meczów. Początkowo sprawa skupiała się na szczeblu niższych lig, by z biegiem czasu odkrywać coraz to bardziej znane i zasłużone dla polskiej piłki nazwiska. Można byłoby zapytać, dlaczego ujawnienie tych machlojek zajęło organom ścigania aż tyle czasu, skoro dokładnie taką diagnozę prawie 20 lat wcześniej wystawił polskiemu środowisku piłkarskiemu reżyser Janusz Zaorski. To on w 1988 roku nakręcił "Piłkarski poker" – film dotąd uważany nad Wisłą za kultowy. Być może dlatego, że poza nim trudno doszukiwać się w historii naszej kinematografii innych uznanych tytułów w tym nurcie albo też jest on na tyle zbieżny z realiami świata rzeczywistego, że niemal odnajdujemy w nim oskarżycielski ton skierowany przeciwko machinacjom futbolowych bossów. Janusz Gajos jako sędzia Laguna przyjmujący w szatni łapówki, jego koledzy po fachu korzystający z usług prostytutek w hotelu, dyskretne spotkania za zamkniętymi drzwiami osób ze "spółdzielni", gdzie handel meczowy kwitnie w najlepsze – nie potrzeba zbyt wybujałej wyobraźni, by scenariusz "Piłkarskiego pokera" wpasować w ramy rzeczywistości za oknem.

Ciekawym przykładem produkcji telewizyjnej – zupełnie odmiennej natury od dzieła Zaorskiego – był powstały w 1969 roku kilkuodcinkowy serial młodzieżowo-przygodowy "Do przerwy 0:1" Stanisława Jędryki. Przedstawiał on perypetie trzech kolegów z jednego z powojennych warszawskich osiedli – Paragona, Perełki i Mandżaro. Pomysł na serial zrodził się na fali sukcesów polskich drużyn – Górnika Zabrze i Legii Warszawa – w europejskich pucharach oraz fascynacji umiejętnościami ówczesnych gwiazd tych zespołów – Lucjana Brychczego i przede wszystkim Włodzimierza Lubańskiego. Potem przyszedł czas na sukcesy reprezentacji pod wodzą trenera Kazimierza Górskiego, ale to już zupełnie inna historia – przez polskie kino pominięta i niedoceniona.

Na poważnie i trochę mniej

Osobiście nie jestem zwolennikiem tworzenia wszelakiej maści rankingów i zestawień filmowych, ale w przypadku kina futbolowego głos internautów jest czysty i donośny. Ich ulubionym obrazem o futbolu okazał się film Johna Hustona – reżysera m.in. "Sokoła maltańskiego" i nagrodzonej Oscarem "Afrykańskiej królowej" z Humphreyem Bogartem w roli głównej – "Ucieczka do zwycięstwa" z 1981 roku, w którym obok hollywoodzkich gwiazdorów, Sylvestra Stallone'a i Michaela Caine’a, oglądaliśmy futbolowych czarodziei z Brazylijczykiem Pele, Argentyńczykiem Osvaldo Ardillesem, Anglikiem Bobbym Moorem czy wreszcie naszym Kazimierzem Deyną na czele. Być może za sukcesem amerykańskiej produkcji stoi magiczne połączenie splendoru Hollywoodu z rozbudzającymi wyobraźnię nazwiskami największych gwiazd stadionów. Kto by się dzisiaj nie pokusił – choćby dla zabawy – na wycieczkę do kina na produkcję, w której ramię w ramię występowaliby Leo Messi, Ronaldo, Maradona, De Niro i Russell Crowe? Oglądając dzieło Hustona ma się jednak to nachalnie nasuwające się odczucie, że film niesie w sobie coś ze spóźnionej o prawie cztery dekady propagandy wojennej, będącej peanem na cześć aliantów. Sama zaś stylistyka meczu piłkarskiego trąci nieco myszką.


Podobnie dzieje się w przypadku najbardziej piłkarskiego z piłkarskich filmów czyli "Gola!" Danny’ego Cannona. W tym dramacie obserwujemy losy meksykańskiego emigranta mieszkającego w ubogiej dzielnicy Los Angeles. Gra on w lokalnej lidze. Pewnego razu podczas meczu ligowego jego talent dostrzega dawny scout jednego z londyńskich klubów Premiership i proponuje mu testy w Newcastle United.

Zaletą produkcji jest wykorzystanie licencji, co daje możliwość zobaczenia w akcji takich gwiazd, jak Alana Shearera, Patricka Kluiverta, Zinedine Zidane'a czy Raula (tych dwóch ostatnich pojawiło się w sequelu). Nieznośną manierą prostych dramatów jest jednak przewidywalna pointa, która w filmach sportowych staje się jeszcze mocniej uwierająca.

Historia – i to ta powojenna – to także motyw przewodni kolejnego ważnego filmu nakręconego przez niemiecką reżyserkę Soenke Wortmann w 2003 roku. "Cud z Berna" to opowieść o niemieckiej drużynie Seppa Herbergera, która w 1954 roku podczas szwajcarskich Mistrzostw Świata w wielkim finale pokonała "złotą jedenastkę" z Węgier – wówczas najlepszą reprezentację narodową globu. Nieoczekiwany – uzyskany w dramatycznych okolicznościach – sukces piłkarzy stał się symbolicznym początkiem odbudowy zniszczonego wojną niemieckiego kraju.

Niestety, produkcji eksplorujących bogatą historię futbolu jest jak na lekarstwo. Zamiast tego otrzymuje się mnóstwo filmów marnej jakości. Piłka gra tam zazwyczaj rolę czysto rozrywkową. Cierpią na tym zarówno kibice spragnieni dobrego, zaspokajającego ciekawość obrazu i kinomani zmuszeni do oglądania ogłupiających fabuł z pogranicza kiczu. Do tego kanonu można zaliczyć "Miłość kibica" z 1997 roku w reżyserii Davida Evansa. Scenariusz oparto na książce Nicka Hornby’ego – pisarza i kibica Arsenalu Londyn. Piłka i miłosne perypetie składają się na lekką komedyjkę, w sam raz na nudnawe, ciepłe popołudnia.


Shaolin Soccer"

Swego czasu furorę – zwłaszcza wśród mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni – robił japoński film animowany (wyświetlany też w polskiej telewizji) "Kapitan Jastrząb". Bajka przyciągała przed szklany ekran niemal wszystkich młodych chłopców. Tsubasa Ozora, Kojiro Hyuga czy bramkarz Genzo Wakabayashi byli dla nich prawdziwymi idolami. Kreskówka zaowocowała rozwojem futbolu w Japonii, a kino azjatyckie przeniosło swój stylistyczny eklektyzm na cały nurt kina sportowego. Najlepszym tego przykładem jest film "Shaolin Soccer" Stephena Chowa. Młody mistrz klasztoru Shaolin – Sing oraz była gwiazda futbolu – Fung, postanawiają zbudować drużynę piłkarską i zagrać w turnieju organizowanym przez pewną korporację. Do zespołu zapraszają mnichów nie mających pojęcia, na czym polega gra w piłkę. Czy trzeba dodawać coś więcej?

O piłce można opowiadać na wiele sposobów. Dominuje jednak lekka forma, przyjemna dla oka i niezbyt absorbująca umysł widza. Taka, która po ciężkim dniu pracy nie każe człowiekowi przesadnie wysilać inteligencji. Aby się dobrze bawić, wystarczy piwo – uniwersalny bilet wstępu na każdą murawę. Także tę filmową.
Udostępnij: