Artykuł

Przed Gdynią

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Przed+Gdyni%C4%85-74050
Jak co roku, rodzimy filmowy światek uda się na wybrzeże, by, nie szczędząc sobie wzajemnych pochwał, obchodzić "święto polskiego kina". I jak co roku, zwyczajnego widza niezbyt to obejdzie. Czy taki układ ma szansę w końcu się zmienić?

Na razie zmienił się wyłącznie termin Festiwalu w Gdyni - przesuwany najpierw z jesieni na maj, a teraz na początek czerwca. Skąd te nerwowe ruchy? W zeszłym roku słyszeliśmy, że termin tuż po festiwalu w Cannes znacznie nam pomoże, bo w ten sposób branża z francuskiego Wybrzeża przyjedzie prosto na polskie. Piękne mrzonki – wynikające także z ignorancji, bo po Cannes wszyscy są zajęci dopinaniem rozpoczętych tam interesów, a nie wycieczkami na wschodnie rubieże. Ponadto, taki termin w okrutny sposób podkreśla artystyczny kontrast między imprezami. Wyobraźmy sobie, że po pełnych wrażeń dniach canneńskich, gdy zmagamy się z "kłopotami bogactwa", lądujemy w ubogiej programowo Gdyni. To nie z centrum filmowego biznesu Gdynia powinna się równać, lecz z dobrym festiwalem lokalnym czy regionalnym.

   

Pozostałe modyfikacje festiwalu są sygnalizowane i stopniowo wprowadzane w życie. "Festiwal ma zostać odświeżony" – zapowiada nowy dyrektor festiwalu Michał Chaciński, wybrany na stanowisko ledwo parę miesięcy przed 36. edycją FPFF. Już teraz wiemy, że będzie otwarty na świat (międzynarodowe jury), a czołówka konkursowa została pieczołowicie wyselekcjonowana. Zamiast przeglądu pod hasłem "Co tam ostatnio nakręcono w Polsce?", mamy dwanaście tytułów. Wybór dyrekcji już teraz częściowo możemy ocenić, bo połowa z konkursowej dwunastki gościła wcześniej w kinach. Jak wypadną w konfrontacji z tytułami, których jeszcze świat nie widział? Czy rzeczywiście będzie to zapowiadana "mocna dwunastka"?

Różnorodności tematycznej i stylistycznej konkursowi nie można odmówić. Nawet tak często przeszkadzający (chyba głównie krytykom) brak formalnego zróżnicowania nie będzie w tym roku problemem. Mamy w konkursie staroświecki, ale wspaniale wystylizowany "Młyn i krzyż", czyli intelektualną przygodę z Lechem Majewskim. Ponadto pretendujące do wyrafinowanego artystycznego dzieła "Italiani". Będzie i box-office'owy przebój łączący emo-pokolenie z ich rodzicami, "Sala samobójców" Jana Komasy. Te filmy można lubić lub nie, ale przynajmniej nie schodzą poniżej pewnego poziomu, jak niektóre z zeszłorocznych pozycji konkursowych: telewizyjna produkcja "Cisza" czy prymitywna komedia "Milion dolarów", które nawet w konkursie na najbardziej prowincjonalnym przeglądzie nie powinny  znaleźć swojego miejsca. Z filmów przedpremierowych czekam na "Różę" Wojciecha Smarzowskiego, opowieść osadzoną w powojennej rzeczywistości na Mazurach z Kingą Preis. Czyżby "Cztery noce z Anną" miały się tu spotkać z "Konopielką"? Cieszy obecność w selekcji kilku debiutantów – prócz wspomnianego Jana Komasy to Leszek Dawid, Bartosz Konopka, Rafael Lewandowski i Adrian Panek.

 
"Róża"

Czy Gdynia będzie dla nich trampoliną do dalszej kariery? Taką nadzieję można wyczuć w słowach Jacka Bromskiego, który z wyżyn swojego talentu zakomunikował niedawno mediom, że aby wesprzeć debiutanta Dawida, zrezygnował z obecności w konkursie swojego najnowszego filmu, kryminału "Uwikłani". Wolałabym jednak, żeby Gdynia przestała być miejscem, gdzie filmowcy mogą protekcjonalnie poklepywać po plecach swoich młodszych kolegów. To zresztą choroba całej kinematografii, a festiwal narodowy jest tylko jednym z jej objawów. Czy powoli ustępuje? Młodzi (pozostawmy poza dyskusją względność tej kategorii w rodzimym kinie) coraz częściej otrzymują szansę, by robić produkcje, które bronią się same i wcale nie potrzebują wujowskiego wsparcia. Dawid jest tego dobrym przykładem, bo po debiucie nie osiadł na laurach, ale już złapał nowy, fantastyczny temat: kręci film o Paktofonice.


"Ki" Leszek Dawid

Innych początkujących też będzie można zobaczyć w Gdyni, w pobocznym Konkursie Młodego Kina. Nie stoi za nimi żaden film i żadne nazwisko. Gdyby tylko ich filmów nie określały głównie (zawsze!) podobne opisy: "Laura i Janusz to młode małżeństwo rozpoczynające nowy etap swojego rodzinnego życia. Niespodziewanie stają w obliczu ważnych życiowych wyborów, dylematów i prób. Splot wydarzeń uświadomi im, jak mocno ich dojrzałość została poddana próbie oraz jak bardzo ich marzenia i cele życiowe różnią się między sobą" (plus zielonkawe zdjęcie z dwojgiem smutnych bohaterów). Nie wiem, czy zajawki, które oglądam na festiwalowej stronie, to brak umiejętności sprzedawania swojego filmu jako produktu, czy po prostu dowód na to, że twórca podąża za schematami. W każdym razie, jeśli ktoś pokazuje swoją niechlujność już na pierwszym etapie mojego kontaktu z filmem, to czy mogę spodziewać się po nim przyzwoitej realizacji i porządnej intelektualnej pracy?

Wracając do najważniejszego, czyli konkursu: dla branży obecność w nim to nadal wciąż ważny cel. Nikt nie protestował głośno z powodu wykluczenia z grona wybranych. Oczywiście, pojawiło się kuriozum: Prawica RP namawia do bojkotu festiwalu, ale bynajmniej nie z przyczyny nieobecności filmu o katastrofie smoleńskiej w konkursie. Poszło o Romana Polańskiego, który ma w Gdyni otrzymać nagrodę za całokształt (dokonań twórczych). Z bojkotu pewnie niewiele wyjdzie. Bo niby co miałoby wyjść: na seanse przyjdzie pięć osób z zewnątrz zamiast dziesięciu? Postawiono jednak zasadne pytanie: Dlaczego honorować reżysera teraz, gdy nie przebrzmiały jeszcze echa sprawy sądowej? Gdy skandal szwajcarski dla niektórych przytłumił artystyczne dokonania reżysera? Uwaga mediów, jeśli sam Polański pokaże się na uroczystości przyznania Platynowego Lwa, gwarantowana. Może takie drobne skandale są potrzebne, by uatrakcyjnić festiwal? Domyślam się, iż kierując się podobnymi zasadami, umieszczono na ostatnim festiwalu w Cannes przeciętny film o Sarkozym.


I jeszcze jeden przykład z Lazurowego Wybrzeża: "Code Blue", film Polki Urszuli Antoniak, zrealizowany w Holandii. Podczas finałowej sekwencji sadomasochistycznego seksu i samookaleczenia, przywodzącej na myśl stylistycznie "Pianistkę" Hanekego, duża część widzów, oburzona, wyszła. Mam nadzieję, że ktoś, przynajmniej z najmłodszych filmowców, nawet nie tych w konkursie, ktoś z tych kryjący się za mdłym opisem, zrobił coś podobnego. Że nie pokażą jedynie przeciętnych obyczajowych opowiastek z ducha dekalogu Kieślowskiego (jak to było w przykładnych etiudach pokazanych w Gdyni w zeszłym roku, niby przeczytanych na nowo przez "Dekalog" Kieślowskiego). I wcale nie chodzi mi o to, że kino musi szokować odwagą. Kryterium oryginalności wydaje się kluczowe.

Wówczas festiwal rzeczywiście przyciągnie uwagę, a dobre kino, które na pewno gdzieś tam się znajdzie, tylko na tym skorzysta. Dlatego życzę festiwalowi, by wywoływał emocje, również te negatywne. Ale przynajmniej jakieś.  
Udostępnij: