Jakub Socha

Cudowni chłopcy

Gorączka złota
/fwm/article/Cudowni+ch%C5%82opcy-137384
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Cudowni+ch%C5%82opcy-137384
GORĄCZKA ZŁOTA

Cudowni chłopcy

Podziel się

Jakub Socha przygląda się współpracy dwóch cudownych chłopców – Petera Berga i Marka Wahlberga.

Jakub Socha przygląda się współpracy dwóch cudownych chłopców – Petera Berga i Marka Wahlberga. I opowiada o ich wspólnych filmach. Przyjemnej lektury.

***


Jest synem faceta z agencji reklamowej. Wspomina, że jego ojciec wiódł żywot jak w "Mad Menach" – zaczynał pić rano, pił też w południe, później nie miał już sił, żeby pracować, ale i tak był człowiekiem sukcesu. A wcześniej wojskowym, preferował więc tradycyjne wychowanie, lubił krzyknąć na syna: zachowuj się! Albo: nic z ciebie nie będzie! Świat przypominał ten z "Burzy lodowej" Anga Lee – bogate, białe amerykańskie przedmieścia. Towarzyski kontredans podszyty neurozą, seksualną frustracją, alkoholem i nudą. W szkole nic mu się nie chciało, dzisiaj podejrzewa, że był wtedy lekko upośledzony. Nie uczył się, raz wykombinował sobie, że będzie quarterbackiem – nie ma bardziej prestiżowej pozycji, na której gra się w futbol amerykański – ale okazało się, że zwyczajnie się nie nadawał. Wylądował w dziwnym koledżu dla loserów, był na jednym roku z córką Boba Dylana, na zajęcia aktorskie trafił tylko dlatego, że uległ szantażowi profesora opiekującego się kółkiem teatralnym, brakowało mu kworum i mierzył się z niebezpieczeństwem, że kółko zostanie rozwiązane. Zaczął grać w filmach, bo jakaś znana agenta aktorów zobaczyła jego twarz po jednej z bójek, w jaką niedawno się wdał. Mieszkał wtedy z kolegami, na przykład z Markiem Maronem, komikiem, autorem słynnego podcastu "WTF with Marc Maron".

Dni upływały mu na uganianiu się za dziewczynami i chodzeniu na castingi. Łatwe życie. Na jednym z planów zobaczył reżysera. Reżyser był w jego wieku, dyrygował wszystkimi. Spodobało mu się, chciał też spróbować, reżyser podpowiedział mu, że najłatwiej zadebiutować, reżyserując własny tekst. Zamknął się więc w hotelu, napisał scenariusz, a potem go nakręcił. Film był okropny, chociaż wyprzedził swój czas – opowiada on o grupce kolegów, którzy urządzają wieczór kawalerski w Las Vegas, co kończy się tragedią – wynajęta striptizerka zostaje przypadkowo nabita na wieszak w łazience i umiera. Jej śmierć uruchamia lawinę kolejnych śmierci i odsłania bezbrzeżną głupotę kolegów. Ci imbecyle najpierw pakują pokrojone ciała swoich ofiar do walizek, wiozą je na pustynię, a potem kłócą się, czy można pochować osobno ciało i osobno głowę, czy judaizm pozwala na to, czy nie. Krytycy byli bezlitośni, ale co tam krytycy – do debiutującego reżysera pewnego dnia zadzwonił z jachtu sam Steven Spielberg. Powiedział, że film go ubawił. Od tego momentu już poszło.

Fajna biografia? To posłuchajcie tej – był modelem, siedział w więzieniu za pobicie dwóch Wietnamczyków, jego brat miał bardzo znany zespół muzyczny, zespół się nazywał New Kids on The Block, on sam występował z grupą Funky Bunch. Podbijał listy przebojów, romansował z pięknymi kobietami, reklamował majtki od Calvina Kleina. Gadał seksistowskie i rasistowskie głupoty, swoją autobiografię zadedykował swojemu penisowi. Gdy jego kariera muzyczna zaczęła chylić się ku upadkowi, poszedł w film. Nie minęły trzy lata od debiutu na ekranie i już grał główną rolę u samego Paula Thomasa Andersona – wcielił się w aktora filmów porno obdarzonego wielkim penisem. Szybko przyszły kolejne role u Davida O. Russella, Jamesa Graya, Petera Jacksona, Martina Scorsesego, Michaela Baya i w "Transformerach".  Z niektórych występów teraz się wycofuje, ale jak! Nie tak dawno przeprosił papieża Franciszka za występ w "Tedzie". Po latach tułaczki ustatkował się, jest wierzący, nosi krzyż na szyi, udziela się w parafii. Ludzie lubią go, tak jak lubili go wcześniej. W czasach kwarantanny bawi się z córką, pozwala, by malowała mu paznokcie na różowo.

Tych dwóch, o których tu piszę, to gotowy scenariusz na film. I dowód na to, że niektórzy zawsze mają z górki. Musieli się spotkać. Byli wręcz sobie przeznaczeni, popchnęły ich do siebie z pewnością wyniki finansowe, które robili swoimi filmami, ale nie tylko. Ci dwaj to emanacja Ameryki. Jeśliby szukać, gdzie leży dzisiaj w Ameryce środek, to trzeba by rozglądać się, gdzie stoją Peter Berg i Mark Wahlberg – kasowy reżyser i kasowy aktor – biali, heteroseksualni mężczyźni, odnoszący się z szacunkiem do służb mundurowych i tradycji, niewstydzący się swojej wiary, uosabiający kulturę macho, ale okazujący słabość, potrafiący zapłakać i się wzruszyć. Tacy jak oni pewnie nie lubią Trumpa, uważają, że wojna w Iraku to zło, ale walczący w niej żołnierze są bohaterami, śmieją się ironicznie, gdy słyszą "gender", socjalizm kojarzy im się z szatanem, nie znoszą bankierów, wspierają lokalne wspólnoty, ale i lokalne kościoły. Do tej pory zrobili razem pięć filmów.

Tych dwóch to gotowy scenariusz na film. I dowód na to, że niektórzy zawsze mają z górki.
Jakub Socha
Zaczęli "Ocalonym", opartą na faktach historią małego oddziału Seals, który w ramach rozpoznania wdziera się po cichu do Afganistanu, żeby unieszkodliwić jednego z przywódców talibów. Na ich drodze staje przypadkowo trzech pasterzy – komandosi kłócą się przez chwilę, co z nimi zrobić, ale w końcu puszczają ich wolno, efektem czego po kilkudziesięciu minutach mają na głowie oddział mudżahedinów. Rozpoczyna się jatka, Amerykanie bronią się dzielnie, trup ściele się gęsto, głośno rozbrzmiewa muzyka napisana przez Explosions in the Sky, (ten sam zespół skomponował motyw przewodni do słynnego serialu Berga "Friday Night Lights", opowiadającego o licealnym zespole futbolu amerykańskiego). Nikt tu nie pyta o obecność Amerykanów w obcym kraju, talibowie funkcjonują tu jak ciemna masa, Berg całą energię poświęca na pokazanie doskonałego wyszkolenia komandosów, ale przede wszystkim łączącej ich braterskiej miłości, która wybija z jednego źródełka, ukrytego w maksymie: "trzeba walczyć do końca". Nagle reżyser robi szpagat i próbuje bezczelnie przełożyć pomost między kodeksem Seals a Pasztunwali, kilkusetletnim kodeksem honorowym Pasztunów, Pasztunów, którzy ostatecznie stają po stronie Amerykanów i przeciwko talibom. Robi się jeszcze bardziej sentymentalnie i jeszcze bardziej patetycznie. Wskazówki zegara cofają się, czas się rozszczepia i zapętla.

Kino Petera Berga, a w szczególności filmy, które nakręcił z Wahlbergiem, kojarzą mi się z VHS-ami. Strzelanki, pościgi, wybuchy, bohaterowie, kąśliwe teksy – wszystko tu jest, i nie jest podszyte żadnym demonem pastiszu czy ironii. Dwa najlepsze filmy Berga, "Dzień patriotów" i "Żywioł. Deepwater Horizon", tak jak "Ocalony", odnoszą się do realnych wydarzeń. Pierwszy – do zamachu bombowego w 2013 roku w trakcie maratonu w Bostonie. Drugi – do eksplozji platformy wiertniczej Deepwater Horizon w 2010 roku. Berg gra w nich z prawdą historyczną, zawsze pamięta, żeby pod koniec zaprezentować zdjęcia prawdziwych uczestników wydarzeń, co niejako ma być poręczeniem jego czystych intencji. Ale o sukcesie obydwu filmów decydują przede wszystkim umiejętność opowiadania Berga – sprawność w łączeniu różnych wątków przy równoczesnym utrzymywaniu napięcia, mieszanie patosu i codzienności w odpowiednich proporcjach. W "Czasie patriotów" zjawia się na przykład szeryf grany przez J.K. Simmonsa, który startuje do terrorystów jak rewolwerowiec z westernu. Wcześniej jednak widzieliśmy go, jak jechał z rana po pączki na śniadanie dla żony, paląc na czczo cygaretkę. Właśnie ta cygaretka, zostawiona na murku przed wejściem do cukierni, robi tę postać. Berg nie jest żadnym geniuszem, po prostu solidnym filmowcem, w wywiadach podkreśla, że nigdy by się nie porównał do Nolana i nigdy nie chciał być drugim Kubrickiem. Zapytany o mistrza, mówi nieśmiało: Michael Mann, choć zaraz dodaje, że daleko mu do niego.

Wahlberg gra w tych dwóch filmach kolejno policjanta i pracownika platformy. Obydwaj mają niewyparzone gęby, mówią zawsze to, co myślą, kochają swoje żony, a w momencie próby pokazują, kim tak naprawdę są. A są bohaterami, takimi z sąsiedztwa. Czasami też mędrcami. Policjant Tommy Saunders tuż przed ostateczną potyczką z terrorystą, siedząc na pace pick-upa, wyjaśnia koledze, o co w tym wszystkim chodzi. Według niego jest to wojna dobra ze złem. Atak szatana, na którą jedyną odpowiedzią może być miłość. Miłość braterska, sąsiedzka, do żony, córki, do krajana. Gdy słucham tego typu bajek, przez sekundę wydaje mi się, że mam mniej lat i świat dookoła wygląda  trochę inaczej. Za chwilę film się skończy, wsiądziemy z wujkiem do jego pick-upa – trzydziestoletniego poloneza – i pojedziemy po nowe kasety. Wśród nich spokojnie mogłoby znaleźć się "Śledztwo Spensera",  najnowszy wspólny film Wahlberga i Berga, nakręcony dla Netflixa – prosta jak drut opowieść o niesubordynowanym i wyszczekanym byłym bostońskim policjancie, który przy pomocy wielkiego mięśniaka i zasuszonego właściciela sali bokserskiej czyści miasto ze sprzedajnych glin i bandytów. Jeden z amerykańskich krytyków napisał, że całość wygląda jak zapomniany artefakt z lat 80. Żeby było jasne, nie jest to żaden diament, tylko trochę bardzo prostej, podbitej nostalgią rozrywki. Łapię się na tym, że w czasie kwarantanny na wiele więcej nie mam ochoty. 
9