KINO: Heatha Ledgera życie po życiu

www.kino.org.pl /
https://www.filmweb.pl/news/KINO%3A+Heatha+Ledgera+%C5%BCycie+po+%C5%BCyciu-46264
Heatha Ledgera życie po życiu

KONRAD J. ZARĘBSKI

"Kiedy umrę, nie zabiorę swoich pieniędzy ze sobą. Ale moje filmy będą  żyły i ludzie będą oceniać, jaki byłem jako człowiek. Chciałbym, aby zawsze uważano mnie za osobnika ciekawego życia".
Heath Ledger w wywiadzie dla "The Daily Telegraph", 2007

Życie ludzkie trwa zazwyczaj od narodzin do śmierci. Bywa jednak inaczej. Życie Heatha Ledgera zaczęło się na dobre 14 lipca 2008 roku, w sześć miesięcy po śmierci aktora, wraz z premierą "Mrocznego rycerza". Ożył jako Joker, przeciwnik Batmana, jedna z czołowych postaci nie tylko kultowego komiksu, ale i filmowego cyklu. Christopher Nolan, reżyser "Mrocznego rycerza", rzucił wyzwanie Timowi Burtonowi, który niemal 20 lat wcześniej rozpoczął serię sześciu - jak dotąd - filmów. Ledger w tym pojedynku ma do odegrania rolę szczególną: mierzy się z legendą samego Jacka Nicholsona. Jeśli wygra w sposób przekonujący, film Nolana okaże się nowym początkiem, a nieżyjący aktor - jedną z najjaśniejszych ikon współczesnej popkultury.

Medialna wrzawa po śmierci Heatha Ledgera, który zmarł 22 stycznia tego roku prawdopodobnie w wyniku przedawkowania środków nasennych, każe się zastanowić, czy ten tragiczny wypadek nie stanie się jednym z kamieni milowych w historii kina. Histeryczne reakcje fanów czy przekazy analizujące dorobek aktora i wyrażające żal po stracie przypominają w jakiś sposób nastroje po odejściu Rudolpha Valentino w 1926 roku czy Jamesa Deana w 1955 roku. Pierwszy stał się symbolem kina niemego i jego pierwszym nieśmiertelnym amantem. Drugi personifikował obyczajową, ba - kulturową przemianę Ameryki połowy lat 50., sprowadzającą się do narodzin generacyjnego fenomenu nastolatków, społecznej świadomości buntu pokoleń i odmiennego niż zapisane w kanonie amerykańskich wartości rozumienia wolności (nie mówiąc już o nowej, budowanej na emocjach technice aktorskiej). A co nowego wniósł w życie swego pokolenia Heath Ledger?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że 23 role filmowe i telewizyjne, jakie pozostawił, to jeszcze zbyt mało, by porównywać go do Deana czy Valentino. Z drugiej jednak strony dorobek Jamesa Deana - jeśli odrzucić spektakle i filmy telewizyjne - zamyka się w trzech tytułach, zaś z twórczości Rudolpha Valentino ocalały raptem dwa czy trzy filmy - reszta to genialne zabiegi marketingowe (po części według pomysłów Poli Negri), mające uratować nie tyle sławę aktora, co pieniądze zainwestowane w produkcję jego ostatniego filmu. Czyżby obawiano się, że marka Batmana nie jest wystarczająco mocna i w kampanii marketingowej "Mrocznego rycerza" trzeba było uciekać się do aż tak ryzykownych chwytów jak próba gloryfikacji aktora, który nie doczekał premiery?

Heath Ledger urodził się 4 kwietnia 1979 roku w australijskim Perth. Jego rodzicie rozstali się, kiedy miał 10 lat. Mniej więcej w tym samym czasie zadebiutował na scenie w szkolnym przedstawieniu jako Piotruś Pan i został mistrzem Australii juniorów w szachach. Ostatecznie zwyciężyło aktorstwo, ale w artystycznych planach Ledgera było sfilmowanie szachowej powieści Waltera Tevisa - to miał być jego reżyserski debiut. Dla aktorstwa pokonał dystans 4 tys. kilometrów dzielący Perth od Sydney, ale nie rozpoczął nawet żadnego kursu dramatycznego. Nie musiał - dostał rolę w serialu "Sweat" (Pot, 1996) o adeptach szkoły mistrzostwa sportowego, którzy walczą o miejsce w kadrze na Igrzyska Olimpijskie w Sydney. Zagrał kolarza, który okazuje się gejem.

Dwa seriale i dwa filmy w Australii wystarczyły, by zainteresowało się nim Hollywood. Jako część australijskiego desantu, do którego należą między innymi Nicole Kidman, Geoffrey Rush, Naomi Watts a nawet Mel Gibson, dostał od razu rolę w "Zakochanej złośnicy" (1999) Gila Jungera. Uwspółcześniona wersja Szekspirowskiego "Poskromienia złośnicy" miała być przede wszystkim popisem młodziutkiej i już cenionej Julii Stiles, ale Heath Ledger okazał się co najmniej równym jej partnerem. Zagrał zbuntowanego nastolatka, który za drobną kwotę zgadza się wrócić do porzuconej nauki, by uwieść dziewczynę, będącą ze względu na swą inteligencję i cięty język postrachem męskiej części szkolnej populacji. Aktor życzliwie przyjęty przez krytykę nagle znalazł się w ślepym zaułku - przez kilka miesięcy proponowano mu role wyłącznie w młodzieżowych komediach. Mimo to awansował do grona obiecujących nowicjuszy - jako syn Mela Gibsona w kostiumowym "Patriocie" (2000) Rolanda Emmericha. Jeszcze przed premierą reporter "Vanity Fair" odnalazł Ledgera w Pradze na planie "Obłędnego rycerza" (2001) Briana Helgelanda. Aktor trafił na okładkę sierpniowego numeru magazynu z 2000 roku. Poza nasyconą erotyzmem sesją zdjęciową opublikowano także wywiad z aktorem i materiał o Ledgerze. Na przykład Emmerich opowiadał o niezwykłym magnetyzmie młodego Australijczyka ("wszystkie kobiety z ekipy błagały, by do roli Gabriela wybrać właśnie jego"), ale też niewątpliwym talencie (potrzebowaliśmy aktora, który nie tylko potrafiłby na planie w jednej chwili zmienić się z chłopca w mężczyznę, ale i dostosować się do wymagań Mela Gibsona). Shekhar Kapur, reżyser planowanej wówczas "Ceny honoru" (2002) twierdził, że Ledger ma coś szczególnego w oczach, a jego seksapil nie polega bynajmniej na urodzie. Sam aktor przedstawiał się jako osobnik nawiedzony: "Dla mnie aktorstwo jest sposobem na wyrażanie samego siebie. Uczę się rzemiosła, poznając siebie. Jestem jak konsola w studiu nagrań - kiedy wchodzę w rolę, przesuwam odpowiednie wskaźniki. Ale żeby mieć pewność, że dobrze wypadnę, muszę się dobrze poznać. Jestem jak instrument, na przykład saksofon. Zawsze byłem gotowy na wiele, by zajrzeć w swoje wnętrze i znaleźć odpowiedzi na moje pytania. Wiem, że to po prostu odrzucę, kiedy czegoś będzie za dużo. Mogę rzucić wszystko, powędrować na Marsa i stamtąd patrzeć na Ziemię".

Rok 2001 był dla Heatha Ledgera rokiem przełomu. Nie tylko dlatego, że przyjmując za "Obłędnego rycerza" honorarium sięgające 3 milionów dolarów wszedł do grona hollywoodzkich milionerów, i nie dlatego, że przepowiednia "Vanity Fair" ("rośnie nam nowy symbol męskiego idola seksu") zaczęła się spełniać. W jednym z wywiadów przyznał, że najważniejszym momentem dojrzałego życia było spotkanie z Billym Bobem Thorntonem na planie "Monster's Ball: Czekając na wyrok" (2001) Marka Forstera. Thornton grał jego ojca, sfrustrowanego strażnika więziennego, niezadowolonego z syna, także strażnika. Kiedy w scenie kłótni dochodzi do rękoczynów, Thornton nie markował ciosów, uderzał naprawdę. Te ciosy były dla Ledgera rodzajem emocjonalnego wyzwolenia. Okazało się, że potrafi doprowadzić doświadczonego partnera do takiej niekontrolowanej reakcji.

Nie wszystkie role okazały się do końca trafione. Szczęśliwie na jego drodze pojawił się Terry Gilliam z propozycją zagrania w "Nieustraszonych braciach Grimm" (2005), filmie z założenia adresowanym do publiczności kin studyjnych. Tym samym nadeszła chwila wyzwolenia od coraz bardziej uwierającego wizerunku blondwłosego lekkoducha - przystojnego może, ale niezbyt mądrego. A potem przeszedł sekwens ról najważniejszych w karierze młodego aktora - "Tajemnica Brokeback Mountain" (2005) Anga Lee, "Candy" (2006) Neila Armfielda, "I'm Not There" (2007) Todda Haynesa, wreszcie "Mroczny rycerz" Nolana.

Kiedy przyjrzeć się tym rolom - kowboja uwikłanego w homoseksualny romans, poety-narkomana wciągającego w nałóg zakochaną w nim kobietę, jednego z wcieleń Boba Dylana czy wreszcie szalonego, nieprzewidywalnego Jokera - artystyczne credo Heatha Ledgera, wyrażone w cytowanym wyżej wywiadzie, nabierze nowego sensu. Nikt już dziś nie uwierzy, że przeciętny widz kinowy zamyka się w ciemnej sali, by w ciszy i skupieniu utożsamiać się z wybraną postacią na ekranie. Współczesny model odbioru dzieła filmowego zmienił się - film wyszedł z kina, oglądany jest najczęściej w domu, na ekranie telewizora, czy przenośnym odtwarzaczu DVD w dowolnie wybranym miejscu i czasie. Ale ciekawość, którą miało od chwili swych narodzin zaspokajać kino, pozostała. Dzisiejsi aktorzy i aktorki nie są już obiektami westchnień widza (choć zapewne jeszcze bywają), ale raczej wysłannikami, mającymi odpowiedzieć na kilka nurtujących go pytań. Choćby na to, na jakie odpowiada w swoim filmie Ang Lee: jak to jest być homoseksualistą w środowisku kowbojów? Wbrew pozorom pytanie wcale nie jest błahe: "Tajemnica Brokeback Mountain" ilustruje wszak to, co przeczytać można w książkach antropologicznych dotyczących nie tylko Dzikiego Zachodu, a w dodatku rzuca światło na obyczajowe przemiany Ameryki ostatnich dekad, nie mówiąc już o wywróceniu do góry nogami stale obecnego w kinie hollywoodzkim mitu męskiej przyjaźni. Przyjmując rolę Ennisa Del Mara, Heath Ledger wziął na siebie ogromną odpowiedzialność: dać przekonujący i wiarygodny obraz bez popadania w skrajności. Każda ze wspomnianych wyżej ról naznaczona jest podobnym poczuciem wiarygodności, każda też wymagała od aktora nie lada wysiłku. Podczas kręcenia "Mrocznego rycerza" i "I'm Not There" Ledger - jak przyznał w jednym z wywiadów - sypiał nie więcej niż dwie-trzy godziny na dobę, po zażyciu coraz mocniejszych środków nasennych. Brak snu zrujnował mu nie tylko zdrowie, ale i zniszczył życie osobiste - w trakcie zdjęć rozstał się z Michelle Williams, matką swojej dwuletniej córki. Czy najwspanialsza nawet kreacja warta jest takiego poświęcenia?

Ale życie po życiu Heatha Ledgera dopiero się rozpoczyna. Szczęśliwie dla fanów jego kreacji w "Mrocznym rycerzu", którzy dziś domagają się od hollywoodzkiej Akademii co najmniej pośmiertnej nominacji do Oscara (jak w przypadku Jamesa Deana), śmierć aktora nastąpiła już po zakończeniu jego pracy na planie. W tym samym czasie pracował z Terry Gilliamem nad filmem "The Imaginarium of Doctor Parnassus", do którego zdjęć nie ukończył. Aby ocalić rozpoczęte dzieło, Gilliam do jego roli zatrudnił trzech innych aktorów, Johnny'ego Deppa, Colina Farrella i Jude'a Lawa. To ciekawe wyzwanie dla całej trójki - jak to jest stać się na chwilę Heathem Ledgerem? - ale i rodzaj środowiskowej nobilitacji zmarłego, nie mniejszej niż pośmiertny Oscar. Dotąd na takie wyróżnienie zasłużył jedynie Peter Finch za "Sieć telewizyjną" (1976) Sidneya Lumeta. Czy po trzydziestu z górą latach Akademia zdecyduje się na podobny gest?

KONRAD J. ZARĘBSKI