Felieton

Chodź, pokażę ci "Coś"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Chod%C5%BA%2C+poka%C5%BC%C4%99+ci+%22Co%C5%9B%22-80534
Od klasycznej "Istoty z innego świata" (1951), poprzez kultowe "Coś" Carpentera (1982) do jego prequela pod tym samym tytułem (2011). Co historia straszenia kosmitą ma wspólnego ze striptizem?

Powiedzenie, że w kinie najstraszniejsze jest to, czego nie widać, stało się banałem, który ciężko przechodzi przez usta. Natomiast samo straszenie niewidzialnym jako zabieg wciąż wychodzi wyśmienicie – co widać tym lepiej, im mniej w pokazywaniu wszelkich cudów ogranicza technologia. Może zresztą banalne jest jedynie powierzchowne rozumienie myśli, która z technologią nie musi mieć nic wspólnego. W filmowym straszeniu, tak samo jak w wodzeniu na pokuszenie, zawsze chodzi o moment "przed", o to, co się jeszcze nie stało. Gdyby było inaczej, finałowe sceny horrorów rozgrywałyby się na skąpanych w słońcu karaibskich plażach, a pokazywane byłyby na podzielonym ekranie – by można było uchwycić wszystkie szczegóły masakry.

 

Wieloletni redaktor "Astounding Science Fiction" – John W. Campbell Jr, którego Isaac Asimov nazwał "Najpotężniejszą siłą, jaka pojawiła się kiedykolwiek w science fiction" – ma filmografię wyjątkowo skromną. Poza jednym odcinkiem telewizyjnej serii  "Tales of Tomorrow" składają się na nią trzy podejścia do jego klasycznego opowiadania "Who goes there?". Jedno opowiadanie, trzy filmy i trzy epoki, bo każdą z adaptacji dzielą od poprzedniej niemal dokładnie trzy dekady. Od klasycznej "Istoty z innego świata" (1951), poprzez kultowe "Coś" Carpentera (1982), do jego tegorocznego prequela pod tym samym tytułem. Od tekturowych dekoracji, poprzez animatronikę do CGI.

Akcja filmu Matthijsa van Heijningena Jr. dzieje się co prawda bezpośrednio przed wydarzeniami z filmu z Carpentera, ale jest to w zasadzie kolejne opowiedzenie tej samej historii: naukowcy na biegunie natrafiają na obcą formę życia, która potrafi imitować dowolny organizm. Obcy wkrada się pomiędzy nich, siejąc podejrzliwość – nie wiadomo który z towarzyszy jest wciąż człowiekiem, a który już tylko podróbką "made in outer space", która czeka na dogodny moment, by wypruć flaki ludziom. Pod względem tego, "czego nie widać", te trzy adaptacje oglądane w kolejności powstawania charakteryzują się logiką striptizu. Zaczyna się od brudnych słówek.

POWIEM CI, CO CI ZROBIĘ

W klasyku Howarda Hawksa i Christiana Nyby’ego element sci-fi pojawia się nie tylko z "innego świata", ale nawet jakby z innego filmu. Delikatne przeróbki montażowe mogłyby zamienić "Istotę z innego świata" w klasyczny noir. Film stoi przede wszystkim klimatem i fantastycznymi dialogami – jak w klasycznej tragedii – najbardziej drastyczne wydarzenia są jedynie relacjonowane przez postaci, które właśnie widziały je gdzieś poza kadrem. Trudno powiedzieć, żeby to, "czego nie widać", siało w tym przypadku przerażenie. Ale problemem nie jest brak sceny, w której obcy widowiskowo wyrzynałby ludzi. Co prawda pada tu niezniszczalne zdanie, że "nie można ufać nikomu", ale granica między "obcym" a "naszym" jest tu ciągle wyraźna. Wroga widać gołym okiem – kiedy wkracza na scenę zdarzeń, robi to z dyskrecją monstrum Frankensteina.


Znajdzie się tu głupiec, który w imię nauki zaryzykuje życie kolegów, ale nie jest źle, dopóki można ufać sobie nawzajem i swojemu widzeniu świata. Naukowcy na bieżąco tłumaczą przystępnie, na czym polega specyfika obcego życia, stosując obrazową metaforę inteligentnego warzywa. W szczęśliwym finale nie wyglądają, jakby coś zachwiało ich postrzeganiem świata, a ton ironicznych i dowcipnych dialogów nie zmienia się nawet odrobinę po zderzeniu z obcą cywilizacją. A w typowym dla epoki przesłaniu ("Patrzcie w niebo, patrzcie uważnie!") pobrzmiewa zarówno strach, jak i nadzieja.

ZSUNIĘTE RAMIĄCZKO

Kultowy film Carpentera, który najwięcej zawdzięcza oryginalnemu opowiadaniu, zdejmuje już z siebie to i owo. Tutaj nikt nie próbuje zagadać obcego na śmierć – widać sporo, choć nie zawsze można się domyślić pełnego kształtu zagrożenia. Na użytek filmu stworzono kilka efektów opartych na poklatkowej animacji, odrzuconej zresztą przez reżysera. Na pokładzie był jednak Rob Bottin i jego animatroniczne zabawki, które do dziś robią odpowiednie wrażenie. Bottin zaczął karierę jako nastolatek i od tego czasu wpisał się na listę płac m.in. "RoboCopa", "Pamięci absolutnej" czy "Podziemnego kręgu". A że specjalizuje się nie tylko w maszynach, ale też w charakteryzacji, wie, jak dokonać wyboru między tym, co pokazać, a co ukryć w ciemności.

 
"Coś" (1982)

Mrok jest przyjacielem grozy, ale siła filmu Carpentera nie tkwi w tym, że na planie starannie pochowano w cieniu kable. "To, czego nie widać" ukrywa się nie tylko w mroku i biegunowej bieli. Zło jest niewidzialne, ponieważ znalazło sobie doskonałą kryjówkę w ludziach. Tych, którzy zostali przejęci przez zabójczego kosmitę, i tych, którzy są gotowi zabijać, jeśli tylko do ich głowy wkradnie się podejrzenie, że ktoś inny został przejęty. U Carpentera zakażeni są bowiem wszyscy: jak nie obcymi komórkami, to równie niebezpiecznym strachem.

TOPLESS

Pierwsze sceny filmu Carpentera są zarazem finałowymi scenami tegorocznego prequela. Filmy dokładnie się zazębiają i choć sam splot wydaje się zrobiony trochę na siłę, to podczas podwójnego seansu efekt jest imponujący. Akcja filmu van Heijningena dzieje się w norweskim obozie, którego zgliszcza odwiedzali bohaterowie Carpentera. Szkic tragedii, której domyślać się musieli zarówno oni, jak i widzowie filmu z 1982 roku, doczekał się wypełnienia i wykończenia. Można rozpoznać poszczególne pokoje, rekwizyty i postaci.

Ale im lepiej "Coś" Anno Domini 2011 rozwiązuje rebusy zawarte w "Coś" Anno Domini 1982, tym jakoś mniej strasznie. Groza w filmie Carpentera opierała się na tym, czego widz nie widział i nie wiedział. Jej częścią była m.in. nieopowiedziana historia obozu norweskiego. Jak badacze natknęli się na obcego? Jak ginęli ludzie, których ciała zastygnięte w dziwacznych pozach odnajdywali bohaterowie? Film zaczynał się w środku, urywał bez rozwiązania i do końca nie było wiadomo, który z bohaterów był tylko przerażonym człowiekiem, a który już kosmiczną marionetką. Kiedy van Heijningen udziela po kolei odpowiedzi, jest prawie tak, jakby z filmu z 1951 roku wyszedł pan doktor i wyjaśnił dokładnie, co i dlaczego się właściwie zdarzyło. A horror sci-fi zamienia się w sprawną mordobitkę.

 
"Coś" (2011)

***
Sukcesy "Blair Witch Project" czy "Paranormal Activity" systematycznie przypominają o skuteczności straszenia ludzi tym, czego sami domyślą się w ciemności (nawet jeśli najstraszniejszą rzeczą, która się tam ukrywa, jest niski budżet filmu). Tradycja ukrywania niedoskonałości ma długą historię nie tylko w kinie. Bez mgły, która spowijała głównego bohatera "Silent Hill", gracz widziałby, jak miejsce akcji "dorysowuje się" przed nim na bieżąco. Mgła nie tylko odwracała uwagę od ograniczeń małej pamięci operacyjnej, ale budowała niepewność każdego kroku, "generując" w głowie gracza to, czego nie potrafiła wygenerować konsola. Kosmiczne "Coś" w cyfrowej formie przestaje niepokoić, tak jak niepokoiło animatroniczne "zabójcze spaghetti" Bottina, bo wroga można teraz obejrzeć ze wszystkich stron, "zaprzyjaźnić się" z jego kształtem i dynamiką. Ale nie chodzi tylko o to.

Prequel dorabia do zaczynającego się od środka filmu Carpentera początek, tak jak gra "The Thing" (2002) dorabiała ciąg dalszy do jego otwartego zakończenia. A przedłużony z przodu i z tyłu zaczyna przypominać poukładany klasyk z 1951. Z obcym co prawda nadal nie można się porozumieć, ale gdy pokazuje się skąd i dokąd idzie, staje się trochę jakby mniej obcy, a bardziej nasz. I trochę mniej straszny.
Udostępnij: