Artykuł

Najlepsze i najgorsze adaptacje "Harry'ego Pottera"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Najlepsze+i+najgorsze+adaptacje+%22Harry%27ego+Pottera%22-67349
Harry Potter i ślepy zaułek popkultury

Nie, nie, nie… to nie jest tytuł kolejnej części przygód najsłynniejszego czarodzieja, ale próba postawienia tezy, niezbyt może oryginalnej, ale dobrze streszczającej drogę popkulturowej produkcji (tak filmowej, jak i literackiej); tezy głoszącej, że J.K. Rowling umocniła reguły rządzące masową wyobraźnią, jednocześnie nie pozwalając swoim filmowym adaptatorom zmienić oblicza kina popularnego. Formuła ta – lapidarnie, więc niedoskonale – opisuje sytuację, która jeszcze przed premierą ostatniej części filmu pozwalała stwierdzić, że będzie ona taka sama jak wszystkie poprzednie: przydługa, patetyczna i – ostatecznie – banalna w przesłaniu.


Wielbiciele serii różnią się między sobą; tak pod względem oceny kolejnych części powieściowych, jak i analogicznych do nich adaptacji filmowych. W przypadku ekranizacji kryteria oceny najczęściej kształtowane są przez wierność względem pierwowzoru – wierność literackiej fabule, traktowanej jako swoisty tekst święty, w oczywisty sposób niemożliwy do ocalenia w całości. Ocenie poddawane zatem są skróty, których dokonują scenarzyści; oburzenie wzbudza często zaniechanie wątków czy zagubienie postaci drugiego planu, które zdążyły zaskarbić sobie serca czytelników. Ci, którzy z nadzieją oczekiwali ziszczenia ich ulubionych scen na srebrnym ekranie, często wychodzili z kina rozżaleni, gdyż realizatorzy decydowali się na odesłanie ich faworytów do filmowego niebytu. Nie wątpię, że niejednej osobie jawiła się w głowie scena analogiczna do sądu nad cenzorem z "Ucieczki z kina "Wolność" Wojciecha Marczewskiego, w której postaci usunięte z ciętych przez głównego bohatera filmów zmuszają go do stawienia czoła konsekwencjom jego dawnych interwencji w ukończone dzieła. Można powiedzieć, że estetyczny egzystencjalizm Marczewskiego opierał się o system wartości donioślejszych, że stanowi składową istotnego rachunku sumienia zamykającego konkretną epokę polskiej kultury; sama idea podobnego sądu nie jest jednak od rzeczy w odniesieniu do serii o Potterze, gdyż pokazuje kłopotliwość przyległości filmowego medium do literackiego materiału w planie treści i efekt rozczarowania, wynikający z braku szans na ekranizację doskonałą.

Cenzor PRL-owski ciął wszystko, co jawnie i półjawnie godziło w panujący porządek ustrojowy i ideowy państwa. Wewnętrzni "cenzorzy" kolejnych scenarzystów (przede wszystkim zaś odpowiedzialnego za dylogię Insygniów śmierci Steve’a Klovesa) usuwali wszystko to, co nie miało pierwszorzędnego (ich zdaniem) znaczenia dla rozwoju głównej akcji odcinka. Inny to kaliber wykroczenia, choć dotkliwiej niewątpliwie odczuwany przez współczesnych fanów serii o młodym czarodzieju. O ile grany przez Janusza Gajosa bohater skazywał na nieistnienie wątki i postaci, których niebyt był właściwie ostateczny – nikt nigdy się o nich nie dowiedział, o tyle entuzjaści "hogwarckich opowieści" odczuwają stratę, gdyż wiedzą, że coś stracili. Nieobecność ich ulubieńca bądź ulubienicy na ekranie, rezygnacja z realizacji tej czy innej ulubionej sceny odbiera im przywilej fizycznej, namacalnej obecności, tym samym w epoce wizualnej faktycznie ich uśmierca.      

               
Swego czasu, odbywając praktyki pedagogiczne w szkole, zebrałem się w sobie, by dla grupy określającej się jako lokalni "potteromaniacy" przełożyć fragmenty nieogłoszonej wówczas jeszcze po polsku piątej części sagi. Pamiętam moje zdziwienie, gdy okazało się, że pewna część dzieciaków nie zna przygód bohaterów z "Więźnia Azkabanu" i z "Czary ognia" (dostępnych już wówczas w przekładzie) – z tego powodu, że ich ekranizacje jeszcze nie powstały. Uświadomiłem sobie wtedy, że Harry literacki ustąpił miejsca filmowemu w momencie nakręcenia pierwszej części filmowego cyklu i że Daniel Radcliffe użyczył twarzy jedynemu Harry'emu Potterowi, jaki przez znaczny czas będzie zamieszkiwał zbiorową wyobraźnię. Intrygujący był też kierunek, jaki obrała ciekawość dzieci, zainteresowanych głównie potworami, które zobaczą w następnej części. Podążał on bowiem tropem założeń producentów, którzy zdecydowali się uczynić z filmowej sagi o Harrym Potterze konkurs scenografii i komputerowej animacji, co oczywiście nie dziwi i współbrzmi z projektami większości superprodukcji, ale pokazuje też, jak nieodwołalnie ukierunkowana zostaje wyobraźnia tych, którzy obcując z nurtem fantasy (w kinie czy literaturze), powinni raczej sami szukać rozwiązań wizualnych w oparciu o literacką fabułę niż wyczekiwać niewolniczo rozstrzygnięć filmowych scenografów i animatorów. To podporządkowanie się wyobraźni widza wyobraźni twórców filmowego widowiska w przypadku serii o Potterze jest tym łatwiejsze, że znaczna część czytelników, która sięgnęła po powieści już w tym stuleciu, czyniła to po uprzednim obejrzeniu którejś z części filmowego cyklu lub po chociażby przelotnym kontakcie z twarzami filmowych gwiazd, które w czasie premiery któregoś z odcinków zalewały jej czy jego miasto swą obecnością na plakatach i gadżetach dołączanych do lunchowej przekąski. Czytając, wchodzili zatem w świat przez kogoś już namalowany, wolny od konieczności samodzielnej pracy fantazji…


To poddaństwo myśli ma swoje konsekwencje w emocjonalnej drodze zawiązywania więzi przez większość fanów, którzy nie widzą różnicy między aktorem a odgrywaną przezeń postacią, i tych, dla których zacierają się granice między rzeczywistym światem a magicznymi przestrzeniami wykreowanymi przez Rowling (dookreślonymi potem przez filmowców). Znamienne historie o mężczyźnie, który zmienił nazwisko na Lucius Malfoy i zaproponował Tomowi Faltonowi (który w filmach wciela się w Dracona Malfoya), że go zaadoptuje, czy ta o innym chorobliwie wyczekującym na osiemnaste urodziny Emmy Watson (filmowej Hermione), by umówić się z nią na "randkę", pokazują, jak daleko może posunąć się tak ukierunkowana fantazja, fantazja osadzona w przestrzeni fetyszu, kolekcji około czarodziejskich utensyliów i filmowych gadżetów.

Ekstremalne przypadki reakcji na serię filmową stanowią niewątpliwie pokłosie szerokiej recepcji cyklu ekranizacji. "Upupiają" one odbiorców na strategicznie zaplanowanym widowisku wywiedzionym z najlepszych reguł "wolnej amerykanki": ma być widowiskowo, nie musi być sensownie. Wraz z tym założeniem pryska szansa na przekonującą opowieść o dojrzewaniu do świata pełnego zła, a i dickensowski paradygmat wiary w moc samostanowienia i niegasnącej nadziei na lepsze jutro coraz bardziej się zaciera. Morały wpisane przez Rowling w jej powieściowy świat są na tyle proste, że trudno je oczywiście zupełnie zgubić, jednak ważne wątki kulturowe obecne w tych historiach: o wykluczeniu, braku akceptacji, potrzebie autorytetu, poszukiwaniu emocjonalnej bliskości, rozpoznawaniu własnej odpowiedzialności za świat, w którym się żyje, schodzą na dalszy plan w imię powielania klisz fabularnych i inscenizacyjnych znanych z filmów o nastolatkach i/lub innych widowiskowych narracji o walce z takim czy innym "złym" zagrażającym porządkowi świata. I o ile Rowling w nie mniejszym stopniu korzystała z wzorców wypracowanych przez poprzedzających ją klasyków literatury młodzieżowej i fantasy, to nie da się zaprzeczyć, że siłą stworzonego przez nią świata jest barwna kolekcja postaci drugiego i trzeciego planu, bohaterów budzących sympatię i miejscami intrygujących nawet co bardziej sceptycznych czytelników. Co z tego jednak, jeśli większość z tych smacznych kąsków w filmach nie wybrzmiewa – na skutek realizatorskiego braku inwencji, uległości względem "wymogów rynku" czy też ekonomii czasu ekranowego.


Alfonso Cuarón w najciekawszej stylistycznie z filmowych ekranizacji (po dwóch "grzecznych" filmach Chrisa Columbusa) próbował rozpocząć poszukiwania rozstrzygnięć adaptacyjnych umożliwiających przemycenie możliwie wielu aspektów czarodziejskiego dojrzewania na ekran, zachowując przy tym konwencję filmu bądź co bądź przede wszystkim przygodowego. Powstała spójna i atrakcyjna wizualnie część z silnym piętnem autorskim adaptatora, która otwierała drogę kolejnym poszukiwaniom dla następców Cuaróna. I te próby miały miejsce, ja przynajmniej dostrzegam je w "Czarze ognia" Mike’a Newella i "Księciu półkrwi" Davida Yatesa. Ten ostatni, odsądzany od czci i wiary przez znakomitą część "fanowskiego zakonu", jako doświadczony brytyjski producent wydawał się zapewne z perspektywy decydentów Warnera dobrym kandydatem do przejęcia schedy po Cuarónie i Newellu i nadania ostatnim częściom cyklu spójnej formuły. A spójność w hollywoodzkim światku jest istotna, ułatwia promocję, budowanie systemu nawiązań, sprawdza się przy kompletnych zestawach DVD. Przeciętny "Zakon Feniksa" dał chyba Yatesowi poczucie, w którą stronę chce iść. To, że "Książę półkrwi" nie do końca spełnił oczekiwania znacznej części entuzjastów Pottera, wynika w zasadniczej mierze, myślę, z faktu, że ta (najlepsza w moim odczuciu) książkowa część serii nie pozwalała dobrze przełożyć się na język kina akcji. Stąd żmudne fragmenty, słusznie rozpoznawane jako dłużyzny w kinie, które nie powinno rościć sobie pretensji do bycia studium psychologicznym, a zachwycać feerią fajerwerków, w których blasku ujawniają się prawdziwe oblicza i intencje znanych (pozornie) dobrze postaci. Scenarzystę-weterana Potterowej serii, Steve’a Klovesa, zgubiła nieznośna konieczność kompromisu między "świętym tekstem" Rowling, a tym, co potrafi znieść widz niekoniecznie zaangażowany w niezwykły świat czarodziejów i czarodziejek z Hogwartu. I dlatego kapitalna – tytułowa wszak w tej części – postać, jaką jest Severus Snape, umyka w "Księciu półkrwi" uwadze widza, nie zostawiając nawet cienia tego wrażenia tajemnicy, jaką zostawia po sobie nauczyciel obrony przed czarną magią, gdy znika w mroku wraz ze Zjadaczami Śmierci po zamordowaniu Albusa Dumbledore’a na kartach powieści Rowling.


Czy można było inaczej rozstrzygnąć scenopisarskie wątpliwości? I tak, i nie. W świecie magicznej fantazji, w której nie rządziłaby twarda ręka rynku i prosta potrzeba większości widzów, by w filmie ubrać w obrazki to, co wcześniej w zaciszu domowym z wypiekami wyczytali, można by wszak pokusić się o przebudowę książkowego świata w kierunku bardziej swobodnych podróży przez magiczną krainę Rowling, o kondensację chociażby żmudnej kampingowej wędrówki w poszukiwaniu Horcruxów w "Insygniach śmierci" (która ma szansę, swoją drogą, być bardzo wierna duchowi powieści – nudna i żmudna dla czytelnika, takąż będzie najpewniej również dla widza ekranizacji). Kompozycyjna reguła roku szkolnego, do przetrawienia jeszcze w powieściach (choć od piątej części coraz mniej przekonująca), w filmie jeszcze szybciej przestaje się sprawdzać. Ale żeby naruszyć tego rodzaju formułę czasoprzestrzenną trzeba by pewnej dozy odwagi i (nieco) fantazji. Gdyby podjęto ryzyko powierzenia realizacji takim wizjonerom-ironistom jak Terry Gilliam czy Tim Burton mogłoby powstać coś więcej niż blockbusterowa ekranizacja popularnej książki. Mogłaby, ale – i to chyba jest w tym wszystkim najsmutniejsze – nie musiałaby.

Z drugim z zaproponowanych przeze mnie "odważnych" nazwisk autorów współczesnego kina dochodzimy bowiem do momentu, w którym odpowiedź "nie" wydaje się zasadniczo bardziej prawdopodobna. Wszyscy widzowie, którzy wybrali się na Burtonowską "Alicję w krainie czarów", wiedzą, wierzę, do czego zmierzam. Z najnowszej ekranizacji Carollowskiej prozy wychodziłem swego czasu, myśląc o Harrym Potterze właśnie i o tym, w jaki sposób formuła spopularyzowanej powieści rozwojowej upowszechniona przez serię o młodym czarodzieju umocniła konwencję, do której ugina się nawet niepokorny Burton, adaptując jeden z bardziej fascynujących tekstów literackich adresowanych tak do młodego, jak i dorosłego czytelnika. Alicja Burtona, która rzekomo wybiera to, czego sama chce, w istocie niczego nie wybiera. I jest jak Harry, tyle że w błękitno-białej spódniczce: smutną ofiarą filmowej konwencji i popłuczyn po idei "amerykańskiego snu" zmieszanych w popkulturowej papce przesłodzonej naiwności.


Gdy dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, butny Luke Skywalker, wbrew zaleceniu mistrza Yody, opuszczał planetę Dagobah, obserwujący odlot duch Obi-Wana ze smutkiem konstatował ryzyko, na jakie naraża się ich "ostatnia nadzieja". Yoda zripostował wówczas pamiętna frazą: "nie, jest jeszcze jedna". Minęły cztery dekady i dla filmowego Harry’ego nie ma żadnej alternatywy. Dlatego też w starciu z przemysłem filmowym dostosowanym do potrzeb przeciętnego widza czarodziej Rowling nie miał żadnych szans. Przez cały czas pozostawał bowiem Harrym Potterem – "chłopcem, który przeżył", chłopcem przeznaczonym do wielkości. Moje oskarżenie w sądzie nad scenarzystami-cenzorami skierowane jest głownie przeciw Michaelowi Goldenbergowi za wycięcie z piątej części podbudowującego całą tę powieść w kapitalny sposób zwątpienia: czy to Harry Potter jest tym, który pokona Voldemorta, czy może raczej chodzi o Neville’a Longbottoma, do którego proroctwo (jak to proroctwo – nieprecyzyjne) pasuje również dość dobrze. Zwątpienie to odbija się echem w głowie Harry’ego jeszcze w "Księciu półkrwi" Rowling, ale w uniwersum plakatowych herosów filmowego światka taka niepewność wydawać się musiała zbyt dużą niestosownością. Ostatecznie lepiej pozostawać w jednoznacznym świecie; i takim też jest skąpany w srebrno-niebieskim świetle Hogwart, położony ze swymi przyległościami w dosłownym i pozbawionym ironii uniwersum współczesnego kina komercyjnego.


Mając kredyt zaufania milionów potencjalnych widzów, oczarowanych prozą Rowling i zdecydowanych obejrzeć wszystko, co nawiązywałoby do ich ulubionego bohatera, twórcy filmowej serii mieli komfort, jakiego każdy inny dostarczyciel rozrywki o ambicjach wizjonerskich mógł im pozazdrościć. I nie skorzystali zeń, decydując się na szereg kompromisów i filmowy zakalec, który właściwie nikogo nie zadowala. Dziś można  stwierdzić z całą pewnością, że Harry namaszczony na jedynego bohatera snutej przez tyle lat historii nie stał się "nową nadzieją" kina popularnego. Gdzieś na początku tej opowieści, na wysokości Banku Gringotta, źle skręcił z ulicy Pokątnej i teraz z goblinami-maklerami liczy kasę z wpływów za kapitalnie dochodową serię różdżek, w których zamiast piór feniksa (w końcu rzadkich i drogich) wepchnięto pofarbowane kurze pierze. Bo skoro sprzedaje się tak samo, to po co przepłacać?   
    
       ***               

Marcin Jauksz - literaturoznawca i filmoznawca, obronił rozprawę doktorską "Krytyka dziewiętnastowiecznego rozumu. Źródła i konteksty Pałuby Karola Irzykowskiego", prelegent poznańskich klubów filmowych, publikował m.in. w "Lampie", "Podtekstach" i "Polonistyce". 
Udostępnij: