Artykuł

PLANETE DOC: Będzie głośno!

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/PLANETE+DOC%3A+B%C4%99dzie+g%C5%82o%C5%9Bno-73242
Dokumenty muzyczne to prężnie rozwijający się gatunek kina faktu, posiadający wiele odmian – od filmu koncertowego, po miejską symfonię. Jego sojusznikiem jest kultura popularna.

Muzyka w filmie zawsze pozostaje na drugim planie, wynika to z samej natury kina. Proporcje zmieniają się dopiero w przypadku filmu muzycznego to ponadgatunkowe i ponadrodzajowe określenie obejmuje dzieła, w których to właśnie muzyka dominuje nad innymi elementami świata przedstawionego. Najpopularniejszym gatunkiem filmu muzycznego jest oczywiście musical, ale niejako w kontrze do jego jawnej kreacyjności plasuje się dokument muzyczny. Tu rytm połączony zostaje z realizmem, a muzyka nie tylko wybrzmiewa zza kadru, ale można jej doświadczyć także poprzez obrazy – spojrzeć w twarze artystów, podziwiać plastyczne kształty instrumentów muzycznych, obserwować wpływ, jaki dźwięk wywiera na ludzi. Nawet jeśli fabuła dokumentów muzycznych bywa nużąca, albo (zdarza się tak często) sztampowa, fani brzmień danego artysty i tak będą zachwyceni, tak jak w przypadku kasowego dokumentu "Justin Bieber: Never say never", który wszedł na ekrany na fali zmasowanej Bieberomanii.

WIĘCEJ CZADU

Regularnie dostarczane przez amerykański przemysł filmowy biograficzne fabuły o muzykach w stylu "Spaceru po linie" Jamesa Mangolda czy "Raya" Taylora Hackforda spowodowały inwazję biografii zrealizowanych metodą dokumentalną, które (co zawsze w przypadku dokumentu cieszy) w wielu krajach znajdują dystrybutorów kinowych. Tak było nawet w przypadku dzieł niespecjalnie udanych: nazbyt hagiograficznego "George Michael: inna historia" Southana Morrisa czy nieznośnie poetyckiego "Patti Smith – sen życia" Stevena Sebringa. Tak dzieje się też przy okazji premier kolejnych filmów Juliena Temple’a mistrza gatunku, który debiutował w roku 1979 głośnym mockumentary o Sex Pistols "The Great Rock 'n' Roll Swindle", a w latach kolejnych zrealizował wiele wideoklipów ("Do You Really Want To Hurt Me" Culture Club), biografii muzycznych (pokazywana i w Polsce sylwetka lidera The Clash w "Joe Strummer – niepisana przyszłość"), a także zapisów oper i koncertów, jak chociażby nagrany w 1991 roku występ Rolling Stonesów w filmie "Stones at the Max". Koncerty Stonesów zawsze zresztą były bardzo fotogeniczne – filmowano je od późnych lat 60., kiedy zaczęła się złota era rockumentary. Wtedy nakręcono "Gimme Shelter", dokumentujący krwawo zakończony koncert w Altamont z 1969 roku, czy "Cocksucker Blues" opisujący trasę trzy lata późniejszą. W tradycję tę wpisał się niedawno sam Martin Scorsese, realizując "Rolling Stones w blasku świateł" – zapis koncertu Stonesów w nowojorskim Bacon Theatre w 2006 roku.

Filmy koncertowe zajmują specjalne miejsce wśród dokumentów muzycznych ze względu na purytańską wręcz nieingerencję reżysera w sceniczny świat, gdzie dominuje artysta. Tak skromna rola wydawać by się mogła mało interesująca dla wielkich reżyserów, a jednak do ich realizacji brał się nie tylko Scorsese, ale też Wenders (ostatnio rejestrując spektakl teatru tańca Piny Bausch w "Pinie") czy Jonathan Demme, którego "Stop Making Sense" (zapis koncertu legendarnej grupy Talking Heads w Hollywood Pantages Theatre w 1983 roku) przeszło do klasyki filmów koncertowych. Przeżywają one dziś zresztą renesans   multipleksy w całym kraju organizują pokazy koncertów, a nawet oper na dużych ekranach swoich przybytków, a  dodatkowe walory zyskują one dzięki wykorzystaniu technologii 3D. Efekty można było oglądać w Imaksach chociażby przy okazji "U2 3D" wielkiego show irlandzkich muzyków, zmontowanego z siedmiu stadionowych występów w Ameryce Południowej pozwalającego niemalże dotknąć Bono czy poczuć zaduch tłumu. Dokumentacje występów scenicznych pojawiają się także w kinie z większymi ambicjami. W rewelacyjnym "9 Songs" Michaela Winterbottoma para bohaterów, prócz oddawania się łóżkowym akrobacjom, namiętnie chadza na (rejestrowane metodą dokumentalną) koncerty brytyjskich kapel indie-rockowych. Popularność filmów koncertowych sprawia, że nawet festiwale muzyczne, będące dziś prężnymi przedsiębiorstwami, próbują się dzięki nim promować. W "Glastonbury" (2006) legendarny brytyjski festiwal dostał swój portret autorstwa Juliena Temple’a, a do realizacji filmu "All Tomorrow's Parties" organizatorzy tytułowego festiwalu, odbywającego się bez sponsorów i podziału na artystów, publiczność i vipów, skłonili twórcę głośnego "Tarnation", Jonathana Caouette’a.

Z polskich dokumentów muzycznych wart przypomnienia jest chociażby bardzo udany "Czuję się świetnie" (1983), traktujący o fenomenie Maanamu, będącego w polskiej szarudze lat 80. wentylem bezpieczeństwa dla wszystkich umęczonych i zniechęconych panującą po stanie wojennym smutą. Film Waldemara Szarka ukazywał nie tylko narodziny gwiazdy, jaką podówczas była Kora, ale też przyglądał się polskiej subkulturze fanowskiej, szukającej ucieczki od dominującego dyskursu politycznego. W szerszym kontekście społecznym o czasach tych opowiadał z kolei zrealizowany w zeszłym roku na zamówienie Instytutu Adama Mickiewicza film "Beats of Freedom – zew wolności" Wojciecha Słoty i Leszka Gnoińskiego. Jako że było to dzieło z założenia "na eksport", trochę łopatologicznie wyjaśniało, skąd wziął się rodzimy gniew, polski punk i cały ten Jarocin.

 


PORTRETY MUZYCZNE


Za pomocą muzyki można opisać postaci, miejsca, ale także poddać wiwisekcji kulturę, w ramach której została wytworzona. Coś takiego miało miejsce w pokazywanej dwa lata temu na Planete Doc Review "Kulturze remixu", której bohaterem był Gregg Michael Gillis, inżynier biomedyczny, szerzej znany jako Girl Talk, klejący swoje kawałki z krótkich fragmentów utworów innych artystów. Film Bretta Taylora nie był wyłącznie portetem artysty, ale dowodził, że bitwa o prawa autorskie i ściąganie muzyki z sieci to prawdziwa wojna o przyszły kształt kultury. Ten pean na cześć mash-upów i praw creative commons przekonywał, że prawa autorskie i patentowe hamują nie tylko wolny dostęp do kultury, ale także rozwój medycyny i sprawiedliwego handlu, a obecna sytuacja na rynku muzycznym najbardziej służy wielkim korporacjom, zdecydowanie mniej artystom, a najmniej zwykłym słuchaczom. "Kultura remiksu" uczyła, że technika daje, ale także odbiera kolejne sposoby dystrybucji muzyki (radio, winyle, CD) przyniosły możliwość odcinania kuponów od dawnych sukcesów i doprowadziły do hegemonii wielkich koncernów. Nie było tak jednak zawsze i pojawienie się Internetu zmieniło perspektywy finansowania muzyków.
 
 

Podczas tegorocznej edycji Planete Doc Film Festival pokazany zostanie "Thunder Soul", wracający do czasów, kiedy obowiązującym nośnikiem była płyta winylowa. Film opowiada o szkolnej kapeli z Houston Kashmere High School Stage Band, która w latach 70. podbijała nie tylko Stany, ale i koncertowała w Europie, Japonii i Ameryce Południowej, a czarne krążki z ich nagraniami do dziś są rarytasem. Film Marka Landsmana składa hołd nie tylko uznawanej za najlepszą szkolną kapelę wszechczasów grupie, ale całej muzyce funk i czarnemu przewrotowi, który dokonał się w Stanach po zamordowaniu Martina Luthera Kinga. Twórca grupy Conrad Johnson, nazywany przez swoich uczniów "Prof" – wyposażył swoich ubogich, czarnoskórych wychowanków nie tylko w umiejętności muzyczne, ale  przede wszystkim zaszczepił w nich wiarę, że muzyka potrafi zasypywać granice i tworzyć prawdziwe szanse rozwojowe oraz siłę, by tę wiarę wyznawać. "Thunder Soul" nie jest zwykłą rejestracją zdarzeń mocno ingeruje w rzeczywistość, bo pod wpływem realizacji filmu grupa po 30 latach zjednoczyła się i znów koncertuje.


Na tym samym festiwalu zobaczyć będzie można też inny dokument muzyczny "LennoNYC" Michaela Epsteina. Akcja filmu rozpoczyna się już po rozpadzie The Beatles, kiedy po zaszczuciu Yoko Ono przez brytyjskie media John Lennon postanawia opuścić Anglię i zamieszkać z żoną w Nowym Jorku. Tam, zgłaszając akces do antywojennej frakcji walczącej z prezydentem Richardem Nixonem, para naraża się na rozmaite problemy, w tym z legalizacją pobytu Johna w USA. To nie jednak kwestie polityczne są na głównym planie dwugodzinny dokument ogląda się z zapartym tchem głównie jako historię miłosnych wzlotów i upadków Johna i Yoko. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, para rozstaje się przez reelekcję Richarda Nixona, a połączy ich na nowo… koncert Eltona Johna. Film pokazuje w interesujący sposób, jak temperatura ich związku wpływała na muzykę Lennona, ale też kładzie nacisk na miejsce, w którym przyszło im żyć – Nowy Jork lat 70. Doświadczenie miejskie jest zresztą jednym z ulubionych tematów tak muzyków, jak filmowców.
 
MIEJSKIE GRANIE

Symfonia miejska narodziła się na gruncie awangardowych poszukiwań lat 20., kiedy badano podobieństwa między językiem ruchomych obrazów i innych sztuk, w szczególności utworem muzycznym. Do klasyki gatunku, który, jak pisał Mirosław Przylipiak, łączy fascynację życiem wielkomiejskim z ideałami muzyki wizualnej, "czystej formy" filmowej przejawiającej się rytmem i plastyczną organizacją materiału, przeszły "Berlin – Symfonia wielkiego miasta" Waltera Ruttmana (1927), "Mijają godziny" Alberto Cavalcantiego i "Człowiek z kamerą" (1929) Dżigi Wiertowa. Tradycja ta do dziś jest żywo kontynuowana na gruncie wideoklipu oraz kina eksperymentalnego (widać to u reżyserów takich jak Godfrey Reggio czy Bill Morrison), ale wizerunki miasta stworzone przez klasycznych twórców symfonii miejskich przedostały się także do innych krwiobiegów kina.

  

Do tradycji tej konsekwentnie nawiązuje Wim Wenders, w którego filmach kamera nie podąża wiernie za bohaterami i potrafi ich zostawić, by przyglądać się zurbanizowanemu środowisku współczesnego człowieka. Ten "reżyser miast" wielokrotnie charakteryzował je na pograniczu fabuły i dokumentu w "Niebie nad Berlinem", "Końcu przemocy" czy "Spotkaniu w Palermo". Największy sukces artystyczny odniósł dzięki "Lisbon Story", gdzie jawnie odwołał się do "Człowieka z kamerą" Wiertowa, wykorzystując muzykę grupy Madradeus do stworzenia portretu portugalskiej stolicy oraz rozważań o (nie)możliwości obiektywnego opisu świata. W Polsce popularniejszy okazał się jednak dokument muzyczny "Buena Vista Social Club" (1999), opowiadający o grupie kubańskich muzyków grubo po sześćdziesiątce, czerpiących siły witalne z muzyki. Film niemieckiego reżysera pomógł w wielkim sukcesie samego zespołu, który od tego czasu koncertuje po świecie, zmieniając systematycznie skład, bo muzycy kapeli wcale nie stają się młodsi.


Szlakiem wyznaczonym inspiracją Wendersem podąża amerykański aktor John Turturro, którego dokument "Passione" polską premierę będzie miał także podczas Planete Doc Film Festival. Szlak ten prowadzi go do Neapolu, którego bogatą, kolorową i w dużej mierze autonomiczną (monopolizującą lokalny rynek muzyczny, a poza miastem będąca właściwie nieznaną) scenę muzyczną przybliża film. Jak mówi Turturro, Neapol to miasto namalowane za pomocą dźwięków. A muzyka stanowi jeden z najważniejszych jego elementów. Każdemu, kto odwiedził kiedyś Neapol, trudno będzie się z tym nie zgodzić. Film Turturro wpisuje się w serię muzycznych spacerów po mieście, wśród których do bardziej udanych należy zaliczyć  "Życie jest muzyką" Fatiha Akina. Tu niemiecki reżyser za przewodnika po Istambule obrał Alexandra Hacke, basistę awangardowej kapeli Einstürzende Neubauten, który niczym bohater "Lisbon Story", rejestruje dźwięki miasta, próbując uchwycić jego istotę. Podsłuchuje divy tureckiej (i kurdyjskiej) piosenki, nie pomijając hiphopowych beatów, grunge’owych riffów, a nawet ulicznych bardów, by otrzymać kompletny obraz Istambułu – miasta geograficznie, symbolicznie, ale i muzycznie zawieszonego pomiędzy Europą a Azją.


Inne dźwięki rejestrują bohaterowie dokumentu "I tak nie zależy nam na muzyce", który od kwietnia możemy oglądać na ekranach polskich kin. Tokio z filmu Cedrica Dupire i Gasparda Kuentza to miasto-moloch, które komunikuje się z mieszkańcami za pomocą industrialnych szumów, zlepów, ciągów. To właśnie je portretowani w filmie japońscy muzycy przetwarzają na awangardowe brzmienia od noisu po avant pop, pokazując jak bardzo architektura oddziałuje na kulturę niematerialną. Symfonia miejska może stać się częścią dialogu między pieśniami minionych wieków i współczesnością, ale także kakofonią, prawdziwą wirówką muzyki konkretnej. Otwiera ona nie tylko uszy, ale i inne zmysły, wedle motta Konfucjusza, że jeśli chcesz poznać cywilizację, posłuchaj jej muzyki.
Udostępnij: