Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/To%C5%BCsamo%C5%9B%C4%87+nerda-99825
Rozalia Knapik
Rocznik '91. Absolwentka antropologii kultury i doktorantka kulturoznawstwa na Wydziale Polonistyki UJ. Sporo pisze i rozmyśla, zwłaszcza o telewizji i nowych mediach, ale też o muzyce, kinie i sensie życia. Wolne chwile spędza w internecie, pochłaniając seriale lub zapuszczając się na peryferie YouTube'a. Dozgonnie wierna kulturze popularnej, do poczytania także w Popmodernie.

Tożsamość nerda

  • Filmweb
  • Artykuł
Źle ubrany introwertyk? Specjalista w ścisłej, najczęściej informatycznej dziedzinie? Mściwy frajer dręczony przez popkulturowe obsesje? Kim jest dziś filmowy i serialowy nerd?

photo.title
"Teoria wielkiego podrywu"
Angielski termin "nerd", chociaż spopularyzowany dopiero w latach 70. i 80., zadebiutował już w połowie XX wieku. Wokół jego etymologii krąży parę mniej lub bardziej prawdopodobnych legend, takich jak ta, która wywodzi alternatywną wymowę – nurd – od knurd (ang. drunk przepisane od tyłu) – określenia na studentów stroniących od imprez, a preferujących książki. Zgrabne słówko stopniowo przybierało kolejne znaczenia i z czasem stało się niemożliwe do łatwego przetłumaczenia czy chociaż zdefiniowania. Dodatkowe zamieszanie wprowadza coraz bardziej modny geek, będący w teorii uspołecznioną wersją nerda, a w praktyce kimś na tyle nerdowatym, że i w Stanach, i w Anglii często używa się obu pojęć wymiennie. Pierwotnie geek był jednak bardziej pejoratywnym określeniem – nazywano nim dziwacznych cyrkowców, którym zdarzało się zaszaleć i, na przykład, odgryźć kurzą głowę na arenie.

Etykietkę nerda przyczepia się dziś wszystkiemu, co ma okulary albo wykazuje tendencję do introwersji (w sieci można znaleźć nerdowskie interpretacje "Amelii" i "Pięknego umysłu"). Dodatkowo kolejne filmy i seriale wskazują na to, że modne pojęcie przeszło rodzaj ewolucji i oznaczało w kolejnych okresach: źle ubranego introwertyka (w wersji skrajnej: socjopatę), następnie specjalistę w ścisłej, najczęściej informatycznej dziedzinie, wreszcie – umysł ścisły, ale przynależący do zaangażowanego fandomu i dręczony przez popkulturowe obsesje (gry, kultowe filmy, gadżety). Taka ewolucja przeplata się ze stałym powracaniem sprzecznych ze sobą motywów. To jednocześnie buduje i rozbija mozolnie konstruowaną tożsamość nerda.

Introwertyk, kujon, frajer

Chociaż rewolucja technologiczna stworzyła świetne podłoże dla narodzin nerdyzmu, początki popkulturowej kariery nerda wyglądały nieco inaczej. W latach 70. Paul Reubens, amerykański komik, opracował fikcjonalną postać o nazwisku Pee-wee Herman: wcisnął się w elegancki strój, mówił sztucznie modulowanym głosem i zachowywał się jak dorosłe, nieudolne dziecko. Brzmi znajomo, jeśli ma się w pamięci serial stacji ABC – "Family Matters" (1989-1998), którego centralnym bohaterem był niejaki Steve Urkel. Nerdowaty sąsiad, który wkroczył w połowie pierwszego sezonu, początkowo był jedynie tłem dla historii głównych bohaterów, ale szybko publiczność wymogła na scenarzystach zmianę planów. Jaleel White, odtwórca roli Urkela, miał wiele wspólnego z Pee-Wee Hermanem; przez cały okres pracy na planie (którą rozpoczął jako 11-latek, a zakończył jako dwudziestoletni mężczyzna) nie zrezygnował ze swojej chłopięcej maniery, charakterystycznego, wysokiego głosu i niezdarnych ruchów. Ogromne okulary, niemodna fryzura, przykrótkie spodnie na szelkach i problemy ze zgryzem stały się dzięki niemu symbolem całej społeczności i zbudowały wciąż obowiązujący stereotyp.

1024_revenge_nerds_630x420.jpg

"Zemsta frajerów"
Ścieżką nieudaczników podążyli także Gilbert i Louis z "Zemsty frajerów" (1984) Jeffa Kanewa. Niezbyt rozgarnięci chłopcy już od pierwszych chwil spędzonych w college'u wiedzą, że zamiast studenckiej sielanki czekają ich jedynie kpiny i przemoc ze strony demonicznych sportowców. Już samo tłumaczenie tytułu (ang. "Revenge of the Nerds") mówi nieco o tym, jak rozumiano stosunkowo nowy termin, ale gdzieś zza spektakularnej walki biegunowych braterstw wyłoniło się także jaśniejsze przesłanie, jakoby nerdy, mimo obciachowej stylówy, też miały uczucia. Film okazał się pierwszym sygnałem awansu nerda z pozycji wykluczonego pariasa do dumnego przedstawiciela nowej subkultury, a przy tym stał się kinowym hitem, doczekał trzech kolejnych części i wielu kontynuacji w popkulturze (takich jak serial NBC pt. "Luzaki i kujony" z lat 1999-2000 oraz ironiczny klip "Fight For Your Right" Beastie Boysów z 1986). I chociaż wizerunek nerda był coraz bardziej ośmieszany, poczynione zostały pierwsze starania, żeby zbudować jego tożsamość. Ten obraz nerda powraca także w najnowszych produkcjach, takich jak "Supersamiec" (2007) napisany przez Setha Rogena. Jego bohaterowie, Evan, Seth, a przede wszystkim Fogell zupełnie nie radzą sobie w towarzystwie, a to, o czym marzą, to porządna impreza i parę chwil sam na sam z dziewczyną. Seria gagów sprytnie kontynuuje linię pociągniętą od lat 70., sugerując, że nerd to wciąż tylko aspołeczny nieudacznik, który już zawsze będzie bawił i wzbudzał litość.

Od nerda do superbohatera

Zgoła przeciwnym zjawiskiem jest specyficzne ujęcie nerdowości jako wyjściowego etapu na dalszej drodze do chwały. Taką fazę musiał przejść chociażby Peter Parker, który zanim zyskał moce Spidermana, był samotnym, onieśmielonym odludkiem. Dopiero po zdobyciu pajęczych umiejętności chłopak odzyskał pewność siebie i postanowił działać – a jakże – w imię dobra. Figura nerda, który poświęca się gromadzeniu wiedzy, dzięki czemu może potem uratować świat (czy chociaż Amerykę), jest także po części obecna w "Godzilli" czy w "Dniu niepodległości" (1996), z tymże na pierwszy plan wysuwa się tutaj stereotyp szalonego naukowca, bliższy doktorowi Brownowi z "Powrotu do przyszłości" (1985). W ów nerdowski mit "wielkiej misji" idealnie wpisuje się za to serial NBC pt. "Chuck" (2007-2012), w którym pierwsze skrzypce gra z pozoru przeciętny mężczyzna nadzorujący grupę dziwacznych serwisantów, pracujący w firmie ze sprzętem elektronicznym pod znamiennym szyldem "The Nerd Herd" (ang. herd to stado, społeczność zwierzęca). Jeden tajny e-mail sprawia, że człowiek, który nienawidzi przemocy, rumieni się w towarzystwie dziewczyn, kiepsko kłamie i źle znosi stres, staje przed koniecznością walki o bezpieczeństwo całej cywilizacji. I tak niezdarny informatyk eliminuje już nie tylko wirusy komputerowe, ale i groźnych morderców, a ścisły umysł kolejny raz staje się wybawieniem, także dla poniewieranych nerdów. Co istotne, za tradycyjnie ośmieszanymi atrybutami nieudolnych introwertyków stoją już konkretne, naukowe umiejętności.

photo.title
"Powrót do przyszłości"
O tym, że nerd może być atrakcyjny i że bycie "ścisłowcem" to żaden obciach, mówi dość dobrze przykład Michaela Moscovitza z "Pamiętnika księżniczki" (2001): chłopak już w bestsellerach Meg Cabot zyskał "sławę, pieniądze i wielką karierę", a przy tym zachował prawo do zachwytu nad "Gwiezdnymi wojnami". Podobną rehabilitację przechodzi Hermiona Granger z "Harry’ego Pottera" (2001-2011): powszechnie lubiana, a przy tym ładna kujonka, której wiedza zawsze pomaga w kryzysowych momentach (zresztą, nawet Luna Lovegood czy Neville Longbottom okazują się ważni, utalentowani i potrzebni wraz z rozwojem serii). Taki sposób poruszania problemu w tekstach przeznaczonych do młodych odbiorców kształtuje rodzaj myślenia o kujoństwie jako o gwarancie sukcesu. Oczywiście, równie łatwo jest znaleźć przykłady na kontynuację nurtu frajerskiego (karykaturalne, stereotypowe epizody w "South Parku", "Simpsonach" czy "Family Guyu"), ale nawet w kreskówkach dla najmłodszych znajdziemy przykłady inteligentnych, dziwacznych, ale wciąż wartościowych postaci. Wystarczy wspomnieć Velmę Dinkley ("Scooby-Doo", od 1969 roku), odzianą (kontrastowo do pięknej Daphne) w nietwarzowy golf i takież podkolanówki, za to bogatszą od towarzyszy o sporo punktów IQ; Elroya Jetsona ("Jetsonowie", od 1962) czy ambiwalentnego bohatera, grasującego po "Laboratorium Dextera" (premiera w 1996) – śmiesznego, niskiego okularnika, który jest równie inteligentny co nieporadny i bezbronny, chociażby wobec swojej siostry Dee Dee. Podobnie funkcjonuje bohater "Smurfów" (od 1981), nieszczęsny Ważniak (ang. Brainy Smurf), który dzierży pod pachą książkę, a drugą ręką przytrzymuje duże okulary, a przydaje się głównie do puentowania odcinków, kiedy to inne smurfy wykopują go z wioski lub biją młotkiem po głowie. Ważniaka cechuje przy tym zbyt duże mniemanie o sobie i drażniąca, "frajerska" nieumiejętność używania mądrych słów. 

photo.title
"Social Network"
Jeszcze inną ścieżkę wytyczają teksty kultury ściśle związane z informatyką i nasilonym, mikroprocesorowym szałem. Stała obecność na tapecie nazwisk Gatesa czy Jobsa, a także wciąż świeży sukces Zuckerberga wydają się wywierać silny wpływ na przemysł popkulturowy. Najnowszy "Jobs" (2013) czy wcześniejsze "The Social Network" (2010) promują i utwierdzają ikoniczny status największych bogów przemysłu komputerowego. David Fincher, biorąc na warsztat Zuckerbergowską ideę Facebooka, gra ze stereotypem nerda: niebrzydki, zabawny (ale nie żałosny!) geniusz wykazuje zdumiewająco duże zdolności socjalne, a ostatecznie osiąga przytłaczający sukces. Już bardziej geekowato wypada hippisowski Jobs, ale – koniec końców – oglądając "Stażystów" (2013), wszyscy chcemy zostać przebojowymi współpracownikami kolorowego świata Google. Nawet za cenę posiadania oskarżeń o nerdyzm. Stale rosnące zainteresowanie uzdolnionymi komputerowcami zamienia niegdyś odrzucanych nerdów w nowych yuppies, nieodzownie skazanych na zwycięstwo.

Wesoły trójkąt w świecie gadżetów

Uwagi wymagają również dwa seriale w całości poświęcone nerdom: angielscy "Technicy-magicy" (Channel 4, od 2006 roku) i amerykańska "Teoria wielkiego podrywu" (CBS, od 2007). Ten pierwszy opowiada historię trójki pracowników działu informatycznego w biurowcu Reynholm Industries. O ile Irlandczyk Roy i ciemnoskóry Moss znają się na komputerach, ich nowa szefowa, Jen, nie ma o nich pojęcia – właściwie wszystko, co potrafi, ogranicza się do obsługi skrzynki mailowej. Komizm wynika właśnie ze zderzenia tych dwóch światów; każda próba opuszczenia przez aspołecznych informatyków ich piwnicy (bo tam urzędują – na samym dole biurowej hierarchii i całej drabiny społecznej) kończy się katastrofą. Zabałaganione, ciemne miejsce przypomina loch, a sama załoga IT jest lekceważona przez wyższe piętra i cały świat zewnętrzny. I chociaż mężczyźni potrafią obsługiwać komputery, wcale nie są wybitnie inteligentni – znacznie bliżej im do życiowych nieudaczników. Roy to ten "normalniejszy" – mimo upodobania do spranych koszulek i dziwnych rozrywek od czasu do czasu uda mu się wyskoczyć na randkę. Moss to jednak skrajny przypadek nerda, który nawet nie zabiega o akceptację otoczenia (wciąż mieszka z matką, rusza się jak robot i wygląda jak potraktowany prądem Steve Urkel). Z braku innego towarzystwa obydwaj zachowują się jak małżeństwo, w dodatku stale podważana jest ich męskość (raz nawet twierdzą, że mają okres), są biedni i nieusatysfakcjonowani swoją pozycją. Jen z kolei twierdzi, że jest kobietą sukcesu, lecz nie ma pojęcia o biznesie (można jej wmówić, że internet to lekkie pudełko z Big Benu, którym opiekują się Mędrcy Internetu). Z jednej strony uważa, że koledzy ciągną ją w dół, z drugiej – sama staje się jedną z nich, kiedy w końcu krzyczy: "Ich bin ein Nerd!".

the-it-crowd.jpg

"Technicy-magicy"
Schemat jest prosty: ten mądrzejszy i zupełnie aspołeczny, ten mądry i bardziej kontaktowy (geek?) i wreszcie ona, czyli stosunkowo głupia kobieta, która pojawia się z zewnątrz (gwarant normalności i empatii ze strony widzów, których jest przewodnikiem). Na planie identycznego trójkąta została rozrysowana akcja fabuły "Teorii wielkiego podrywu"; w tym serialu kolejnym wierzchołkom odpowiadaliby Sheldon, Leonard i Penny. Produkcja wpisuje się jednak w nurt rehabilitacji – zgrana paczka czworga przyjaciół odnosi sukcesy zawodowe, większość ma chociaż jeden doktorat, a wszyscy są uznanymi naukowcami, prowadzą pionierskie badania i nie narzekają na brak pieniędzy. Tym razem jesteśmy na szczycie drabiny społecznej, gdzie Leonard ze swoim IQ 173 prezentuje się przy Sheldonie (i jego IQ 187) jako "ten głupi". Dla kontrastu ich sąsiadka, Penny, pracuje w Fabryce Sernika i jest niespełnioną aktorką. Komiczne momenty wynikają tym razem ze zgłębienia nerdowskiej rzeczywistości i są ewentualnie wzmocnione przez zewnętrzne reakcje Penny. Sheldon (jak Moss) rzadko zabiega o akceptację – i tak uważa się za lepszego od innych; Leonard, jak Roy, ma problemy z kobietami, lecz bohaterowie "Teorii..." ostatecznie znajdą swoje partnerki, czego nie można powiedzieć o wspominanych informatykach z piwnicy.

photo.title
"Teoria wielkiego podrywu"
Paczkę Sheldona i załogę IT łączy obsesja na punkcie popkultury – jedni i drudzy wciąż urządzają między sobą turnieje (wirtualne, karciane i planszowe), grają w Guitar Hero, WoW-a i RPG i są praktycznie przywiązani do Internetu (chyba że właśnie siedzą przed telewizorem, w którym leci "Star Trek", "Indiana Jones" czy jakiś film Tarantino). Mają przy tym słabość do komiksów i superbohaterów (od Zielonej Latarni i Flasha po Hulka), uwielbiają się sprzeczać o popkulturowe fakty. Bohaterowie obydwu produkcji oswajają przestrzeń za pomocą plakatów, konsoli, pieczołowicie kolekcjonowanych figurek i innych gadżetów; poprzez izolację i odgrodzenie się od chaotycznego świata, zapuszczają korzenie. Stąd też szczera fascynacja fantastycznymi światami, w których obowiązują jasne reguły, będące lekarstwem na chaos rzeczywistości. Nerdyzm jawi się w ten sposób jako jedna z dróg ucieczki przed współczesnością, skrajny eskapizm, świadectwo i wynik pewnego braku przystosowania.

Ten Obcy

Różnice w przedstawianiu nerdyzmu w tych dwóch (niemal równocześnie powstałych!) serialach są symptomatyczne: po jednej stronie mamy nizinę społeczną, po drugiej – elitę. Ujęcie pierwsze nie odbiega od tego z początku kariery nerdów, za to drugie wieńczy proces rehabilitacji i pozwala nerdom na dumę. Obydwie perspektywy uświadamiają, że mamy do czynienia ze zjawiskiem płynnym, ciągle redefiniowanym, które czeka zapewne jeszcze wiele przeobrażeń. Czasem o nazwaniu kogoś nerdem decyduje aparycja, czasem sposób bycia, a kiedy indziej zwyczajna łatwość w nałożeniu na rzeczony charakter pewnej estetycznej albo intelektualnej kliszy. I chociaż można mówić o rehabilitacji, a nawet wyróżnić jako taką chronologię, dawne strategie opowiadania o nerdach nie zanikają. Wręcz przeciwnie – regularnie powracają do łask, mieszają się ze sobą, są materiałem do budowy "nowych jakości". Figura nerda ewoluuje, a przy tym powstaje na bazie sprawdzonych matryc i stereotypów. Zawsze jednak pozostaje figurą Innego – czasem Aspołecznego, kiedy indziej Zakompleksionego, przeważnie jednak – Mądrzejszego.

zobacz też: