Relacja

WENECJA 2013: Skok przez płot

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2013%3A+Skok+przez+p%C5%82ot-98591
Festiwal powoli dobiega końca, ale najlepsze jeszcze przed nami. Dziś mamy dla Was recenzje "Wałęsy. Człowieka z nadziei" Andrzeja Wajdy oraz długo oczekiwanego filmu Jonathana Glazera ze Scarlett Johansson, "Under the Skin".
 
Plan minimum

Nie chciałem, musiałem, przeżyłem – "Wałęsa. Człowiek z nadziei" nie jest tak kiepskim filmem, na jaki się zapowiadał. Nie jest również tak dobry, by traktować go jak coś więcej niż kolejne dzieło oświatowe. Więckiewicz zgarnie nagrody, Wajda odbierze honory, widzowie spłacą koszty produkcji. Plan minimum wykonany.

Ramą fabularną jest słynny wywiad przeprowadzony przez Orianę Fallaci (Maria Rosaria Omaggio) w 1981 roku. Wałęsa przyjmuje włoską dziennikarkę w mieszkaniu w Gdańsku i otwiera kolejne wrota do swojej przeszłości. Najpierw obserwujemy, jak aresztowany przez esbecję podpisuje cyrograf, by zdążyć na porodówkę, potem spotykamy go podczas strajku okupacyjnego w stoczni, w trakcie kolejnych pobytów w areszcie, w końcu – na obradach Okrągłego Stołu. Wajda odhacza kolejne fakty z biografii, jakby przekładał na obrazy noblowski biogram, a jedyne momenty artystycznego wigoru przypadają na ikoniczne obrazki i cytaty: wspinaczkę na stoczniowy mur, "nie chcem, ale muszem", negocjacje z dyrektorem stoczni, Klemensem Gniechem, wystąpienie Danuty Wałęsowej (Agnieszka Grochowska) w Norwegii. Tę atrapę scenariusza przygotował Janusz Głowacki i głównie dzięki niemu w filmie tli się jakieś życie – lapsusy językowe Wałęsy są tu niespodziewanymi puentami dramatycznych dialogów, a w scenach jego przepychanek z władzą na patosie żeruje szyderczy humor. Ciekawie wypada zwłaszcza wątek kolejnych spotkań z bezradnymi oficerami SB, Nawiślakiem (Zbigniew Zamachowski) i Majchrzakiem (Cezary Kosiński). Niezłe są także sceny z Fallaci, gdy bohater powoli wchodzi w rolę, którą zaprojektowały dla niego zachodnie media.

W świetnej interpretacji Roberta Więckiewicza lider Solidarności to trochę rewolucjonista składający na ołtarzu walki z komunizmem spokojne życie u boku żony i synów, a trochę wojujący ze złem superbohater, któremu pelerynę zastępuje wysłużony sweter, zaś literkę S na piersi – sumiasty wąs. Cała historia ma zresztą coś z popkulturowych "opowieści założycielskich" w rodzaju "Dzienników motocyklowych" Waltera Sallesa: elementy konstytuujące mit Wałęsy – od ubioru, przez mimikę, po język ciała, są tu namiętnie ikonizowane i Więckiewicz jest w tym procesie niezrównany. Kiedy w retrospekcjach cofamy się do roku 1970, bohater dopiero zaczyna mówić i działać jak Lech Wałęsa. Podczas rozmowy z Fallaci wydaje się już świadomy swojego statusu medialnego i kulturowego. Tym większa szkoda, że Wajdzie nie udaje się oddać napięcia między filmową przeszłością a czasem teraźniejszym. Naszpikowany elipsami i skrótami film skutecznie odbiera kolejnym faktom historycznym narracyjną wagę, zaś relacje między bohaterami odziera z jakiejkolwiek dynamiki. Najlepiej widać to oczywiście w scenach domowych, w których obnosząca cierpiętniczą minę Agnieszka Grochowska nie wychodzi poza uświęcony wizerunek Matki Polki, a jedyny konflikt między Lechem i Danutą budowany jest na motywie oblężenia Wałęsy w czterech ścianach – najpierw przez współpracowników, potem przez wyznawców.

Resztę recenzji Michała Walkiewicza znajdziecie TUTAJ.


Cruising kosmitki


Sensacja tegorocznego festiwalu w Wenecji? Na pewno jeden z najoryginalniejszych filmów pokazanych w konkursie. Jednocześnie "Under the Skin" to tytuł, który podzielił widzów. Zdarzały się głosy, że mamy do czynienia z arcydziełem, ale i takie, że to niewiele warte popłuczyny po Lynchu. Tak czy inaczej, wielu widzów na pewno przyciągnie do niego Scarlett Johansson w czarnej peruce, rozbierająca się tu do naga. Najnowsze dzieło Jonathana Glazera jest jednak filmem bardziej anatomicznym niż erotycznym. Prócz roznegliżowanej Scarlett, w pełnej okazałości pokazani są też uwodzeni przez nią mężczyźni. Patrzy ona na nich niczym rzeźnik na zwierzę, które zaraz obedrze ze skóry.


Grana przez Johansson Laura jeździ furgonetką po ponuro fotografowanej Szkocji. Zaczepia panów, przygląda się im, wypytuje, czy mieszkają sami. Wybranych zaprasza do wnętrza samochodu, a następnie swojego domu. W ich kuszeniu pomagają nabrzmiałe, mocno uszminkowane usta, ciuchy zabrane martwej prostytutce i ponętny tembr głosu. Nie pomaga natomiast ekspresja, bo tę Johansson ograniczyła do minimum. Jest chłodna, wręcz nieludzka. To, że brak jej zdrowych odruchów, widać choćby w scenie, w której na lodowatym wybrzeżu zupełnie ignoruje opuszczonego niemowlaka. Kim jest, że nawet przez myśl jej nie przejdzie, by udzielić dziecku pomocy? Potworem? A może robotem lub przybyszem z innej planety?

Kosmiczny trop pojawia się w literackim pierwowzorze filmu – książce "Pod skórą" Michela Fabera, którą Glazer luźno adaptuje. Przeistaczanie się pozaziemskiej istoty w człowieka kinomanom przynieść może na myśl kultowe "Critters", ale przyprawiające o dreszcz sensacyjne wydarzania nie służą stworzeniu filmu akcji. Poetyka "Under the Skin" przypomina niekiedy "Melancholię", innym razem "Holy Motors" Glazer ma ambicje, by metaforyzować. Figura porywaczki mężczyzn staje się symbolem teatru uwodzenia, w którym trwa walka o dominację. Kobieta zarzuca wabik, ale tym samym wystawia się na niebezpieczeństwo. Role ofiary i kata łatwo mogą się odwrócić, a przewagę ma zawsze strona, która czuje mniej. Emocje oznaczają słabość.

Resztę recenzji Adama Kruka znajdziecie TUTAJ.
Udostępnij: