Artykuł

Walkiewicz: Wszyscy kochają Pixara

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Walkiewicz%3A+Wszyscy+kochaj%C4%85+Pixara-61818
INIEMAMOCNI

Już w ten piątek wielki finał trylogii "Toy Story". Dzieci traktować jak dorosłych, zaś dorosłych nie zmuszać do ponownej wędrówki po krainach dzieciństwa - oto strategia studia Pixar, które dzieli i rządzi w mainstreamowej animacji.  


Siedziba firmy Disney Pixar, Emeryville, Kalifornia. Przestronny gabinet, w środku akwarium, pod ścianą pluszowy niedźwiadek, w szklanej gablocie odnaleziony Nemo,  Potwory i spółka, Pan Iniemamocny, Oscar pierwszy, drugi i dwudziesty piąty. "Dawaj, Jimmy, co tam dla mnie masz?" – pyta Decydent, facet w okularach i hawajskiej koszuli. "Będziesz zachwycony" – odpowiada Pomysłodawca, facet w okularach i t-shircie z logo firmy, spocony, podekscytowany. "Ustaliliśmy z chłopakami, że teraz najlepiej pójść w sci-fi. Mamy już świat, mamy bohatera. To będzie bomba! Skrzyżowanie "Krótkiego spięcia" z "Odyseją kosmiczną", a na dokładkę "Dzielny mały toster". Bohaterem będzie robot. Mały robot. Robocik. Został na Ziemi, bo wszyscy już tę Ziemię zaśmiecili i wyjechali. No i on został, żeby posprzątać. Mały, zabawny koleżka: duże oczka, śmieszne mechaniczne łapki. Sprząta ten robocik i sprząta, a w wolnych chwilach ogląda Hello, Dolly! i opiekuje się karaluchem. Raczej nie mówi, więc oszczędzimy na dubbingu. Potem przylatuje do niego taki iPod, wiesz, ukłon w stronę Steve’a. I ten iPod też nie mówi. Ale się w sobie zakochują, pomimo tego milczenia, bo ten iPod jest raczej dziewczyną, a ten robocik raczej chłopcem. Tylko że ona, ono… no ten iPod zostaje porwany i robocik rusza mu, jej… temu na ratunek. W gwiazdy. A na orbicie znajduje wielki statek pełen grubasów. No sam rozumiesz, te grubasy to my! Ludzie. Tak sobie żremy, żremy i jesteśmy grubi. To taka wizja, że za kilkaset lat nasza planeta będzie zaśmiecona, a my będziemy tłuści na tej orbicie siedzieć. A bazą będzie sterował zły komputer-matka. Niech mówi głosem Sigourney Weaver. Wiesz, takie mrugnięcie oczkiem. Dzieciaki będą zachwycone!

Taka scena prawdopodobnie nigdy nie miała miejsca, ale gdyby miał kiedyś powstać utwór fabularny o studiu filmów animowanych Pixar, powinna się w nim znaleźć. Przypadałaby mniej więcej na punkt kulminacyjny – oto zatwierdzony zostaje pomysł, którego żaden producent kierujący się racjonalnymi przesłankami zatwierdzić nie powinien. Robocik dostaje na imię Wall-E (Wysypiskowy Automat Likwidująco-Lewarujący klasa E), a obraz zostaje skierowany do realizacji. 180-milionowy budżet na świecie zwraca się trzykrotnie, film wygrywa m.in. Złoty Glob i Oscara dla najlepszej animacji. Na stronie rottentomatoes.com zgarnia ocenę rzędu 96 procent, zaś magazyn "Time" umieszcza go na prestiżowej liście najważniejszych dzieł dekady. Dla jego twórców to małe piwo. Już wkrótce, wraz z premierą "Odlotu", po raz kolejny rozbiją bank. Ich następne dziecko otworzy festiwal w Cannes, z kolei John Lasseter, współzałożyciel studia oraz szef produkcji Disney Animation i Pixar Animation Studios, odbierze w Wenecji nagrodę za całokształt twórczości. "Odlot" zostanie nominowany do Oscara w kategorii Najlepszy film, powtarzając tym samym sukces "Pięknej i Bestii" z 1991 roku. Nikt się nie dziwi, w narodzie panuje zgoda – to czas Pixara. Jeśli nie oni, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?


Rodeo na gigancie

Prahistoria studia sięga czasów rozkwitu Kina Nowej Przygody i związana jest bezpośrednio z ojcem chrzestnym tegoż nurtu – George’em Lucasem. To on utworzył w swoim Lucasfilmie dział Computer Division, a w nim pododdział Graphics Group (ostatecznie: Pixar Computer Animation Group), zajmujący się badaniami nad raczkującą trójwymiarową animacją. Zanim firmę w 1986 roku odkupił od Lucasa sam Steve Jobs, ikona branży komputerowej, współzałożyciel i prezes koncernu Apple, specjaliści z Graphics Group, w tym zatrudniony w 1984 roku Lasseter, zdążyli zaprojektować dla potomności drugą Gwiazdę Śmierci ("Powrót Jedi"), symulację "efektu Genesis" ("Star Trek 2: Gniew Khana") oraz witrażowego rycerzyka ("Piramida strachu"). Jobs odkupił studio za śmieszną z dzisiejszej perspektywy kwotę 10 milionów dolarów. Jeszcze w tym samym roku światło dzienne ujrzała pierwsza animacja, sygnowana znakiem firmowym Pixara – "Luxo Jr". Biurowa lampka z nominowanej do nagrody Akademii krótkometrażówki stała się maskotką studia. Od tamtej pory przed każdym seansem uparcie maltretuje literkę "i" z logo firmy.   

Po przenosinach do nowej siedziby w Richmond w Kalifornii (ostatecznie zmienionej na kalifornijskie Emeryville) firma zaczęła zajmować się realizacją krótkometrażówek, jednocześnie działając w branży reklamowej. Kolejne technologiczne nowości (m.in. zaawansowany program do animacji CAPS i narzędzie do renderingu Photorealistic RenderMan) zapewniły jej status jaskółki cyfrowej rewolucji. Po podpisaniu umowy z Walt Disney Pictures na trzy pełnometrażowe filmy w 1991 roku Pixar przystąpił do realizacji nowego projektu, pierwszego w całości generowanego przez komputer filmu animowanego. Pięć lat później, jedną z oscarowych kategorii zapowiadali specjalnie dla telewidzów bohaterowie tejże animacji – dziecięce zabawki, kowboj Chudy oraz astronauta Buzz Astral. Kinematografia miała za sobą kolejny przełom.
 
"Toy Story" (1995) w reżyserii Lassetera oraz jego sequel (1999, również Lasseter), który ostatecznie nie został objęty kontraktem z Disneyem, zapewniły twórcom nieprawdopodobny sukces kasowy i frekwencyjny. Pomiędzy dwiema odsłonami trylogii twórcy zrealizowali  pierwszy film dla giganta z Burbank – "Dawno temu w trawie" (1998) Lassetera. Symbolicznie zainicjowali tym samym rywalizację z DreamWorks, podbijającym rynek swoją "Mrówką Z". Lecz dopiero u progu nowego wieku doszło do kluczowych zmian w strukturach Pixara. Ed Catmull, pierwszy szef Graphics Group, został mianowany na prezesa studia, zaś Lasseter podpisał z wytwórnią dziesięcioletni kontrakt. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Następne filmy – "Potwory i spółka" (2001) Pete’a Doctera, "Gdzie jest Nemo" (2003) Andrew Stantona oraz "Iniemamocni" (2004) Brada Birda – wzięły szturmem amerykańskie kina.

Po wielu konfliktach na linii Pixar-Disney za panowania w Burbank Michaela Eisnera, nadeszły kolejne zmiany. Eisnera zastąpił dążący do ocieplenia stosunków ze studiem Robert Iger. Na początku 2006 roku Disney ostatecznie wykupił Pixara, płacąc za spółkę 7,4 miliarda dolarów. Rywalizacja z Dreamworks przybrała tymczasem niespodziewany obrót. Wbrew oczekiwaniom prasy, wieszczącej koniunkturalne rządy Disneya, studio zwróciło się w stronę dojrzalszego kina i dojrzalszego widza. Bardzo szybko cyferki potwierdziły słuszność takiej polityki. Dziś eksploatujące shrekową franczyzę DreamWorks nawiązuje z Pixarem równorzędną walkę o wpływy z kin, ale pod względem artystycznym pozostaje bladym tłem dla chłopców z Emeryville.

Cyfrowy smutek i żal z komputera

Kiedy w 2008 roku Wall-E zaczynał wielkie sprzątanie świata, po ekranach szalała "Kung Fu Panda". Niewybredne dzieciaki wolały zaciągnąć rodziców na produkcję DreamWorks, i trudno im się dziwić. Poetyka "Wall-E'ego" oddaje w dużej mierze strategię artystyczną Pixara: skłonność do ryzyka, rozmywanie kategorii projektowanego odbiorcy, niechęć do "powierzchownej" intertekstualności, sprowadzającej cytat do roli gagu, i przede wszystkim – pragnienie zabawy paradoksami kina. "Wall-E" jest filmem pełnym sprzeczności: efektownym i surowym, kameralnym i epickim, ckliwym, ale nie kiczowatym. Przygody robocika uzmysławiają skalę zamierzeń Pixara: dzieci traktować jak dorosłych, zaś dorosłych nie zmuszać do ponownej wędrówki po krainach swojego dzieciństwa.   


Na przełomie ostatnich piętnastu lat wyraźnym trendem w mainstreamowej animacji stało się kokietowanie starszego widza. Zarówno DreamWorks, jak i Pixar podążyli za tą modą, przyjęli jednak różne taktyki. Podczas gdy studio z Glendale w Kalifornii próbowało ze zmiennym szczęściem kontynuować spopularyzowaną przez "Shreka" "grę w skojarzenia" (zgadnij, jaki to film), Pixar nie zrezygnował z klasycznej tradycji narracyjnej. Postawił na "towar" deficytowy – szczerość i bezpretensjonalność. Humor i forma przestały być woalem, przesłaniającym myślową pustkę. Żadna metafora nie była odpuszczona, a fabuły zostały wyjęte z wszelkich "ironicznych nawiasów". Świat zabawek z "Toy Story" odbijał relacje zachodzące w świecie ludzkim, związek między ojcem-szczurem a synem-szczurkiem z "Ratatuja" (2007) Brada Birda był odzwierciedleniem znanych z naszej codzienności międzypokoleniowych starć, z kolei superbohaterska rodzinka z "Iniemamocnych" miała problemy z dobraniem odpowiedniego skafandra na misję, ale i ze wspólnym życiem pod jednym dachem. Nawet w nie do końca udanych "Autach" (2006) Lassetera twórcy nie  uciekli w kpinę i nie przerwali sentymentalnego przeglądu mitów amerykańskich bezdroży.

Twarze mają w filmach Pixara ryby, auta, maszyny, zabawki. Malujące się na nich emocje nie są tylko głupawymi minami, komediowymi zapalnikami. Widać tu wpływ klasycznego Disneya – aby przesłanie wybrzmiało, musi być podane całkiem serio. Spełnienie tego warunku owocuje niezwykłym napięciem między bohaterami. Są oni angażowani w skomplikowane relacje, mają swoją przeszłość, która determinuje ich losy i przyszłość, na którą czekają wraz z widzem. Emblematyczne jest tu pierwsze dwadzieścia minut "Odlotu", podczas których poznajemy koleje losu Carla Fredricksena – jego młodość, pierwszą miłość, szczęśliwe chwile spędzone z żoną, potem jej śmierć. Wracamy do teraźniejszości, gdzie 78-letni Fredricksen pielęgnuje wspomnienie po najdroższej. Żal i smutek wpisane są w animowaną przestrzeń, wypełniają cyfrowy domek, cyfrową główkę bohatera i wyobraźnię widza. Wciąż oglądamy zabawną "bajkę", ale śmiech więźnie nam w gardle.  


"Ty druha we mnie masz"

Wielkim tematem Pixara wydaje się samotność, rozumiana wielorako. Tożsama ze starością, społecznym wykluczeniem, nieprzystawalnością do grupy. Kowboj Chudy zostaje usunięty z grupy zabawek, gdy w akcie desperacji przeprowadza nieudany "zamach" na swojego konkurenta, Buzza Astrala. Ambitny samochodzik rajdowy Zyzgak McQueen trafia na prowincję, gdzie jego gwiazdorstwo nikomu nie imponuje. Wspominany Fredricksen mocuje do swojego domu tysiące balonów i odfruwa do Ameryki Południowej, by jeszcze mocniej zatopić się we wspomnieniu o nieżyjącej ukochanej. Obdarzony czuciem i sumieniem Wall-E snuje się po apokaliptycznych krajobrazach, a zaradny Remy z "Ratatuja" jest podwójnie wykluczony – z własnego, szczurzego klanu oraz ze świata ludzi, w którym, ze względu na kulinarne fascynacje, chciałby przebywać. Wszyscy startują więc z pewnym "kapitałem rozczarowania", który na swoje szczęście po drodze roztrwonią.


Remedium na samotność może być tylko przyjaźń. Znękanym bohaterom scenarzyści podrzucają w końcu bratnią duszę, która pomoże im wrócić do pionu. Przyjaźń i miłość nie są jednak w świecie Pixara ocaleniem, które przychodzi na zawołanie. To nieustanna praca, zwłaszcza nad sobą. Minie sporo czasu zanim Fredricksen pogrzebie przeszłość i przekieruje swoją czułość na nieporadnego harcerza, którego przez przypadek zabrał w wielką podróż. Będzie potrzebny niejeden kowbojski akt odwagi, by Chudy i Astral zakopali topór wojenny. Żeby zdobyć szacunek, Zygzak będzie musiał nauczyć się pokory i zapomnieć o wielkomiejskich nawykach. Przyjaźń nie tylko rodzi się w biedzie, ale trzeba sobie na nią zasłużyć. Kiedy się pojawia, jest bezinteresowna i wzniosła. Uszlachetnia bohaterów, daje im siłę, by wymijać kłody rzucane przez wredny los i pchać fabułę w stronę szczęśliwego finału.   


A jak będzie w zbliżającym się "Toy Story 3"? Niezawodne "zgniłe pomidorki" przekonują, że będzie na 100 procent. Cóż, dla faceta w hawajskiej koszuli to tylko kolejny dzień w biurze.