Artykuł

Życie w czasach kryzysu (wieku średniego)

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/%C5%BBycie+w+czasach+kryzysu+%28wieku+%C5%9Bredniego%29-86321
Kryzys kryzysowi nierówny - zwłaszcza w średnim wieku. Kino lubi bohaterów, którzy przekraczają smugę cienia i rozpoczynają podróż w poszukiwaniu utraconej młodości. I ciągle pyta, ile warta jest ich wędrówka.

Polska wersja kryzysu wieku średniego. Bez sportowego samochodu, bez długonogiej blondynki i romantycznych kolacji przy świecach, za to ze starym Lanosem, przeciętnej urody pseudointelektualistką i budką z kebabem. Czarek ma dwadzieścia osiem lat, pracę, której nie lubi, żonę, która mu zobojętniała i wrażenie, że życie przecieka mu przez palce. Zadaje sobie pytanie, na co jeszcze czeka. Na dzieci? Na wakacje z odłożonych pieniędzy? Na dom? Na działkę za miastem?

Postanawia działać. Postępuje jak mu serce i inne narządy dyktują. Ma wyrzuty sumienia i jest mu głupio, że się dobrze bawi, podczas gdy żona lamentuje, że jej zmarnował życie. Poczucie winy ulatuje jednak, gdy zaczyna płacić: za jej ból, za poniżenie, za nowe mieszkanie. Rzeczywistość wynagradza chwilowe trudności. Nastaje czas poligamicznych związków, niezobowiązujących weekendów, porannych powrotów do domu. Czas łamania serc, niegroźnych chorób wenerycznych, wreszcie – niechcianej ciąży. Ktoś mógłby pomyśleć: karma! I choć alarm okazuje się fałszywy, Czarek powraca do modelu monogamicznego. "Wolność do" zastępuje "wolnością od". Jedno pozostaje bez zmian: wciąż spłaca swoją żonę.

Z życia (znajomych) wzięte. Zanim jednak ktoś pomyśli, że świat zwariował, młodzi żyją szybko i byle jak, a dawniej takie rzeczy były nie do pomyślenia, niech rzuci okiem na kilka zdań sprzed półwiecza: Przyjęcie beznadziejnie nudnej pracy, aby dowieść, że tak samo, jak każda inna głowa rodziny potrafi być odpowiedzialny, przeprowadzka do przepłaconego, snobistycznego mieszkania, by dowieść własnej dojrzałej wiary w fundamentalne prawdy porządku i zdrowia, sprowadzenie na świat drugiego dziecka, by dowieść, że pierwsze nie było pomyłką, kupno domu na wsi, ponieważ taki był następny logiczny krok i Frank musiał dowieść, że jest w stanie go uczynić. (…)  W drodze do pracy, on, jeden z najmłodszych i najzdrowszych pasażerów w pociągu, siedział z miną człowieka skazanego na powolną i bezbolesną śmierć. Miał wrażenie, że już dawno wkroczył w wiek średni.


Frank Wheeler z literackiej i filmowej "Drogi do szczęścia" także jest przed trzydziestką, ma nudną pracę i snobistyczną żonę, która każdego dnia wmawia mu, że jest wyjątkowy. Tylko że on czuje się takim jedynie w ramionach prozaicznej Maureen Grube, z którą wdaje się w niemrawy, biurowy romans. Frank, więziony przez konwencję, nawyk i pieniądze, w przeciwieństwie do Czarka, nie znajdzie w sobie siły, żeby przeciwstawić się własnemu bezwładowi. Całkiem prawdopodobne, że gdyby pani Wheeler nie wzięła spraw w swoje ręce, po kilku latach, niczym zmierzający do szaleństwa John Wilder, inny bohater prozy Richarda Yatesa ("Zakłócony spokój"), zadzwoniłby do domu z pobliskiej knajpy i oświadczył zaniepokojonej małżonce: nie mogę wrócić do domu (…) Ponieważ się boję, że mógłbym was zabić, oto dlaczego.

Ameryka przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych to beznadziejne trwanie na ustalonych pozycjach. I jedynym sposobem, by się wyrwać z tego zaklętego kręgu, jest obłęd. Pytanie tylko, kto stoi na straży tego "trwania"?  Kobiety oczywiście! To przede wszystkim w opozycji do nich rozgrywają się dramaty Yatesowskich mężczyzn. To ich wygórowane oczekiwania oraz całkowite oddanie są początkiem i końcem każdej męskiej frustracji, niemożności lub niespełnionego pragnienia. Zbyt niezależne i ambitne, zbyt uległe i nijakie - ich krótkowzrocznością stoi Ameryka! Nic dziwnego, że na skrzyżowaniu trzech modeli "kobiecości" (zaborcza żona, zakompleksiona córka i jej gorąca koleżanka) wyrasta modelowy wręcz kryzys wieku średniego ze wszystkimi objawami towarzyszącymi. Ktoś mógłby powiedzieć, że to praca, dom i okolica leżą u źródeł problemu. Ale przecież dobrze wiemy, że chodzi o żonę, córkę i (potencjalną) kochankę.


Lester Burnham, bohater wcześniejszego filmu Sama Mendesa "American Beauty, w przeciwieństwie do Wheelera i Wildera, nie rości sobie praw do bycia wyjątkowym. Wręcz przeciwnie - z premedytacją wybiera przeciętność i nijakość. Także wtedy, gdy przeżywa swój kryzys. Z wdziękiem, dezynwolturą oraz odrobiną ironii, pozostaje tylko (i aż!) prostym facetem. Przestaje się starać, po prostu dryfuje, niesiony własną banalnością. Do twarzy mu z tym. A gdy już  myślimy, że stanie się tańczącą na wietrze torebką, jakaś brutalna siła sprowadza go do parteru.

Kryzys jednostki staje się mniej lub bardziej wyrafinowaną krytyką społecznej presji. Zakończony spektakularną porażką w każdym z wymienionych przypadków (poza "Czarkowym"), wydaje się jeszcze gwałtowniejszym oskarżeniem. Najbardziej dramatycznym przykładem jest oczywiście "Podziemny krąg", gdzie jedynym sposobem na uwolnienie się od konkretnej rzeczywistości i od siebie jest wysadzenie wszystkiego (łącznie ze sobą) w powietrze.

Od "American Beauty" do "American Psycho" - droga to oczywista i jednoznaczna. Ścieżka strachu, którą bardzo chętnie podążają nawet czołowi hollywoodzcy indywidualiści - bracia Coen.  Ukazują prostaczków, którzy występują przeciw własnym niemożnościom, a potem popychają ich do zbrodni ("Fargo") lub szaleństwa ("Tajne przez poufne"). Bawiąc się konwencją, nie odmawiają sobie prawa do ciągłego moralizowania i, amerykańskiego w duchu, wygrażania palcem.

Wbrew tym poważnym konstatacjom, Lester, zanim jeszcze dosięgnie go karząca ręka sprawiedliwości, ma wszelkie predyspozycje, by, miast psychotycznym Christianem Bale'm, stać się zblazowanym Billem Murrayem - Larkinowskim bohaterem idealnym, który tkwi w przekonaniu, że obrał życie pozbawione spektakularnych dokonań, jednak wolne od poczucia klęski; życie przeciętne, w którym liczy się unikanie skrajności i akceptacja losu. Stojąc w cieniu pozornego sukcesu, godzi się on z wszechobecną nudą. Do czasu, oczywiście. Bo gdy na horyzoncie pojawia się kobieta (a któż by inny!), świat znowu rusza z posad, a mężczyzna opuszcza uprzednio zajętą, bezpieczną pozycję.

Herman Blume ("Rushmore") już nie jest taki dzielny w kontaktach z niezbyt inteligentnymi synami, odkąd w jego życiu swoją obecność zaznacza urocza i nieco zawstydzona nauczycielka. Bob ("Między słowami") odkrywa, że Tokio to nie tylko hotel i whisky Suntory, ale i urocza Charlotte. Zaś legendarny kochanek, Don Johnston ("Broken Flowers"), pod wpływem różowej papeterii, porzuca kanapę, dres i wyrusza w poszukiwaniu straconego czasu i syna. Spotyka tylko kobiety. I choć lata już nie te (wszystkie wymienione postaci dawno przekroczyły magiczną, niedookreśloną cezurę) i tak naprawdę obce tym statecznym panom powinny być wszelkie wątpliwości, to jednak coś (kobiety!) sprawia, że łamią codzienną rutynę - bez entuzjazmu, bez szczególnych nadziei, że cokolwiek się uda, raczej z pewnością, że nic z tego nie będzie; w myśl zasady: życie jest najpierw nudą, potem trwogą i niczym ciekawym pomiędzy nimi.

Tylko perwersyjni Europejczycy wydają się nieczuli na kobiecy urok, a wręcz traktują go jako kolejny przejaw własnej , która nie tyle zmierzch bogów, bo w tej Europie miejsca dla nich (bogów) już dawno nie ma, co zmierzch jednostki przypomina. Nic dziwnego, że w doskonale przemyślanym i dopracowanym akcie desperacji, a może właśnie cywilnej odwagi, postanawiają złożyć ją, jednostkę, na najbardziej plugawym ze wszystkich ołtarzy – na ołtarzu żarcia.

Każdy z czterech bohaterów "Wielkiego żarcia" to konkretny typ, całkiem wyrazisty i łatwy do sklasyfikowania, o mocno określonej tożsamości społecznej, emocjonalnej i seksualnej. Poprzedzające wielką ucztę preludium ukazuje bohaterów w codziennych sytuacjach i w kontaktach z kobietami, które, oczywiście, są zwichrowane i niepoukładane. Czy to jednak powód, by popełniać samobójstwo? Nawet gdy znajduje się kobieta wcale nie dekadencka, a do tego całkiem czuła i gotowa do poświęceń, oni nie mogą się już cofnąć. Ich samobójstwo staje się, pomimo towarzyszącego mu zepsucia i marazmu, aktem odwagi. Jest osobistym dramatem, nie mającym ze społecznymi skutkami i przyczynami nic wspólnego - kryzysem w pełni zasługującym na miano jednostkowego. Być może jest to nawet kryzys wieku średniego, gdyż panowie ewidentnie oscylują w tych, wciąż nie określonych, granicach. Każdy z nich powoli wyrzeka się tego, czym oddychał. Porzuca wszystkie starania, by skoncentrować się na tym ostatnim, chyba najważniejszym akcie - jedynym, który jest w stanie zaangażować jego uwagę.

Mężczyźni mogą odejść, bo na straży zostaje kobieta. Bogini uosabiająca troskę i płodność, będąca spełnieniem samym w sobie. A co się stanie, kiedy i ją dopadną wątpliwości? Kiedy i ona zacznie się zastanawiać nad sensem i celem, albo nad ich brakiem? Kobieta zwraca się do mężczyzny. Wybierając go, manipulując i kierując nim, nadaje sens własnemu istnieniu. A gdy tam, gdzie powinien być mężczyzna, napotyka pustkę, kończy się to zazwyczaj źle: śmiercią, przypadkowym romansem, desperackim poszukiwaniem faceta ("Ilu miałaś facetów?") lub skazaną na porażkę próbą cofnięcia czasu ("Kobieta na skraju dojrzałości"). Kryzysy kobiet to milczące akty radzenia z poczuciem niespełnienia i braku. Nie mające nic wspólnego ze społecznym przymusem, będące rozrachunkiem z samą sobą i własnymi wyborami. Kobiety nie mogą poszukać usprawiedliwienia na zewnątrz. One zawsze szukają w sobie. I, nauczone męskim doświadczeniem, coraz rzadziej coś znajdują.


Czarek ma dużo szczęścia, bo choć płaci, to tylko pieniędzmi. Ominął wszelkie społeczne i egzystencjalne pułapki. Kinu podoba się ta historia - coraz rzadziej liczy się na ekranie społeczna wartość działań bohaterów, a coraz częściej cielesna przyjemność z nich płynąca. Niewierni są tylko niewiernymi, a piękni po prostu pięknymi - niekoniecznie upadłymi, grzesznymi, napiętnowanymi. Czasami ich pragnienia ograniczają się do czysto estetycznej lub seksualnej przyjemności.