Felieton

Okno z widokiem na kino

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Okno+z+widokiem+na+kino-89119
Nie istnieje coś takiego, jak "najlepszy film wszech czasów", a wszelkie rankingi szafujące tym tytułem są co najwyżej pretekstem do kawiarnianych sporów. Mimo to, ilekroć słyszę pytanie o ten jeden jedyny film, który umieściłbym w środku prywatnego kanonu odpowiadam niezmiennie i bez wahania: "Okno na podwórze" Alfreda Hitchcocka. Nie spotkałem jeszcze osoby, którą odpowiedź ta usatysfakcjonowała, ale na lepszą i prawdziwszą mnie nie stać. Uważam ów film za szczytowe osiągnięcie X muzy; każdy inny tytuł daje się bezpośrednio lub pośrednio do "Okna…" sprowadzić, a przynajmniej umieścić w zakresie problemów, jakie  "Okno…" porusza (tudzież uosabia).

Opowieść o przykutym do wózka inwalidzkiego fotoreporterze L. B. "Jeffie" Jeffriesie (James Stewart), odkrywającym morderstwo dokonane po drugiej stronie zwyczajnego podwórza w Greenwich Village, jest jednocześnie komedią, thrillerem i romansem; kinem, radiem i teatrem stopionymi w jeden spektakl. Hitchcock łączy napięcie i kryminalną anegdotę z konceptualnym użyciem dźwięku i scenografii, tak że  "Okno…" staje się dziełem totalnym, zasługującym jak mało które na przedrostek "arcy".

Co więcej, jest to film-szkatułka, zawierający kilka innych filmów, jako że każde mieszkanie, do jakiego zagląda ciekawski Jeff, jest rodzajem ekranu z toczącą się wewnątrz akcją i morałem do wysnucia. Hitchcock opowiada za pomocą słowa, ruchów kamery, muzyki, dźwięku i (nade wszystko) montażu, a jednocześnie pożytkuje własne doświadczenia z lat kina niemego, reżyserując aktorów w epizodach rozgrywających się bez słyszalnego dźwięku. "Okno na podwórze" streszcza cały dotychczasowy dorobek kinematografii, a zarazem wychyla się w stronę przyszłości spędzanej w masowej izolacji przed ekranami telewizora i laptopa. Główny bohater woli żyć podglądanym życiem cudzym, niż obdartym z tajemnic życiem własnym. Gdyby film rozgrywał się dzisiaj, Jeff z pewnością byłby internautą odkrywającym morderstwo dzięki uważnemu śledzeniu wciąż odświeżanej kolumny zmieniających się tweetów.

Tak jak inne wybitne filmy o nagłym odkryciu pierwiastka zbrodni w odłamku codzienności ("Powiększenie" Antonioniego, "Rozmowa" Coppoli, "Wybuch" De Palmy), "Okno na podwórze" jest przypowieścią o nieuchronności moralnych kompromisów. Wszystkie okna otaczające Jeffa dowodzą jako żywo, że małżeństwo jest instytucją opartą na złudzeniu – początkowy erotyczny szał (okno z lewej, z wiecznie zaciągniętą roletą kryjącą kochających się dniem i nocą nowożeńców) zmienia się w rutynę, a w końcu w rytuał nienawiści we dwoje (stąd morderstwo stanowiące oś akcji). Jednocześnie jednak samotność zostaje sportretowana jako stan równie niepożądany – stara panna z parteru chlipie co wieczór, a w końcu sięga po pigułki nasenne, podczas gdy kompozytor z prawej strony przeżywa komiczne udręki tworzenia w pojedynkę.

Lisa (Grace Kelly) pragnie ślubu, Jeff nie chce tracić wolności. Chwilowe skupienie na morderstwie z naprzeciwka pozwala obojgu na odsunięcie pytań o wspólną przyszłość, ale kwestia nie znika z pola widzenia, jako że dramat ich przyszłego związku rozgrywa się non-stop we wszystkich oknach wokoło (dodatkowo przypomina o nim wygadana pielęgniarka Stella, nie szczędząca ludowych mądrości i zagrana przez wybitną Thelmę Ritter, chodzące wcielenie czerstwego rozsądku).

   

Dynamika charakterów jest w  "Oknie…" równie ważna, jak kryminalna anegdota. Cały film pracuje na ostatnie ujęcie Lisy smakującej swój chwilowy tryumf: uziemiła Jeffa, który pod koniec ma nie jedną, a dwie nogi w gipsie, podczas gdy bohaterka z uśmiechem przegląda pisma o modzie. Robin Wood, autor najsłynniejszej analizy filmu, ma rację twierdząc, że jest on w istocie traktatem o nieprzystawalności modeli męskości i kobiecości, jakie proponuje nasza kultura. Zapomniał co najwyżej dopowiedzieć, że wariantów alternatywnych do tej pory znaleziono bardzo niewiele, a żaden z nich nie chroni od psychicznych ran, siniaków – i gipsu.

Co ciekawe, opowiadanie Cornella Woolricha, na podstawie którego John Michael Hayes napisał swój błyskotliwy scenariusz, było całkowicie pozbawione wątku matrymonialnego i jest dość odstręczające (posługuje się pierwszoosobową narracją człowieka ogarniętego obsesją oglądania). Hitchcock nie jest głuchy na odzywające się w głosie Jeffa nuty mimowolnej przyjemności, jaką czerpie z bliskości zbrodni – ale przełamuje je raz po raz humorem. W oryginale Woolricha o wiele wyraźniej wybrzmiewa uprzedmiotowienie obserwowanego mężczyzny przez uzbrojonego w lornetkę narratora. W pewnym momencie kręcący się w swym mieszkaniu morderca zostaje przyrównany do "pantery przemierzającej swą klatkę"; bohater wyraźnie napawa się grą o dominacje, jaka ma miejsce między nim a sąsiadem z naprzeciwka ("Dwa umysły z pojedynczą myślą, w moim przypadku wywróconą na nice. Jak pozostać w ukryciu; jak dojrzeć to, co ukrywane").

  

Filmy Hitchcocka można z grubsza podzielić na te, które opierają swą siłę na twórczym wykorzystaniu wielkich przestrzeni ("Północ, północny zachód", "Zawrót Głowy", "Ptaki") i filmy klaustrofobiczne, rozegrane w pojedynczych lokalizacjach (jak "Sznur", "Łódź ratunkowa" czy "M jak morderstwo"). "Okno na podwórze" plasuje się dokładnie w połowie drogi między tymi biegunami. Jest to film zarówno "usadzony", jako że kamera w zasadzie nie opuszcza mieszkania Jeffa, jak i "uwolniony" w tym sensie, że dany jest nam wgląd w tuzin zazębiających się ludzkich dramatów, ożywionych dzięki wszędobylskiemu wzrokowi Jeffa. Jeśli największym fetyszem całej twórczości Hitchcocka (tak w warstwie tematycznej, jak i sposobu realizacji samych filmów) jest kontrola, to  "Okno…" jawi się jako przykład kontroli totalnej – zostało w całości nakręcone w studio, a jednocześnie sugeruje chaos i niepoukładanie wycinka rozczochranej codzienności.

Tak jak każdy kamień milowy w historii kina, tak i "Okno na podwórze" doczekało się nie tylko sążnistych interpretacji w druku, ale i krytyki innego rodzaju – uprawianej środkami czysto filmowymi. Nie chcę nawet wspominać o fatalnym "remake’u" z roku 1998, w którym prawdziwy paraliż Christophera Reeve’a posłużył jako pretekst do przebudowania fabuły w tani kryminał. Istnieją jednak dwa filmy, które sięgnęły po oryginał w sposób wysoce oryginalny.

W 1991 roku eksperymentalny filmowiec Ernie Gehr nakręcił swoje własne "Rear Window": zdumiewający krótki metraż poddający w wątpliwość pojmowanie widzialności jako źródła wiedzy. Jego film to dziesięć minut rozbłysków i rozmazań: to schodzących się razem, to rozpływających w niebyt. Ilekroć widok z tytułowego okna nabiera realnych kształtów i możemy zobaczyć łopoczące na wietrze pranie, pole widzenia znów mutuje w luźne zbiorowisko plam. Oglądanie tego filmu jest jak trwające wyjątkowo długo rozklejanie powiek po długim, wyczerpującym śnie: symuluje otwieranie oczu na kłujące światło dnia.

Zupełnie innym – i równie wybitnym – przepracowaniem  "Okna…" jest wideo-remiks autorstwa Jeffa Desoma pt. "Rear Window Timelapse". Desom oddał hołd wartości, którą Hitchcock fetyszyzował w trakcie całej swojej kariery, a mianowicie ciągłości przestrzennej światów, jakie tworzył. "Timelapse…" zlepia różne fragmenty oryginału w jedno ultra-panoramiczne ujęcie, ukazujące całość tytułowego podwórza i prezentujące ogół rozgrywających się w nim zdarzeń jako nieprzerwane kontinuum. Nagle to, co trywialne (taniec modelki przy lodówce) i to, co przerażające (morderstwo i jego następstwa) stapia się w magmę jednej i tej samej przestrzeni – elementem wykasowanym jest bowiem spojrzenie Jeffa, służące nam za wskaźnik w wersji Hitchcockowskiej.

Najwspanialszym momentem arcydzieła Hitchcocka jest scena, w której domniemany morderca, Lars Thorwald (Raymond Burr), orientuje się, że jest obserwowany przez Jeffa. Burr unosi głowę i łamie naczelny zakaz kinowej iluzji: patrzy wprost w obiektyw. Spogląda w oczy Hitchcocka, Jeffa – i zarazem nas wszystkich. W tej jednej sekundzie dzieje się rzecz wielka: fikcja podnosi umęczony łeb, odwzajemnia nasze uparte spojrzenie i pyta każdego widza z osobna: "Dlaczego, do licha, nie zostawisz mnie w spokoju…?". Oto pytanie za sto punktów.
Udostępnij: