Artykuł

Pan Zemsta

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Pan+Zemsta-92287
W jego najnowszym filmie ofiarami "srogiej pomsty dokonanej w zapalczywym gniewie" są beneficjenci niewolnictwa na amerykańskim Południu. Czy zemsta całkiem zawładnęła wyobraźnią geniusza filmowego cytatu? A może dzięki niej niepostrzeżenie nasyca swoje "filmy o filmach" subwersywnymi treściami, przywracając kinematografii siłę sprawczą. Czy Quentin Tarantino zaprzągł popkulturę do naprawiania świata?


By nadać tempa karierze aktorskiej Quentin Tarantino gotów był posunąć się za daleko. W swoim resume napisał między innymi, że zagrał u Jean-Luca Godarda w "Królu Learze", mimo że nie miał z tym filmem nic wspólnego. Słusznie przekonany, że żaden z organizujących hollywoodzkie castingi agentów nigdy "Króla Leara" nie widział, miał przygotowaną całą serię anegdot o gwiazdach francuskiej produkcji i dziesiątki wyssanych z palca plotek z planu. Kłamstwo na długich nogach powróciło już po sukcesie reżyserskim Tarantino – okazało się, że uwierzył w nie choćby znany amerykański krytyk Leonard Maltin, umieszczając Quentina w obsadzie filmu w jednej ze swoich książek. Dziś można się tylko zastanawiać jak wielu dodatkowych widzów zyskał obraz Godarda dzięki temu pozornie nieistotnemu kłamstewku. Podobne fortele, aczkolwiek wykorzystywane w zupełnie innych celach, są fundamentem ostatnich produkcji Tarantino. Dobre kłamstwo to takie, w które chcemy wierzyć. Angażując się w nie emocjonalnie dostajemy od reżysera nagrodę, katartyczną ekstazę, która wynagradza emocjonalne zaangażowanie. Patrząc, jak płonąca taśma filmowa obraca w gruzy imperium Adolfa Hitlera, jesteśmy gotowi nie tylko zapomnieć o prawdzie, ale bez żadnych racjonalnych argumentów zacząć patrzeć na nią z zupełnie nowej perspektywy.

Historiozofia przemocy


Jedna z ciekawszych teorii fanowskich dotyczących bohaterów filmów napisanych bądź wyreżyserowanych przez Tarantino głosi, że wszystkie postaci zamieszkują tę samą alternatywną rzeczywistość, swego rodzaju wszechświat równoległy. To rzeczywistość daleko bardziej brutalna od naszej, w której kinematografia odgrywa znacznie istotniejszą rolę, zapewne ze względu na udany zamach na Adolfa Hitlera dokonany we francuskim kinie przez bandę niepatyczkujących się amerykańskich zakapiorów. Powiązania między filmami bywają proste – bracia Vincent i Vic Vega łączą "Wściekłe psy" i "Pulp Fiction", jeden z "bękartów", Żyd-Niedźwiedź, jest ojcem producenta filmowego Lee Donowitza z "Prawdziwego romansu", ale zdarzają się i bardziej wysmakowane – czy Mia Wallace nie jest przypadkiem aktorką grającą rolę Beatrix Kiddo w powstałym na bazie historii z porzuconego pilota "Fox Force Five" kinowym przeboju Tarantino "Kill Billu"? Wydaje się, że Tarantino konstruuje obraz alternatywnej Ameryki, która jak w krzywym zwierciadle, potrafi być komentarzem do współczesności. Jej fundamentem jest z pewnością całkowity brak poszanowania politycznej poprawności i skłonność do brania byka za rogi. Nieprzypadkowo QT tak irytuje konsekwentne stawianie znaku równości między Żydem a ofiarą w kontekście II Wojny Światowej. Zamiast opowiadać o zbrodniach Holokaustu, pokazuje Żydów spuszczających niemal sadystyczny łomot niemieckim oprawcom. Najlepszą drogą do katharsis, sugeruje reżyser, jest przełamanie kulturowo (również popkulturowo) utartego, zasklepionego schematu.

 
"Bękarty wojny"

Kontekst rewizjonistycznej historii pojawia się również przy komentarzach dotyczących "Django". Podejrzewam jednak, że na święte oburzenie Spike’a Lee mówiącego, że niewolnictwo nie było spaghetti westernem, lecz wymagającym poważnego tonu okrutnym ludobójstwem, Tarantino odpowiedziałby grymasem zniecierpliwienia. Jego "niepoważny" southern (bo trudno nazwać westernem film dziejący się od początku do końca na południu Ameryki) już wzbudził więcej entuzjastycznych i, przede wszystkim, spontanicznych reakcji Afro-Amerykanów niż jakikolwiek film o tematyce niewolniczej ostatnich kilku dekad. Bardziej wyważone produkcje, jak mówił w wywiadzie sam reżyser, w obliczu tak emocjonalnego tematu, przypominają grzeczne, uładzone i nudne telewizyjne obrazy spod znaku Hallmarku.

Kat ludobójców


Czy stworzenie folklorystycznego, niezłomnego czarnego herosa nie jest czasem doskonałym sposobem na złożenie godnego hołdu pokoleniom niewolników? Tarantino to przecież pięćdziesięcioletnie dziecko, artysta nie uznający sformułowań "nie wolno", "niepoprawny", "tabu". W jego domowej kolekcji ulubionych filmów raczej nie znajdziemy "Listy Schindlera" i nominowanego w tym roku w kilku kategoriach do Oskara "Lincolna". Autorowi "Bękartów wojny" w obliczu ludobójstwa nie wystarcza moralna wyższość i piętnowanie zła. Prawdziwe spełnienie daje tylko rozwalenie nazizmowi czaszki kijem bejsbolowym i to, co ważne, trzymanym przez ogromnego, bezlitosnego Żyda. Grający tę rolę Eli Roth opowiadał, że filmowe wspomnienia Holokaustu wzbudzały w nim jedynie głęboki żal i frustrację, a seans "Bękartów" był niemal seksualną satysfakcją, żydowskim mokrym snem, jak nazwał go producent Lawrence Bender. Tradycyjnie, sprawiedliwość w imieniu ofiar masowych morderstw wymierzają "inni" lub historia. Tutaj Hitler i całe dowództwo Rzeszy umiera z ręki żydowskiej dziewczyny. Nie inaczej jest w przypadku niewolnictwa. Jak zwrócił uwagę QT, w historii Ameryki dwa razy mieliśmy do czynienia z ludobójstwem. Podczas gdy eksterminacja Indian jego zdaniem doczekała się już przekonującego rozliczenia w kinematografii i polityce i raczej przebrzmiała już w dyskursie społecznym, niewolnictwo nadal jest tematem wstydliwym, o którym nie potrafią mówić ani artyści, ani politycy, nie popadając w banał i patos. Steven Spielberg każe nam w "Lincolnie" oglądać cyniczne targi nad abolicją, ale zmusza nas do patrzenia oczami męża stanu. Otaczają go zwolennicy lub przeciwnicy poprawki do konstytucji, ale to ludzie cywilizowani, pośrednicy, mówiący w imieniu bohaterów filmu Tarantino. Wszystko dzieje się na emocjonalnie jałowym biegu. Widzowie biorą udział w tworzeniu amerykańskiej historii, są świadkami zakończenia mrocznego okresu dziejów, wszyscy możemy poklepać się po kolektywnym ramieniu.

 
"Django"

W "Django" nie ma pośredników – wszyscy są winni. Gdy psy rozszarpują niewolnika, wszyscy zebrani wokół są odpowiedzialni, nieważne, czy trzymali smycz czy tylko beznamiętnie się przyglądali. Cała Ameryka, zdaje się mówić QT, jest unurzana we krwi. Jedynym sposobem, by wyzwolić ofiary z przypisanej przez historię roli, to pozwolić im własnoręcznie zatopić ostrze zemsty w oprawcach. Tylko gdy zaakceptujemy Django jako pełnoprawny mit założycielski amerykańskiej popkultury, będziemy gotowi rozmawiać poważnie o historii i rasizmie, jednocześnie nie popadając w absurdy politycznej poprawności. Podobnym kluczem można odczytywać "Death Proof", w którym reżyser korzystając z gatunkowej formy exploitation, dorzuca swoje trzy grosze o współczesnym statusie kobiety. Ten z pewnością najbardziej feministyczny z jego filmów pozwala seksownym, w pełni świadomym swego działania na mężczyzn, kobietom własnoręcznie wykastrować pozornie bezkarnego psychopatę. Klasyczny macho przegrywa, nie doceniwszy ich determinacji i siły, a reżyser do krytyki współczesnego mężczyzny przewrotnie korzysta ze starej konwencji filmowej, w której tradycyjnie kobiety były tylko bezinteresownie obnażającym się przed kamerą mięsem armatnim. "Chcemy, by kobiety były niezależne, silne. Ale tylko po to, żebyśmy mogli uprawiać z nimi seks bez zobowiązań. Byleby tylko nie były równe mężczyznom" – szydził w wywiadzie. Im bardziej absurdalne medium, tym łatwiej inteligentny odbiorca jest gotów odfiltrować z niego potężny moralny ładunek.
 
Zemsta na kinie  
      
Być może największym osiągnięciem Tarantino jest umiejętność godzenia w swej twórczości dwóch na pozór sprzecznych uczuć: nieposkromionej miłości do kina w jego najbardziej skrajnych przejawach oraz absolutnego przekonania o konieczności krytyki ulubionych filmów. W końcu właśnie one odpowiadają za budowanie nudnych stereotypów, które w swoich ostatnich obrazach Amerykanin konsekwentnie odrzuca. Postacie grane przez Christopha Waltza są tego doskonałym przykładem. W filmach o tematyce wojennej (zarówno w wersji hollywoodzkiej, jak i grindhouse'owej) nie ma miejsca dla pułkownika Hansa Landy. Zły nazista musiał być zaślepionym ideologią oszołomem, dobry – plastycznym jak glina, porwanym przez wir historii oportunistą z wyrzutami sumienia. Bohater QT jest indywiduum piekielnie inteligentnym i metodycznym, ale i wyzbytym jakiejkolwiek wiary w idee Wodza. Zdrada przychodzi mu równie łatwo jak zabijanie, jest w nim miejsce na fascynację amerykańską kulturą i wysublimowane poczucie humoru. Doktor Schulz jest figurą z przeciwnego bieguna, choć obdarzony podobnym wdziękiem i lekkością odbierania życia. To zabójca-intelektualista, który dzięki Django odkrywa, co znaczy być Niemcem. W jego późniejszych decyzjach przegląda się cały niemiecki romantyzm – od legendy o niezwyciężonej miłości Zygfryda i Brunhildy, po nieskalane piękno muzyki Beethovena.

 
"Bękarty wojny" / "Django"

Beatrix Kiddo zostaje pozbawiona oparcia w stereotypie dopiero w samym finale. Musi pogodzić w sobie bezwzględne dążenie do zemsty z matczynym instynktem – stworzenie idealnej matki-zabójczyni to tarantinowski majstersztyk; historia zemsty staje się opowieścią o godzeniu z własną tożsamością. Czarna Mamba, zabijając ukochanego psychopatę, najbardziej śmiertelnym z ciosów (tajemna Technika Pięciu Punktów Rozsadzająca Serce), właściwie potwierdza jego historyjkę o urodzonych mordercach. Tytułowy bohater ostatniej produkcji QT to również przykład rekonstrukcji klasycznego westernowego mściciela. Jesteśmy świadkami jego przemiany w pełnokrwistego twardziela, ale kiedy staje się wreszcie "najszybszym rewolwerem na Południu", przestaje być dla Quentina interesujący. Intrygujące jest samo "stawanie się" klasycznego jeźdźca znikąd. Reżyser bez mrugnięcia okiem rezygnuje również z innego westernowego evergreenu – pojedynku rewolwerowców, który najwyraźniej w filmie o niewolnictwie wydawał mu się anachroniczny. Łowcy nagród prowadzą tu raczej eksterminację złoczyńców, a strzelaniny wyglądają jak slapstickowe bitwy na balony napełnione wodą. Tarantino nie rozpieszcza dialogami, oczywiście są doskonałe, jak zawsze, ale celowo brak w filmie dygresyjnych pogaduch o pozornie nieistotnych sprawach, wizytówki QT. Każde słowo ma w "Django" fabularny, ale i etyczny cel, popycha opowieść do przodu i buduje w nas emocjonalną więź z bohaterami, jak w... klasycznym westernie. Rzeź klasyków ma jednak swoje granice.

Nasiąknięte cytatami z historii kinematografii obrazy Tarantino potrafią oszukać co mniej spostrzegawczych widzów. Pośród muzyki Ennio Morricone, motywów z kina klasy B i tryskającej radośnie czerwonej farby można pomyśleć, że chodzi o czystą rozrywkę. Temperatura dyskusji między wychodzącymi z kina widzami sugeruje co innego. Czy Żydzi skalpujący nazistów nie są czasem jak amerykańscy Indianie broniący się przed inwazją białego człowieka? Król popkultury najwyraźniej dopracował autorskie medium i wykorzystuje je w swoim planie wyrównywania krzywd. Obrzydliwa przemoc czyni świat lepszym?