Artykuł

Predator - myśliwy z kosmosu

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Predator+-+my%C5%9Bliwy+z+kosmosu-62863
Gdzie jest myśliwy z tamtych lat?

Zanim za sprawą, jak niektórzy określają, gryzącej własny ogon "sztuki sequelizacji" i skłonności do seryjności współczesnej kultury do kin wkroczy film "Predators" eksploatujący historię morderczego przybysza z kosmosu, warto sięgnąć pamięcią do dawnych dobrych czasów, gdy ów przybysz (jeszcze wtedy w liczbie pojedynczej) po raz pierwszy zawitał do kin (tudzież ich prowincjonalnej namiastki). A zatem, dawno, dawno temu w pewne upalne lato w ośrodku wypoczynkowym na prowincji, w naprędce zaaranżowanej świetlicy odbywa się wieczorny seans filmowy z kasety wideo. Mamy koniec lat 80., z jednej strony jeszcze odczuwalna zgrzebność PRL-u, a z drugiej strony coraz wyraźniejszy powiew Zachodu, w tym ponętnego amerykańskiego kina popularnego w witalnej choć może mało wyszukanej formie, pełnej kopniaków i wystrzeliwanych pocisków, ale też – jak dla mnie – świetnie zrealizowanego filmowego strachu ze stemplem firmowym Johna Carpentera czy baśniowości w "Willow".
   
Wracam do tego czasu z nostalgicznym westchnieniem nie tylko z powodu dziecięcych kinematograficznych przeżyć, które być może w sposób nieuchronny (choć i może nie do końca świadomy) wpływają na późniejsze filmowe gusta i sentymenty (tak na marginesie i żartobliwie, może zbytni idealizm jest konsekwencją dziecięcego uwielbienia dla amerykańskich czarno-białych bohaterów kina B klasy, któż to wie...). Wracam do przeszłości filmowych fascynacji nie tylko z powodu przedziwnej wspólnotowości tychże (specyficznych dla tamtego czasu) kinematograficznych przeżyć, lecz także z powodu niewątpliwego uroku i sposobu realizacji proponowanego przez ówczesne kino. Czasem kino to może wydawać się banalne, o zbyt dosadnym i jednoznacznym przesłaniu i o bardzo czytelnych znaczeniach. A biorąc pod uwagę współczesne efekty specjalne, oglądane po latach może rozczarować, to jednak jego niewyszukana uroda i konwencje bywają źródłem niesłabnącej intertekstualnej radości i... paradoksalnej długowieczności. Bo czy "mniej" nie znaczy czasami "więcej"? A zatem, kontynuujmy. Upalny wieczór sierpniowy, gdzieś w połowie turnusu publiczność od lat pięciu do stu pięciu wpatruje się w niewielki telewizor, a tam...

"Coś siedzi na drzewie..."

Filmowa historia oglądana na małym ekranie tamtego lata nie była fabularnie skomplikowana i w całej swojej prostocie skrywała pewien wcale interesujący haczyk (i całe mnóstwo logicznych niekonsekwencji, lecz któż oczekuje, że będzie logicznie?). Otóż, film "Predator" Johna McTiernana z roku 1987 opowiada o grupie świetnie wyszkolonych komandosów pod wodzą majora Alana ‘Dutcha’ Schaeffera (Arnold Schwarzenegger), którzy przybywają do pewnego kraju, gdzieś w Ameryce Środkowej, by odnaleźć i uratować wysoko postawionego urzędnika rządowego. Ten pechowiec wraz z doradcą miał nieszczęście rozbić się nad wrogim terytorium i zostać porwanym przez miejscowych partyzantów. Na miejscu żołnierze odnajdują szczątki helikoptera, i początkowo wszystko idzie zgodnie z planem, ale szybko okazuje się, że oddział komandosów zamiast spełniać funkcję ratunkową, został wykorzystany do załatwienia tzw. "brudnej roboty" na zlecenie CIA, i nie chodziło wcale o ratowanie kogokolwiek z opresji... 

"Predator" zaczyna się zatem jak mocne kino akcji, lecz po upływie pół godziny orientujemy się, że nie o polityczno-wojskową misję tu chodzi. Niedługo potem świadomość, że coś jest nie tak (i to bardzo!) zyskują również bohaterowie filmu. Z niedoszłych ratowników i profesjonalnych zabijaków stają się zwierzyną łowną dla pewnego niezrażonego upałem dżungli przybysza z przestrzeni kosmicznej. Dziwaczne? Nie mniej niż wiele współczesnych filmowych opowieści...


O samej postaci przybyłego z kosmosu doskonałego zabójcy, koncepcji i etapach jej powstawania (i odtwórcy jego roli, słynnym z wysokiej postury Kevinie Peterze Hallu) krążą legendy[1]. Finalny kształt stwora narodzić się miał z różnych inspiracji, natomiast wyraźne i rozpoznawalne cechy postaci (gdy staje się w końcu widzialna w całej krasie), tj. charakterystyczna "pajęcza" czy "insekto-podobna" szczęka, humanoidalna organiczno-technologiczna forma i wysoki wzrost mogą przywodzić na myśl bohatera filmowej serii o innym kosmicznym zabójcy – postać Obcego ze statku Nostromo. Tenże po (jakże widowiskowych i znajdujących swe miejsce w annałach kina!) narodzinach w roku 1978 pojawił się ponownie (w rozmnożonej już postaci) u Jamesa Camerona w "Obcym. Decydującym starciu" w roku 1986 na rok przed finalną realizacją "Predatora". Warto dodać, że nad postacią Predatora pracował Stan Winston, człowiek, dzięki którego wyobraźni i zdolnościom takie filmy (i postacie) jak "Terminator" i "Obcy" w wydaniu Camerona i "Coś" Carpentera mogły uzyskać swój ostateczny kształt.


Ten straszny kosmos

Pierwsza scena z filmu "Predator" bardzo czytelnie zresztą przywołuje pierwszą scenę ze wspomnianego już horroru "Coś" Carpentera (1982), opowiadającego o zamrożonym w lodach Arktyki organizmie z kosmosu, który przypadkowo przebudzony sieje spustoszenie. Organizm ten jest w stanie mutować, przybierać dowolny kształt i w ten sposób, sprawnie przenosząc się z jednego "żywiciela" na kolejnego, jest właściwie nie do pokonania w swojej morderczej witalności. Ów żywiciel, strawiony od środka, zostaje porzucony niczym pusta skorupa, a obcy organizm staje się coraz potężniejszy. Predator nie upodabnia się, nie imituje kształtów, choć posiada szczególny rodzaj kamuflażu, dzięki któremu skutecznie kryje się w dżungli. Posiada też zdolność do szybkiej regeneracji i jak w przypadku historii o Obcym jego materialna forma jest fantazją o człowieku (i zabójcy) doskonałym, posiadającym na poły organiczne, na poły mechaniczne perfekcyjne ciało, sprawne i potężne aż do absurdu. To spełnienie militarnych snów o potędze i koszmarów kultury popularnej tamtego czasu, przedmiot strachu i fascynacji jednocześnie.

   
W obu wspomnianych filmach przestrzeń kosmiczna jest wroga i pochodząca z niej obca, nieznana cywilizacja niesie śmierć. Obok zła atomowej zagłady, morderczej techniki, śmierć przychodząca z kosmosu (lub generalnie reprezentująca "inną", nieludzką cywilizację) była jedną z najbardziej widowiskowych i eksploatowanych. Kino lat 80. proponuje często wizję, w której światu – i ustalonemu porządkowi, znanej nam i mimo okrucieństwa, wciąż "ludzkiej" rzeczywistości – grozi niebezpieczeństwo nieprzewidywalne, czyniące ludzkość bezsilną pomimo technologicznych zdobyczy (choć za sprawą "E.T." Spielberga opowieść o kosmicznym gościu ma też w tym czasie swoją sympatyczną wersję).

   
Patrzenie w gwiazdy, które niesie niepokój zamiast ukojenia – to brzmi znajomo. Warto zauważyć, że "Coś" Carpentera nawiązuje i czerpie z filmu z lat 50. o przybyszu z kosmosu, zatem wiele filmów lat 80. wydaje się wpisywać mniej lub bardziej świadomie w kinematograficzne wcześniejsze konkretyzacje strachu, podejrzliwości i politycznego niepokoju, adaptując je "na potrzeby" końca czasów zimnej wojny. W "Predatorze" (prócz eksplozji przypominającej wybuch jądrowy) odnajdziemy więcej "politycznych" nawiązań.  Hiszpańskojęzyczne miejsce z partyzantami ukrytymi w dżungli celowo przywołuje klimat filmowych militarnych operacji Stanów Zjednoczonych. Warto zauważyć, że lata 80. to czas prezydentury Ronalda Reagana i nie bez przyczyny rozpoznajemy padające z ekranowego obozu partyzantów rosyjskie, czy też rosyjsko brzmiące, słowa – czytelny symbol ZSRR, zaznaczenie obecności zimnowojennej potyczki. Być może to też skromny ukłon w stronę antykomunistycznej polityki Reagana – bardzo drobny, ledwie zauważalny, bo i rok 1987 to czas, gdy ZSRR jest już pod przywództwem Gorbaczowa, który niejako "na wezwanie" Reagana będzie "mierzył się" z murem berlińskim. Obraz "żyjącej", niebezpiecznej dżungli przywołuje też czytelnie amerykańskie kino z Wietnamem w tle, wyobrażenia filmowej traumy i mit o ofierze, zbrodni i braterskiej, żołnierskiej przyjaźni. Te elementy nie zawsze są pierwszoplanowe, nie mają też wielkiego znaczenia dla przebiegu całej filmowej historii, film równie dobrze mógłby rozgrywać się na pustyni, lecz dzięki nim właśnie, "Predator" jest ciekawszy niż typowe kino "w zabijanego".

Męskie rozmowy i rytuały

Wraz z rozwojem filmowej akcji postać kosmicznego myśliwego zyskuje godnego przeciwnika w osobie żołnierza granego przez Schwarzeneggera. W ten sposób pierwotny scenariuszowy zamysł o starciu człowieka-herosa z potworem uzyskuje swoją konkretyzację. Bohater Schwarzeneggera szybko okazuje się dominować nad pozostałymi aktorami w tej filmowej rozgrywce i staje do przewidywalnej konfrontacji o wszystko. Jest tu symbolicznym reprezentantem ludzkości, uosabiającym pierwotną siłę mięśni i ludzką pomysłowość, kreatywność. Ta rola wydaje się nawiązywać do wcześniejszych ról austriackiego kulturysty z "Conana Barbarzyńcy" (1981), "Conana Niszczyciela" (1984), czy "Czerwonej Sonii" (1985). Podobieństwa to nie tylko eksponowanie, choć już znacznie dyskretniejsze (lecz konsekwentne rozwijane poprzez cały film) muskulatury aktora-herosa, lecz także konstrukcja postaci wojownika, który w pewnym momencie odrzuca dostępną mu technikę i staje (niemal dosłownie) nagi wobec obcej, złej (czy też nie zdolnej do dialogu i porozumienia) siły.
   
Grażyna Stachówna, pisząc o rolach Schwarzeneggera, podkreśla ich fantazmatyczny i męski charakter (to próba skonstruowania ekranowego wizerunku "męskości doskonałej"), zwracając uwagę na takie elementy, jak cielesność, brutalność i zdobywczość bohatera. "Świat przedstawiony jest męskim rajem, w którym silny i zdecydowany mężczyzna – kierując się wyłącznie przemocą i pierwotnymi instynktami – wychodzi cało z każdego niebezpieczeństwa, dokonuje zemsty, zabija wrogów, zdobywa kobiety (…), by ostatecznie zostać królem"[2]. Czy w "Predatorze" nie mamy sceny, gdy dzielny major ‘Dutch’ oddala się helikopterem z dziewczyną zabraną z obozu partyzantów? Dziewczyna ta spełnia zresztą w filmie kilka zadań, i tutaj też znajdziemy kilka podobieństw do kobiecych bohaterek z serii o Conanie. Kobieta z partyzanckiego obozu pełni rolę słabej, choć atrakcyjnej ofiary, nosicielki miejscowej kultury (to "opowiadaczka" legendy o demonie, który poluje na ludzi i kolekcjonuje trofea), towarzysz wyprawy z potencjałem wojownika (major ‘Dutch’ skutecznie jednak "odmawia" jej aktywnej roli w walce), a w końcu męska zdobycz, zapowiedź odprężenia i odzyskanego bezpieczeństwa.

 
Zatem, w "Predatorze" McTiernana dokonuje się ciekawy mariaż wcześniejszego emploi Schwarzeneggera z historią drapieżnego zła z kosmosu i męskiej militarnej przygody. Ujęcia, gdy major ‘Dutch’ przygotowuje się do finałowej potyczki z obcym łowcą, to ciekawy festiwal, by użyć określenia Stachówny, "męskich fantazmatów". Obfitość mięśni aktora prezentuje się w zmysłowym wysiłku, napięciu (konstruowanie pułapek), w aktywności i rytuałach wojownika. Warto wspomnieć scenę, w której ‘Dutch’, ten super-mężczyzna, nagi do pasa i pokryty warstwą maskującego błota (co nadaje jego ciału zwierzęcy i przez to jeszcze bardziej pierwotny i brutalny wygląd), wydaje bojowy okrzyk i wznosi rozpaloną pochodnię, rzucając wyzwanie potworowi. Ta scena nie tylko jest symboliczna, lecz także wyjątkowo malownicza.

Męskość w "Predatorze" jest mityczna, symboliczna i po amerykańsku "etnicznie" wieloskładnikowa (mamy ciemnoskórych żołnierzy, kowboja, Indianina, teutońskiego z urody wojownika ‘Dutcha’...). Manifestowana jest "grubymi" żartami, brutalnym zachowaniem, ostrym językiem (nawiasem mówiąc, polecam oglądanie filmu z lektorem; oto próbka żołnierskiego powitania: - "You son of a bitch!". Tłumacz, chcąc być wierny tej kumpelskiej żołnierskiej konwencji, przekłada: "Stary draniu!"). "Predator" jest też widowiskową feerią uzbrojenia i wystrzeliwanych pocisków, a obecność wszelkiego rodzaju broni, szczególnie dużego kalibru ("lepiej wypakujmy armaty!") wywołuje celowo wrażenie przesady – nawet noże są tutaj ogromne.


Komandosi z oddziału są ledwie naszkicowani jako bohaterowie, zaledwie kilka czytelnych konwencji, pozwalających na błyskawiczne klasyfikowanie - to twardzi goście, którzy zabijają bez zmrużenia oka, celebrują męską przyjaźń i zdawkowość, prędko strzelają i jeszcze szybciej giną w nierównej (czytaj: bohaterskiej) walce z potworem. Męska, chłopięca (a może nawet dziecięca nieco z ducha) opowieść heroiczna o walce dwóch gigantów do spółki z politycznym tłem, kontekstem i realizatorską pomysłowością (rekompensującą niedostatek budżetu) okazała się strzałem w dziesiątkę. Predator, zabójczy łowca, zyskał swoje miejsce wśród ulubionych potwornych (i poczwarnych) bohaterów kina.  

Kolejna filmowa opowieść rozwijająca wątek niezwykłego myśliwego z kosmosu, przesuwa zgodnie z prawami seryjności środek zainteresowania w stronę eksploatacji natury i pochodzenia tego nieludzkiego wojownika, stawiając go w centrum widzenia kamery. Czy "najnowsza" odsłona opowieści dorówna choć w części dawnym filmowym przeżyciom? Jeśli bohater (bohaterowie) "z dredami" i "pajęczą" żuchwą zyska (zyskają) wystarczająco nośny filmowy kontekst i godnego kontrbohatera, przeciwnika, spełniającego warunki herosa, to jest to możliwe... W razie rozczarowania, nic straconego, zawsze można powrócić do "pierwotnej" historii, która wciąż dobrze się trzyma.

***

PRZYPISY:
1.  Wiele interesujących ciekawostek dotyczących realizacji filmu można znaleźć na: http://www.kmf.org.pl/fx/predatormenu.html.
2.  Zob. Grażyna Stachówna, Arnold Schwarzenegger w hollywoodzkim systemie filmowym, "Kino" 1996 nr 1, s. 30.
Udostępnij: