Artykuł

Snuff, czyli śmierć na ekranie

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Snuff%2C+czyli+%C5%9Bmier%C4%87+na+ekranie-78956
Hipotetyczna impreza: gdzieś między czwartą a piątą, między zgonem a ostatecznym zrozumieniem wszystkich prawd Wszechświata, między Rygą a Shangri-Lą. Najtwardsi siadają do komputera, aby szukać dodatkowej stymulacji w grzesznych odmętach Internetu. Demotywatory, Kwejk, YouTube, RedTube. I wreszcie jest: jakiś imprezowicz posunął się o jeden "Enter" za daleko i włączył filmik, na którym spasiony facet w skórzanej masce szlachtuje przywiązaną do krzesła kobietę. Ktoś upuszcza papierosa na dywan, ktoś przestaje się śmiać, nikt nie chce powiedzieć tego na głos, ale wszystkim dźwięczy w głowie ten sam obrzydliwy truizm: ciekawość to pierwszy stopień do Piekła.


Ciekawość to pierwszy stopień do Piekła, jednak to właśnie ona w dużej mierze leży u podstaw zainteresowania kinem transgresyjnym. Horror, gatunek najbardziej otwarty na ekstremalne treści, od samego początku robił wszystko, aby zintensyfikować doznania płynące z odkrywania zakazanych stref: od coraz bardziej wiarygodnych  efektów gore po przeróżne zabiegi stylistyczne, mające skrócić dystans między ekranem a fotelem. W tym sensie najbardziej logicznym kierunkiem ewolucji gatunku są produkcje spod znaku "Blair Witch Project" (1999) czy "Paranormal Activity" (2007), które za pomocą quasi-realistycznej stylizacji lub strategii marketingowej starają się na wszystkie sposoby przebić pancerz bezpiecznego modelu odbioru. Nawet jeśli nie udaje im się to w stu procentach, to ich zawrotna popularność obnaża atawizm rządzący oglądającą horrory widownią, desperacko pragnącą strachu wydestylowanego z roztworu fikcji; chcącą spojrzeć w twarz prawdziwemu Złu, które dotychczas dostawała w formie zapośredniczonej przez kinowe konwencje. Najbardziej dosadną – i złowieszczą – odpowiedzią na takie oczekiwania mogą być filmy snuff, zwane też "filmami ostatniego tchnienia".

"Snuff" znaczy "zgasić" – słowo wywodzi się z londyńskiego slangu; stosowano je wobec zmarłych na jakąś chorobę lub wskutek wypadku. Autorzy książki "Killing for Culture" w następujący sposób definiują snuff: "Film, który pokazuje zabójstwo człowieka – przygotowaną do utrwalenia na taśmie i pozbawioną efektów specjalnych ofiarę – oraz krążący w środowisku ludzi zblazowanych i poszukujących mocnych wrażeń". Ten zwrot pojawił się po raz pierwszy w książce "The Family: The Story of Charles Manson's Dune Buggy Attack Battalion", gdzie pada przypuszczenie, jakoby Rodzina Charlesa Mansona rejestrowała część swoich zbrodni. Na podobny pomysł wpadali inni mordercy: Charles Ng i Leonard Lake lub Paul Bernardo i Karla Homolka, którzy kręcili dokonywane przez siebie gwałty i tortury.


"Głębokie gardło"

Eksploatacja ciała, jaka jest przedmiotem filmów snuff, czyni z nich złego brata bliźniaka pornografii. Linda Lovelace, kiedy minęła jej euforia spowodowana udziałem w legendarnym "Głębokim gardle", twierdziła, że kobiety grające w produkcjach XXX są mordowane przed kamerą lub tuż po jej wyłączeniu, gdy przestają być komukolwiek potrzebne. Natomiast Linda Williams, autorka monumentalnej analizy różowego kina pod tytułem "Hard Core: Władza, rozkosz i szaleństwo widzialności", pisała, że w mniemaniu wielu porno daje możliwość sportretowania przyjemności i odkrycia sekretów damskiego ciała. W przypadku nagrań snuff "odkrywanie sekretów ciała" równa się wybebeszeniu, a "szaleństwo widzialności" osiąga tak wysoki poziom, że dalej znajdują się już tylko izolatka i kaftan bezpieczeństwa.

*
Odwoływanie się do snuff w kinie zawsze w jakimś sensie ma charakter moralny: testuje i nagina granice, wyznacza bieguny Dobra i Zła. Zanim jeszcze termin ten został wprowadzony do powszechnego użytku, o mężczyźnie zapisującym na celuloidzie obrazy własnych zbrodni opowiedział Michael Powell w "Podglądaczu" (1960), filmie, który wywołał falę krytyki i praktycznie zrujnował jego karierę. Po latach, kiedy "Podglądacz" zmienił status z wyklętego na kultowy, powody takiej reakcji wydają się jasne. Brytyjski reżyser dużo brutalniej niż Hitchcock w "Oknie na podwórze" obnażył mechanizmy rządzące odbiorem – w czasie seansu widzowie przestawali być ukryci w ciemności; patrząc z mieszanką strachu i fascynacji na inscenizowane przez Powella morderstwa, stawali się niemalże równi tytułowemu  psychopacie. W podobny, choć niezaplanowany sposób działa "Snuff" (1976), exploitation zainspirowane historią rodziny Mansona, w którego finale z "fabuły" przenosimy się na plan filmu, gdzie przy wciąż włączonych kamerach jeden z członków ekipy torturuje i zabija aktorkę. Taki niemalże awangardowy zabieg, używany m. in. przez Andrzeja Żuławskiego czy Davida Lyncha, nie służy jednak sprawdzeniu, czy widzowie przyklasną okrucieństwu również w "realu" – to tylko tandetny chwyt promocyjny, mający swojego czasu przyciągnąć do kin ludzi łaknących taniej sensacji. O tym, że podobne chwyty potrafią wymknąć się spod kontroli, przekonał się Ruggero Deodato, kiedy aresztowano go z powodu podejrzenia, że jego utrzymani w konwencji found footage  "Nadzy i rozszarpani" (1980; aka "Cannibal Holocaust") są naprawdę filmem ostatniego tchnienia.


"Podglądacz"

Na mapie większości filmowych uniwersów podziemie snuff to jądro ciemności, które poprzedza mroczny i wilgotny przedsionek: przemysł XXX. Tak właśnie jest w "Dwóch światach" (1979) Paula Schradera, w których konserwatywny mężczyzna opuszcza przytulną krainę mszy i rodzinnych obiadków, aby spróbować odszukać zaginioną córkę pośród prostytutek, pornografów i morderców. Podobną odyseję odbywa prywatny detektyw z "Ośmiu milimetrów" (1999) Joela Schumachera, obdarzony umęczoną twarzą Nicolasa Cage’a i wyruszający na spotkanie ludzi, dla których śmierć może być sztuką. Postać reżysera wierzącego, że droga artystycznej transgresji prowadzi niezmiennie ku zbrodni, pojawia się również w "Serbskim filmie" (2010). W tym jednym z najbardziej szokujących horrorów ostatnich lat taśmy snuff jawią się jako wyparte wyrzuty sumienia – zmanipulowany aktor porno, niczym imprezowicze z "Kac Vegas", próbując załatać dziurę wyrwaną w jego pamięci przez narkotyki, odnajduje w końcu nagrania dokumentujące jego kolejne ekscesy, ze zgwałceniem swojego małego synka na czele. Natomiast w "Odważnym" (1997) Johnny’ego Deppa poniesienie przez bohatera śmierci przed kamerą to nie grzech czy krwawa awangarda, tylko niemalże chrystusowa ofiara, zstąpienie do Podziemia, aby zarobić pieniądze dla cierpiącej biedę rodziny.

 
"Srpski film"

Z oferowanego przez stylizację na rozedrgany, ziarnisty film snuff efektu szoku skwapliwie skorzystali twórcy kina gore, które przez to osiągnęło wyjątkowo ekstremalny i minimalistyczny wymiar. Jeśli w klasycznych produkcjach spod znaku piły mechanicznej trzymano się tradycyjnych historii, jedynie kumulując drastyczne efekty i poświęcając antagonistom tyle samo czasu ekranowego co protagonistom, to w nowej generacji krwawych horrorów zaczęto wytapiać z fabuł wszystko poza przemocą. Najlepszy tego przykład stanowi japoński "Królik doświadczalny 2: Kwiat ciała i krwi" (1985) , opowiadający o niefortunnym spotkaniu anonimowej dziewczyny z sadystą w zbroi samuraja, gdzie nie ma już żadnego fabularnego mięsa – jest tylko mięso dosłowne, okaleczane w tak realistyczny sposób, że Charlie Sheen po obejrzeniu filmu wziął go za dokumentację prawdziwej zbrodni. Prawdopodobnie punktem granicznym całego nurtu jest "August Underground's Mordum" (2003), środkowa część hiperbrutalnej trylogii, przypominającej "home movies" komuny zwyrodnialców. Epizodyczna narracja prowadzi tam od jednego wybuchu przemocy do kolejnego, a ich zwieńczenie stanowi scena gwałtu na martwej i mocno już nadgniłej dziewczynce.

*

Przemysł snuff nie istnieje – mówią w kolejnych filmach wytatuowane i podejrzane typy, aby zniknąć po tym za drzwiami swoich domów i piwnic, gdzie będą przy włączonej kamerze centymetr po centymetrze ćwiartować niewinnych obywateli. Przemysł snuff nie istnieje – można przeczytać w kolejnych książkach i artykułach, jednak ten paranoiczny fantazmat pozostaje wciąż żywy. Podsycają go kampanie reklamowe takich filmów, jak "Snuff", które chociaż na chwilę pozwalają uwierzyć w istnienie mrocznego podbrzusza codziennej rzeczywistości. Podsyca je również Internet, bastion wolności słowa i dezinformacji, gdzie nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone, a najwyższą instancją staje się Wikipedia. To właśnie tam można przeczytać spekulacje na temat tego, czy "First Transmission" (1982), zawierający m.in zapis okultystycznych rytuałów, dokumentuje rzeczywiste okrucieństwo, czy w klasyku włoskiego gore zatytułowanym "Mroczny instynkt" (1979) wykorzystywano prawdziwe zwłoki i w ilu procentach seria eksploatacyjnych dokumentów "Oblicza śmierci" (1978-1996) pokazuje faktyczne zgony.


Jeśli trafienie na film, na którym w imię zwyrodniałego widowiska zabija się człowieka, przypominałoby złapanie na gorącym uczynku Świętego Mikołaja i Wróżki Zębuszki, to zdobycie nagrań śmierci zwierząt nie jest już aż takim problemem. "Crush movies" to krótkie scenki, w czasie których ktoś, zazwyczaj skąpo ubrana kobieta, rozdeptuje żaby, króliki lub kocięta – są one przeznaczone dla osób z tzw. "fetyszem roztrzaskiwania" i ścigane w wielu krajach jako nielegalne. W imię sztuki lub szoku Ruggero Deodato zabił na planie "Nagich i rozszarpanych" aż siedem zwierząt, co przysporzyło mu kłopotów z dystrybucją i wyrzutów sumienia – po latach sam przyznał, że nie był to najlepszy pomysł. Także Lars von Trier, chcąc jeszcze bardziej niż zazwyczaj pognębić widza, podczas kręcenia "Manderlay" (2005) uśmiercił osła, jednak ostatecznie postanowił nie włączać tej sceny do właściwej wersji. Sceny okrucieństwa wobec zwierząt wmontował do swojego "Nekromantika" (1987) Jörg Buttgereit, tłumacząc, że chciał zadać widzom kluczowe dla fenomenu snuff pytanie, czy fascynacja celuloidową przemocą przetrwa w starciu z rzeczywistością. Być może odpowiedzią na nie jest kultowy status tego undergroundowego klasyka.

 
"Jackass 3D"

X Muza wciąż szuka drogi ku coraz większej realności i namacalności. Na ekrany wchodzi właśnie "Paranormal Activity 3" (2011), a od ponad dekady arthouse’owi i niezależni twórcy pokroju Michaela Winterbottoma, Larry'ego Clarka czy Patrice'a Chereau na potęgę umieszczają w swoich dziełach sceny niesymulowanego seksu. Niektórzy uważają, że filmy ostatniego tchnienia – tak jak niegdyś pornografia – zaczęły marsz w stronę mainstreamu, vide John Waters, który umieścił "Jackass 3D" w zestawieniu najlepszych premier 2010 roku, nazywając go "snuffem, z nieznanego powodu powszechnie akceptowanym przez amerykańską, ubraną w białe kołnierzyki i oddaną wartościom rodzinnym publikę". Może te słowa są nieco na wyrost, jednak finansowy sukces, jaki odniósł ten pokazujący kalejdoskop przemocy i upokorzenia film, stanowi dowód na to, że ciekawość nie jest tylko pierwszym stopniem do Piekła, ale i na szczyt box office'u.
Udostępnij: