Diana Dąbrowska

Jean-Paul Belmondo: Łobuz nigdy nie traci tchu

Persona
/fwm/article/Jean-Paul+Belmondo%3A+%C5%81obuz+nigdy+nie+traci+tchu-143795
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Donald+Trump+w+kinie%3A+Pennywise+w+noc+oczyszczenia-140809
HOTSPOT

Donald Trump w kinie: Pennywise w noc oczyszczenia

Podziel się

W swoim najnowszym artykule dla Filmwebu Jakub Majmurek opisuje, jak prezydentura Donalda Trumpa zapisała się w kulturze reprezentowanej przez kino.

W swoim najnowszym artykule dla Filmwebu Jakub Majmurek opisuje, jak prezydentura Donalda Trumpa zapisała się w kulturze reprezentowanej przez kino. 

Z pewnością można powiedzieć, że amerykańskie kino i cały show-biznes prezydenturę Trumpa silnie przeżyły i mocno na nią zareagowały. Trump skrajne reakcje w tym środowisku wywoływał zresztą na długo, zanim zajął się polityką.

***

20 stycznia 2021 roku o 17 amerykańskiego czasu wschodniego kończy się pierwsza i jak dotąd ostatnia kadencja Donalda Trumpa. Historycy długo będą spierać się na temat jej wpływu na amerykańską rzeczywistość: polityczną, społeczną, gospodarczą i kulturową. W tym na kino i całą audiowizualną popkulturę. Kolejni amerykańscy prezydenci odciskają bowiem swoje piętno na tym, co widać na wielkich i małych ekranach. Historyczki filmu od dawna piszą o fenomenie "kina reaganowskiego": filmach takich jak trzy pierwsze odsłony "Rambo" (1982-88), "Zaginionego w akcji" (1984-88), które próbują przekuć klęskę w Wietnamie w moralne zwycięstwo i symbolicznie odwrócić kontrkulturową rewolucję lat 60. Kadencja Busha juniora to cały szereg telewizyjnych i filmowych produkcji krążących wokół problemu "wojny z terrorem": od kolejnych sezonów "24 godzin" (2001-10) przez "Lot 93" (2006) po zaskakująco – biorąc pod uwagę poglądy reżysera – wpisujące się w neokonserwatywną retorykę "World Trade Center" (2006) Olivera Stonea. Dwie kadencje Clintona, "szczęśliwa dekada" między "końcem komunizmu i horrorem terroryzmu" (by użyć frazy Philipa Rotha), gdy wszystkim wydawało się, że historia osiągnęła swoje spełnienie w demokracji liberalnej i społeczeństwie konsumpcyjnym, to w amerykańskim kinie okres dominacji postmodernistycznej estetyki pastiszu, cytatu, nostalgii i ironii.

Czy analogicznie możemy mówić o "kinie (ery) Trumpa"? Z pewnością nie w sensie zestawu filmów czy seriali, które wyrażałyby na ekranie bliską prezydentowi i jego zwolennikom ideologię. Z pewnością jednak można powiedzieć, że amerykańskie kino i cały show-biznes prezydenturę Trumpa silnie przeżyły i mocno na nią zareagowały. Trump skrajne reakcje w tym środowisku wywoływał zresztą na długo, zanim zajął się polityką.

Nasz ulubiony złoczyńca

Pod koniec lat 50. amerykańska telewizja CBS nadaje westernowy serial "Trackdown". Akcja rozgrywa się w Teksasie w latach 70. XIX wieku. Bohaterem jest Strażnik Teksasu Hoby Gilman przemierzający stan w poszukiwaniu zbiegów. W jednym z odcinków trafia do małego miasteczka, jakich w westernach wiele. W tym samym czasie odwiedza je niejaki doktor Walter Trump. Trump przestrzega mieszkańców, że w nocy na ich domy spadnie deszcz meteorytów, który zniszczy wszystko, co posiadają. Tylko Trump – jak twierdzi – może go powstrzymać. "Zbuduję wokół waszych domów nieprzenikniony mur" – obiecuje. Całe miasteczko jak zahipnotyzowane poddaje się jego urokowi. Sceptyczni mieszkańcy nie mają odwagi, by przeciwstawić się większości. Tylko dzielny Hoby próbuje zdemaskować Trumpa jako oszusta.

Fragmenty starego serialu z doktorem Trumpem przypomniał w swoim dokumencie "Amerykański chaos" (2018) – portretującym zwolenników Donalda Trumpa w trakcie wyborów prezydenckich z 2016 roku – James D. Stern. Klip stał się hitem liberalnego internetu w Stanach. Nie tylko dlatego, że Donald Trump także obiecywał budowę wielkiego muru. Dla amerykańskiej liberalnej opinii publicznej Trump – pod maską multimiliardera, człowieka sukcesu i gwiazdy nowojorskiej socjety – zawsze miał w sobie coś z szemranego biznesmena, zawodowego oszusta, sprzedającego naiwnym po jarmarkach cudowne środki na porost włosów i reumatyzm. Stern porównuje fikcyjnego Waltera Trumpa do czarnoksiężnika z krainy Oz – z czasów, gdy ten był jeszcze magikiem objeżdżającym festyny w Kansas, nie władcą Szmaragdowego Grodu. Nietrudno zgadnąć, że Stern w podobny sposób myśli o Donaldzie.

Nie inaczej na odchodzącego prezydenta patrzyli twórcy filmowi i telewizyjni na długo, zanim ktokolwiek na poważnie mógłby przypuścić, że Trump zostanie prezydentem. W 2000 roku w odcinku "Simpsonów" zatytułowanym "Bart to the Future" Bart Simpson dostaje szansę wglądu we własną przyszłość. W wizji Barta jego siostra, Lisa Simpson, zostaje pierwszą prezydentką Stanów. Przejmuje kraj w ruinie – poprzednim prezydentem był bowiem Donald Trump. Scenarzysta odcinka Dan Greaney mówił w 2016 roku, że prezydentura Trumpa wydawała się mu wtedy idealnym symbolem Ameryki, która "oszalała" i "sięgnęła dna".

"Spimpsonowie"
Z jednej strony kino ostrzega Amerykę przed ambitnym deweloperem, z drugiej pozwala mu ocieplać wizerunek celebryckimi cameo.
Jakub Majmurek
Dekadę wcześniej Trump zainspirował postaci dwóch złoczyńców z kina nowej przygody. Pierwszy to Biff Tannen z drugiej części "Powrotu do przyszłości" (1989) Roberta Zemeckisa. Wracając do 1985 roku z wyprawy do 2015, Marty McFly znajduje się w alternatywnej, przerażającej wersji znanej mu rzeczywistości. Jego rodzinnym miasteczkiem, Hill Valley w Kalifornii, rządzi Biff Tannen – w pierwszej części przemocowy szef i szkolny prześladowca ojca Marty'ego. W alternatywnym 1985 roku ojciec Marty'ego nie żyje, a matka chłopaka tkwi uwięziona w nieszczęśliwym małżeństwie z Biffem.

Biff jest jednym z najbogatszych ludzi w kraju, swoich pieniędzy używa do wpływania na politykę i prawo – doprowadza na przykład do legalizacji hazardu. Kasyno Biffa w Hill Valley jest jednocześnie izbą pamięci, zbudowaną ku chwale swojego właściciela. Akcja filmu toczy się w 1985 roku, rok po tym, jak Trump otworzył swoje pierwsze kasyno w Atlantic City. Biff z drugiej części "Powrotu" ma też fryzurę przypominającą charakterystyczny zaczes amerykańskiego prezydenta. Twórcy filmu otwarcie przyznali zresztą po latach, że Trump był dla nich inspiracją przy konstruowaniu postaci Biffa.

Nawiązań do odchodzącego amerykańskiego prezydenta nietrudno też dostrzec w postaci Daniela Clampa z drugiej części "Gremlinów" (1990). Clamp jest deweloperem w Nowym Jorku. Wznosi wielkie wieżowce, oprócz tego ma telewizję kablową, sprzedaje książkę, w której wyjaśnia, jak odniósł sukces, oraz różne produkty opatrzone swoim nazwiskiem. W jego wieżowcu na Manhattanie pracują znani z pierwszej części filmu Billy i Kate. W nim też dojdzie do inwazji gremlinów, którą bohaterowie będą próbowali powstrzymać, zanim ogarnie cały Nowy Jork.

Biff z drugiej części "Powrotu" nie ma żadnych pozytywnych cech, reprezentuje wszystko to, co najbardziej mroczne, podłe i przemocowe w amerykańskiej kulturze. Z Clampem sprawa jest bardziej skomplikowana. W pierwszej wersji scenariusza miał być jednoznacznym złoczyńcą. Ostateczna wersja filmu pozwala mu jednak na ewolucję. Clamp jest głupi, próżny, nie widzi niczego poza własnym interesem, ale w finale filmu przechodzi przemianę: przyznaje, że jego wieżowiec zbudowany był "bardziej dla przedmiotów niż ludzi" i obiecuje tworzyć bardziej przyjazne człowiekowi i małym biznesom przestrzenie.
 
Ta przemiana dobrze pokazuje dwuznaczny stosunek show-bizesu do Trumpa z jego przedprezydenckiego okresu. Z jednej strony kino ostrzega Amerykę przed ambitnym deweloperem, z drugiej pozwala mu ocieplać wizerunek celebryckimi cameo w szeregu filmowych i telewizyjnych produkcji. Od "Kevina samego w Nowym Jorku" (1992) przez "Seks w wielkim mieście" (1998-2004) i "Pomocy domowej" (1993-99) po "Celebrity" (1998) Woody'ego Allena, "Zoolandera" (2001) i "Dwa tygodnie na miłość" (2002). Gdy Trump ogłasza swoje prezydenckie ambicje przed wyborami w 2012 roku – Obama walczy wtedy o reelekcję – gwiazdy nie mają litości. "Donald, podobno chcesz się ubiegać o prezydenturę i wprowadzić się do Białego Domu. Czemu nie? To nie byłaby pierwsza czarna rodzina, którą eksmitowałeś" – szydził w 2011 roku Snoop Dogg w trakcie roastu Trumpa zorganizowanego przez Comedy Central. Wtedy Trump ostatecznie nie wystartował, ale gdy w 2013 znów zapowiedział start w 2016, John Oliver kpił: "zrób to, ten kraj nie chce żebyś został prezydentem, ale bardzo chce, żebyś wystartował".

 "Dwa tygodnie na miłość"
Reality show "Aplikant" pomogło wykształcić przekonanie, że Donald Trump jest postacią prezydenckiego formatu.
Jakub Majmurek
W tym samym czasie milionowa publiczność nieśledząca na co dzień liberalnej satyry politycznej oglądała Trumpa w reality show "Aplikant", gdzie przez czternaście sezonów odgrywał rolę wybitnego, zdecydowanego biznesmena. Jak w dokumencie "Potrzebny mi Roger Stone" (2017) wyjaśnia tytułowy bohater – prawicowy ekspert od marketingu politycznego – to właśnie to show pomogło wykształcić w politycznie niewyrobionej części amerykańskiego elektoratu przekonanie, że Donald Trump jest postacią prezydenckiego formatu. Trump to prezydent, który do polityki wkracza prosto z ekranu. To telewizja stworzyła warunki, w którym ta prezydentura – przerażająca medialne, telewizyjne i filmowe elity – okazała się czymś do pomyślenia.

Pennywise w noc oczyszczenia


Trump nie wygrałby przy tym wyborów, gdyby przekaz kończącego kadencję prezydenta nie trafiał w realne nastroje społeczne. Kino niekiedy potrafiło je wyczuć, zanim zostały politycznie wyartykułowane. Gdybym miał wskazać kilka produkcji najlepiej oddających emocje, które uczynią zaskakujące zwycięstwo Trumpa w 2016 roku możliwym, wymieniłbym przede wszystkim serię filmów "Noc oczyszczenia" (2013-18). Rozgrywają się one w bliskiej przyszłości. Ameryka została zrewolucjonizowana przez partię Nowych Ojców Założycieli. Jej największą polityczną innowacją jest tytułowa "noc oczyszczenia": raz do roku, od wschodu do zachodu słońca zawieszone zostaje prawo. Dozwolone są wszystkie zbrodnie, łącznie z mordem. Jak widzimy w kolejnych odsłonach cyklu, tytułowe "noce oczyszczenia" zmieniają się w pogromy wymierzone w mniejszości rasowe i osoby najuboższe. Ostatni do tej pory film z serii, prequel pozostałych ("Pierwsza noc oczyszczenia" z 2018 roku), pokazuje zresztą, że taka od początku była intencja Nowych Ojców Założycieli: chodziło o sposób na eliminację zależnej od pomocy społecznej biedoty, oszczędności dla budżetu i zachowanie stylu życia białej klasy średniej, pozbawionej komfortu przez rozwarstwienia społeczne i rosnącą rolę mniejszości w amerykańskim społeczeństwie.

Co to ma wspólnego z Trumpem? Amerykański prezydent odwołuje się do tych samych lęków i emocji, co Nowi Ojcowie Założyciele. Do lęków klasy średniej o utratę statusu; lęków białych, niezdolnych wyobrazić sobie Stanów jako prawdziwie wielorasowej i wielokulturowej demokracji; lęków przed przestępczością, biednymi i "klasami niebezpiecznymi". Koalicja społeczna, jaka w filmach umożliwia trwanie tytułowej nocy oczyszczenia, przypomina tę, która w realnym świecie wsparła Trumpa: składają się na nią fanatyczni zwolennicy prawa do noszenia broni, biali suprematyści, osuwająca się w autorytaryzm klasa średnia. Wreszcie, dla zwolenników Trumpa, jego prezydentura, interakcje z wyborcami, masowe wiece są trochę jak filmowa "noc oczyszczenia": pełnią funkcję mrocznego karnawału, podczas którego można dać upust najbardziej agresywnym, aspołecznym i nihilistycznym afektom, które współczesna amerykańska kultura nakazuje na co dzień tłumić. Doskonale widać to było w środę 6 stycznia, gdy podburzeni przez Trumpa i jego prawnika Rudy'ego Giulianiego zwolennicy prezydenta zaatakowali budynek amerykańskiego Kongresu. Przerażeni deputowani do Izby Reprezentantów i senatorowie musieli ukrywać się przez kilka godzin przed wściekłym tłumem. To sceny wprost jak z którejś z części cyklu. Na myśl przychodzi zwłaszcza "Noc oczyszczenia: Czas wyboru" (2016), gdzie kandydatka na urząd prezydenta obiecująca skończyć z tradycją tytułowej nocy musi przetrwać jedną z nich, ścigana przez zbirów nasłanych przez Nowych Ojców Założycieli.

"Pierwsza noc oczyszczenia"
Twórcy "Kultu" sugerują, że Trump wyzwala siły, rozsadzające amerykańskie społeczeństwo wzdłuż wszelkich możliwych linii podziału.
Jakub Majmurek
Gatunkowo "Noce oczyszczenia" dają się zakwalifikować jako postapokaliptyczny horror. I to właśnie film grozy wydaje się gatunkiem szczególnie wyrażającym nastroje filmowców w erze Trumpa. Jego prezydentura zbiega się ze szczytem popularności tej konwencji i wysypem należących do niej wysokoartystycznych produkcji. Ich związek z problemami uosabianymi przez obecnego prezydenta jest różny. Bezpośrednio podkreślają go takie produkcje jak siódmy sezon "American Horror Story", "Kult" (2017). Wygrana Trumpa w wyborach prezydenckich uruchamia wydarzenia, które zmieniają małe miasteczko w piekło. Radny zostaje zamordowany, młody mężczyzna pobity przez grupę Latynosów. Mnożą się kolejne mordy i akty przemocy. Miasteczko terroryzowane jest przez grupę psychotycznych, morderczych klaunów, za którą stoi sekta dowodzona przez młodego mężczyznę, wyglądającego jak skrzyżowanie Charlesa Mansona i skrajnie prawicowego internetowego trolla.
 
Twórcy "Kultu" sugerują, że Trump wyzwala siły, rozsadzające amerykańskie społeczeństwo wzdłuż wszelkich możliwych linii podziału: społecznych, politycznych, ekonomicznych, rasowych, płciowych. W innej konwencji i historycznych, westernowych dekoracjach na rok przed zwycięstwem Trumpa podobnie stan amerykańskiego społeczeństwa diagnozował Quentin Tarantino w "Nienawistnej ósemce" (2015).
 
Cień Trumpa unosi się też nad inną historią o morderczym klaunie: nową, dwuczęściową adaptacją "To" (2017-19) Stephena Kinga. Morderczy klaun Pennywise terroryzuje w niej grupę dzieci z miasteczka Derry w Maine. Sam King powiedział w trakcie marszu kobiet w Sarasocie na Florydzie dzień po zaprzysiężeniu Trumpa: "wybraliśmy właśnie Pennywisea na prezydenta". Trumpa do morderczego klauna porównywały w ostatnich latach liczne transparenty i grafiki, w tym okładka prestiżowego, czytanego przez liberalne elity "New Yorkera".

W nowej adaptacji "To" uderza fakt, że prześladowane przez morderczego klauna dzieciaki reprezentują grupy, które na różne sposoby znalazły się na celowniku szyderstw i werbalnej agresji kończącego kadencję prezydenta: kobiety, Afroamerykanie, osoby otyłe, Żydzi, intelektualiści, itp. Pennywise z filmów Andyego Muschiettiego wydaje się ucieleśniać mroczną stronę amerykańskiej cywilizacji; przemoc, jakiej doświadczają w niej różne mniejszości. Trump, zdaniem krytyków, igra z pamięcią tej przemocy, wyzwala w swoich zwolennikach prowadzące do niej afekty; jest psychotycznym, tyleż groteskowym, co niebezpiecznym klaunem amerykańskiej polityki.

Bitwy, które wciąż trwają

W wielu horrorach z ery Trumpa – "Nie oddychaj" (2016), "Czarne święta" (2019), "Antebellum" (2020) – bohaterkami są kobiety, zmuszone do walki o życie lub wolność z przerażającymi, monstrualnymi figurami patriarchalnej władzy. Choć podobne motywy poprzedzają wejście Trumpa do głównego nurtu amerykańskiej polityki – dość wspomnieć choćby kobiety pokonujące Wiecznego Joe w "Mad Maksie: Na drodze gniewu" (2015) – to epoka Trumpa nadaje im szczególną dynamikę. Nie tylko ze względu na tysiące obraźliwych słów, jakie Trump wypowiedział o kobietach, czy jego codzienny seksizm i przechwałki aktami molestowania seksualnego. Chodzi o coś głębszego: w obietnicy "uczynienia Ameryki znów wielką" od początku kryła się – przynajmniej zdaniem liberalnych Amerykanek – groźba odwrócenia zdobyczy feminizmu, przywrócenia białym mężczyznom "niesłusznie" zabranej im władzy nad żonami, partnerkami, córkami, siostrami.

Wieczny Joe w "Na drodze gniewu"
Liberalna Ameryka ostatecznie wygrała w listopadzie z Trumpem. Dla wielu osób w showbiznesie było to jak przebudzenie ze złego snu.
Jakub Majmurek
Stąd też wszystkie obrazy przedstawiające silne kobiety, muszące walczyć o swoje z męskim przeciwnikiem, wchodzące na ekrany w trakcie kadencji Trumpa – motyw od dawna obecny w kinie i telewizje – ulegały w ostatnich latach  natychmiastowemu upolitycznieniu. To przypadek choćby najnowszych odsłon "Gwiezdnych wojen", gdzie zarówno w nowej trylogii (2015-19), jak i bocznych narracjach z uniwersum ("Łotr 1" z 2016 roku) głównymi bohaterkami zostawały kobiety. Reakcje części fanów uskarżających się na to, że "polityczna poprawność" odbiera im ulubione historie i na siłę wpycha do nich kobiece bohaterki, utożsamiano z antyfeministyczną falą, wyzwoloną przez prezydenturę Trumpa. Z kolei polityczna opozycja przeciw prezydentowi, gdzie prominentną rolę odgrywały takie kobiety jak liderka Demokratów w Izbie Reprezentantów Nancy Pelosi, nazywana była przez liberalną prasę Ruchem Oporu (Resistance) – tak samo jak siły przeciwstawiające się Najwyższemu Porządkowi pod wodzą generał Lei Organy.

Kino i telewizja chętnie portretowały też ikony ruchu kobiecego, jak niedawno zmarła liberalna sędzia Sądu Najwyższego Ruth Bader Ginsburg ("On the Basis of Sex" z 2018) czy feministyczna pisarka i dziennikarka Gloria Steinem, która w 2020 roku pojawia się zarówno w serialu "Mrs. America", jak i w kinowym filmie "The Glorias". Filmowcy czasów Trumpa sięgali po dawne walki ruchów kobiecych czy praw obywatelskich nie tylko w kontekście antyfemizmu Trumpa. W "Czarnym bractwie" (2018) Spike Lee łączy opartą na faktach historię dwóch policjantów z Colorado Springs – czarnego i Żyda – skutecznie infiltrujących lokalny Ku Klux Klan w latach 70., z sytuacją współczesnej Ameryki. Na końcu filmu pojawiają się dokumentalne materiały z marszu białych suprematystów, jaki w 2017 roku miał miejsce w Charlottesville w Wirginii. W trakcie towarzyszących wydarzeniu protestów zginęła antyrasistowska aktywistka Heather Hayer – rozjechana samochodem, którym działacz skrajnej prawicy wjechał w tłum. Trump odmówił potępienia białych suprematystów; stwierdził, że także wśród nich byli "dobrzy ludzie". 

Lee, zestawiając ze sobą historię sprzed prawie pół wieku i współczesne obrazy, pokazuje, że prezydentura Trumpa stanowi zagrożenie dla osiągnięć ruchu praw obywatelskich, że walka o pełne uznanie praw czarnych Amerykanów wciąż trwa i wymaga dziś szczególnej mobilizacji. Współczesne stawki niesie też ze sobą "Proces siódemki z Chicago" (2020) Aarona Sorkina, opowiadający o procesie aktywistów protestujących w 1968 roku w trakcie konwencji Demokratów w Chicago przeciw wojnie w Wietnamie. Sorkin przedstawia ruch antywojenny w całej jego ideologicznej złożoności i wewnętrznym skonfliktowaniu. Stawia pytanie, jakie liberalna Ameryka zadawała sobie przed wyborami 2020 roku: jak podzielona, różniąca się co do metod i wrażliwości, ale wierząca w pewien katalog wspólnych wartości progresywna strona może wygrać ze zdeterminowanym i niewahającym się grać nie fair przeciwnikiem?

Jak wiemy, liberalna Ameryka ostatecznie wygrała w listopadzie z Trumpem. Dla wielu osób w showbiznesie było to jak przebudzenie ze złego snu, jak moment, gdy po długim i naprawdę przerażającym filmie grozy w kinie zapalają się światła. Jednocześnie trudno oczekiwać, że ta historia skończy się w styczniu. Ten horror na pewno będzie miał sequel. Jeśli nie w postaci startu samego Trumpa w wyborach w 2023 roku, to kandydata eksploatującego ten sam lęk, gniew i autorytarne instynkty, które, jak widać, podziela wielu Amerykanów, a jeszcze liczniejsza grupa jest je w stanie z różnych przyczyn tolerować u polityka pełniącego najwyższe funkcje w państwie. Nie jest to może dobra wiadomość dla Stanów, ale z pewnością ciekawy temat dla amerykańskiego kina – jego trumpowski rozdział być może wcale się jeszcze nie zakończył.
136