Gabriel Krawczyk

Retromania jest passé?

Hotspot
/fwm/article/Retromania+jest+pass%C3%A9-132293
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Nie+tylko+hipsterzy+i+gangsterzy%3A+oblicza+Warszawy-132110

Nie tylko hipsterzy i gangsterzy: oblicza Warszawy

HOTSPOTPodziel się

Jakub Majmurek przygląda się obrazowi Warszawy w polskim kinie.

Jakub Majmurek przygląda się obrazowi Warszawy w polskim kinie. 

***


Po roku 1989 polskie kino szczególnie chętnie przyglądało się jednemu miastu: Warszawie. Nic w tym dziwnego. Wir wielkomiejskiego życia, odmienności ludzkich postaw i losów, skupiające się w gęsto zaludnionej przestrzeni miasta od samych początków X muzy stanowiły jeden z głównych tematów kina. Warszawa po roku '89 była nie tylko najbardziej (jeśli nie jedynym) prawdziwie wielkomiejskim ośrodkiem w Polsce, ale także miejscem, gdzie wszystkie napięcia, paradoksy i kontrasty nowej epoki odbijały się w sposób najbardziej wyraźny.

W latach 90. w kinie dominował obraz Warszawy jako stolicy transformacyjnego chaosu. Miejsca, gdzie kruszy się stare i w bólach rodzi nowe. Gdzie ludzie z niczego dochodzą do wielkich fortun, podczas gdy inni staczają się w otchłań nędzy i deprywacji. W filmach z tego nurtu Warszawa jest chaotyczna i brudna. Niszczejąca, pozostawiona przez komunę infrastruktura pokrywa się krzykliwie kolorowymi napisami na murach, szyldami i płachtami reklamowymi – znakami nowych porządków. Społeczeństwo jest zajęte pogonią za pieniędzmi, państwo pozostaje często bezradne; najsilniejszym społecznym aktorem często okazuje się zorganizowana przestępczość. 

W następnej dekadzie film gangsterski i policyjny, jako podstawowy warszawski gatunek, wypiera komedia romantyczna. Warszawa ze stolicy chaosu staje się miastem, gdzie spełniają się marzenia i wydarza się miłość. Akcja przenosi się z ulic chaotycznie obrastających barwami dzikiego kapitalizmu z lat 90. na schludne, deweloperskie osiedla dla klasy średniej, z mieszkaniami wypełnionymi przedmiotami z pewnego szwedzkiego sklepu meblarskiego.
 
Młodzi i hipsterzy

Oba te obrazy ciągle można znaleźć w kinie ostatniej dekady. Pojawiają się w nim jednak także oblicza stolicy nieobecne lub marginalne w poprzednich dekadach. Na przykład Warszawy jako miasta młodych ludzi – nasto- i dwudziestolatków, zawieszonych między dzieciństwem a dorosłością.

Warszawę z takiej perspektywy pokazuje Katarzyna Rosłaniec w "Bejbi blues" (2012). Dla jego młodych bohaterów pomnik Witosa to nie miejsce pamięci, ale obiekt, gdzie dobrze się ćwiczy ewolucje na deskach. Miasto, jakie zamieszkują, nie ma tożsamości – mogłoby się ono znajdować wszędzie i nigdzie. Miejska fala niesie ich między kolejnymi sklepami, koncertami, erotycznymi i romantycznymi przygodami. Rosłaniec przedstawia taki obraz Warszawy w luźnej strukturze narracyjnej, w krótkich, porwanych scenach przywodzących na myśl wideoklip. Mimo talentu do tworzenia fascynujących obrazów mamy wrażenie, że nie udało się dotknąć żadnej prawdy o bohaterach i ich świecie

Udał się to natomiast Michałowi Marczakowi we "Wszystkich nieprzespanych nocach" (2016) – fabularyzowanym dokumencie o dwóch studentach. Fabuła jest pretekstowa, reżyser ledwie ją zaznacza. Nie interesuje go anegdota, ale filmowe utrwalanie impresji; śladów, jakie w emocjach bohaterów pozostawiają szczególnie intensywne chwile: miłosnego i alkoholowego upojenia, bezczasowej beztroski, szczęścia, przyjaźni, miłości, samotności i odrzucenia. 

W efekcie powstaje wizualnie hipnotyzujący kalejdoskop warszawskich nocy: Warszawy modnych imprezowni, ascetycznie urządzonych studenckich mieszkań naładowanych do ostatniego gościa w trakcie ciągnących się do rana imprez, pustych ulic, którymi wraca się nie zawsze trzeźwym nad ranem do domu. Marczak ma przy tym wielki talent do świetnego fotografowania zupełnie nieoczywistych lokacji. Jedną z najpiękniejszych scen nakręcił w zgrzebnym, pamiętającym głęboki PRL Muzeum Techniki w Pałacu Kultury i Nauki – gdzie jeden z bohaterów spędza popołudnie z dziewczyną, w której jest zakochany. Jakkolwiek ograniczona wiekowo i klasowo byłaby perspektywa tego filmu, jakkolwiek uprzywilejowany fragment stolicy by portretował, trudno się nie zachwycić prezentowanymi przez niego obrazami i egzystencjalną prawdą, jaką ze sobą niosą.

"Wszystkie nieprzespane noce"
Mniej lub bardziej aspirujące do alternatywy miejsca trafiły nawet do komedii romantycznych.
Jakub Majmurek
Horyzont kulturowych aspiracji bohaterów "Bejbi blues" wyznaczała ciekawa stylizacja, młodzież z filmu Marczaka ma ambicje do uczestniczenia w alternatywnej kulturze. Także kino ostatnich lat zaczęło zauważać, że taka kultura kwitnie w największym polskim mieście. W filmach ostatniej dekady pojawiają się więc hipsterzy, artyści, klubokawiarnie, miejsca, gdzie można posłuchać niszowych zespołów, nowy teatr, skłoty itd. 

Mniej lub bardziej aspirujące do alternatywy miejsca trafiły nawet do komedii romantycznych. Gatunek ten zaczął wychodzić poza bezpieczną dla siebie przestrzeń, wyznaczaną przez mieszkanie na strzeżonym osiedlu, korporację w stalowo-szklanym wieżowcu, drogie, a jednocześnie dość anonimowe i bezstylowe restauracje i kluby oraz zestaw obowiązkowych miejsc turystyczno-historycznych (Stare lub Nowe Miasto, Łazienki, w najgorszym wypadku Mariensztat). Najgłębiej w obszary alternatywnej Warszawy zapuszcza się "Facet (nie)potrzebny zaraz" (2014) Weroniki Migoń – chyba najbardziej oryginalny przedstawiciel swojego gatunku. Odświeżające jest już to, że jeden z byłych partnerów głównej bohaterki, Zosi, pracuje – zamiast na ostatnim piętrze korporacji – na rzadko pokazywanym w kinie uniwersytecie. W swojej letniej odysei przez letnią Warszawę Zosia odwiedza Plac Zbawiciela, antykwariaty, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Dom Kereta itp.

Podobne obszary w swoim kolejnym filmie "Szatan kazał tańczyć" (2016) usiłuje portretować Katarzyna Rosłaniec. Bohaterką jest młoda pisarka, której debiutancka powieść wywołała zamieszenie nie tylko w Polsce. Dziewczyna spotyka się z dwoma mężczyznami, w tym starszym od niej alternatywnym muzykiem. W tle widzimy wiele aspirujących do alternatywy albo przynajmniej hipsterskiej aury miejsc i imprez. Niestety, znów, tak jak w "Bejbi blues" mamy wrażenie obcowania z tyleż wizualnie fascynującymi, co zafałszowanymi obrazami.

Dyskretny urok pośledniości

Świat stołecznej sztuki bardzo udanie przedstawia za to w swoich filmach – "Sercu miłości" (2017) i zrealizowanym wspólnie z Maciejem Sobieszczańskim "Performerze" (2015) – Łukasz Ronduda. W obu przestrzeń modnych instytucji sztuki (MSN) sąsiaduje z zagraconymi, zabiedzonymi mieszkaniami artystów. Ci zaś inspiracje do swojej pracy znajdują w najdziwniejszych miejscach; para z "Serca miłości" – w wielkim, anonimowym centrum handlowym, miejscu rozpasanej konsumpcji tych, którym się w stolicy udało.

W "Artystach" (2016) – znakomitym serialu Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego – miejsca, gdzie tworzy się autentyczna kultura, nie są hipsterskie, ale raczej byle jakie, podniszczone, trochę siermiężne, a przy tym uspokajająco swojskie. Poślednie. Taki jest mieszczący się w Pałacu Kultury i Nauki teatr, gdzie na widowni zasiadają duchy jego dawnych gwiazd, a najważniejszą postacią wydaje się nieśmiertelny, stanowiący żywą pamięć instytucji portier. Bufet, biura księgowości, całe zaplecze teatru – wszystko to przestrzenie nadgryzione zębem czasu, od dawna przez nikogo nieremontowane, pełne dość pokracznych nawet w swoich czasach mebli.

"Artyści"

Twórcy serialu na całą pośledniość mieszczącą się na zapleczu warszawskiej sztuki patrzą z wielką sympatią. Ona daje poczucie bezpieczeństwa, zakotwicza artystów w rzeczywistości, stwarza więź z przeszłością i tym, co tu i teraz. Pośledniość teatru sympatycznie kontrastuje z otaczającą go drapieżnością miejskiej polityki.

Na pośledniość sympatycznym okiem patrzy też Małgorzata Szumowska w "Body/Ciało" (2015). Nikt tak ciepło nie przedstawił w tej dekadzie przeciętnego blokowiska, z mieszkaniami wypełnionymi meblami dobrze pamiętającymi czasy Jaruzelskiego, jeśli nie Gierka. 

Poślednia i przaśna jest też Warszawa z "Drogówki" (2013) Wojciecha Smarzowskiego. W tej przaśności nie ma jednak nic dobrodusznego. Stolica Smarzowskiego to miasto szpitalnych nocnych dyżurów, krajobrazów po wypadkach drogowych, najtańszych bud z azjatyckim żarciem, skrzętnie ukrytych przed przypadkowymi spojrzeniami miejsc pijaństwa i płatnego seksu. Miasto jest wielkim żołądkiem, w gnilnych oparach trawiącym wszystko, co trafia do jego wnętrza – jak często u tego reżysera, główny bohater próbuje zachować w tym piekle jeśli nie uczciwość, to choćby jakąś podstawową, wewnętrzną godność.

"Drogówka"


Stolica wykluczenia

W kinie stołecznym ostatniej dekady pojawia się także temat jednostek i grup na różne sposoby wykluczonych z warszawskiego bogactwa.
Jakub Majmurek
W kinie stołecznym ostatniej dekady pojawia się także temat jednostek i grup na różne sposoby wykluczonych z warszawskiego bogactwa, tych, którzy nie załapali się ani na pracę w korpo, ani na alternatywną kulturę. W "Matce Teresie od kotów" (2010) Pawła Sali, obok przerażającej historii mordu, mamy też obraz rodziny z klasy średniej, której ekonomiczny grunt usuwa się spod nóg, prowadząc do jej całkowitej dezintegracji. 

Temat społeczny najpełniej potraktowany został w "Pewnego razu w listopadzie" (2017) Andrzeja Jakimowskiego. Widzimy tam inteligencką rodzinę wpędzoną w kryzys bezdomności – emerytowana nauczycielka, wspólnie ze studiującym synem włamują się do domków działkowych, by przetrwać kolejną chłodną noc. Chłopak urywa czasem noc dla siebie w miejscu pracy. Jego dziewczyna chce, by zamieszkał z nią w domu jej względnie zamożnej rodziny – ta jednak proponuje partnerowi córki wyłącznie nieogrzewany garaż. 

Jedynym miejscem, gdzie dwoje bohaterów może liczyć na pomoc, wydaje się anarchistyczny skłot – przedstawiony z dużym zrozumieniem jako otwarta, bezpieczna przestrzeń. Skłot zostaje zaatakowany przez przedstawicieli skrajnej prawicy w trakcie marszu z okazji 11. listopada – podobnie jak jeden z warszawskich skłotów w 2012 roku. Wykluczenie, drapieżny kapitalizm wpychający ludzi w bezdomność, wszechobecna pogarda rodzą u Jakimowskiego faszyzującą reakcją, hodują agresję i uprzedzenia. 

Choć w "Pewnego razu w listopadzie" często irytuje sentymentalizmem, to film broni się na tle pozostałych produkcji o tematyce społecznej. Pomysł, by o dramacie, jaki wielu grupom przyniosła reprywatyzacja, opowiedzieć przy pomocy musicalu we "#Wszystkogra" (2016) Agnieszki Glińskiej, był tyleż odważny, co zupełnie przestrzelony. Nowelowe "Stacja Warszawa" (2013) i "Nowy Świat" (2015) pozbawione są niezbędnego w takich produkcjach dokumentalno-publicystycznego pazura. W obrazach wyklętego "ludu smoleńskiego" ze "Smoleńska" (2016) Antoniego Krauzego agresywna polityczna retoryka od początku wypiera jakikolwiek autentyzm.

"Pewnego razu w listopadzie"

Więcej można go znaleźć w "Płynących wieżowcach" (2013) Tomka Wasilewskiego, filmie o innym wykluczeniu – osób homoseksualnych. Choć Wasilewski i jego operator są wyraźnie zakochani w tworzonym przez stolicę spektaklu życia wielkomiejskiego, to dla homoseksualnych bohaterów filmu Warszawa wcale nie jest przyjaznym miejscem. W przeciwieństwie do sąsiedniego Berlina polska stolica ciągle wydaje się tkwić w mrokach epoki przedemancypacyjnej. Inna orientacja związana jest z tajemnicą, wyparciem, ciągłą groźbą homofobicznej przemocy. 

Summa warszawska

Najciekawsze są te produkcje, które potrafią łączyć i nakładać na siebie różne wymienione tu obrazy stolicy. Przy wszystkich wadach "Chrztu" (2010) Marcina Wrony, fascynujące jest w nim to, jak na strzeżone osiedle rodem z komedii romantycznej z początku wieku, wpuszcza świat przemocy i gangsterki, niczym z kina lat 90. 

Anarchiczna, pozbawiona motywacji przemoc rozbija też rzeczywistość sytej klasy średniej w "Hardkor Disko" (2014) Krzysztofa Skoniecznego. Właśnie Skonieczny wyrasta na twórcę, który najciekawiej potrafi na ekranie ukazać polską stolicę. Próbkę tego dał już w rewelacyjnym wideoklipie do piosenki "Nie ma cwaniaka nad warszawiaka" (2011). Wideo jest wielkim hymnem do miasta we wszystkich jego paradoksach i kontrastach. Widzimy Złote Tarasy i bary mleczne, Żyda w jarmułce i łysych kiboli w szalikach, metro i ciemne podwórka-studnie praskich kamienic.

Podobną wizję, na nieporównanie większą skalę, Skonieczny rozwija w serialu "Ślepnąc od świateł" (2018). Nigdzie w ostatniej dekadzie Warszawa nie została sportretowana na ekranie pełniej i piękniej. Z jej bogactwem i biedą, półświatkiem i hipsterką, budami z kebabem i konkurującą o gwiazdki Michelina nową polską kuchnią, przestrzennym chaosem i trafiającym się w nim autentycznym pięknie. Ten serial to audiowizualna summa warszawska. Gdybym komuś, kto nigdy nie był w Warszawie, miał pokazać, czym jest to miasto – jakie lęki i marzenia potrafi generować – poleciłbym po prostu obejrzeć ten serial.
5