Artykuł

Bogart byłby dumny

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Bogart+by%C5%82by+dumny-102185
Seriale to literatura epicka naszych czasów. Podczas gdy kino często zatrzymuje się w pół kroku, one idą coraz dalej i wciąż przesuwają granicę tego, co w głównym nurcie dozwolone. Bywa, że sami boimy się tego, co czeka na nas w następnym odcinku. 

Kino noir kojarzy się nam zazwyczaj z estetyką lat 40. i czarno-białymi filmami z Humphreyem Bogartem. Gatunek przez lata całkowicie zawłaszczony przez wielki ekran dziś staje się coraz częściej domeną telewizji. Tropy i motywy neo-noir są na małym ekranie silne, o czym przekonuje nie tylko "Detektyw", nowa produkcja HBO.

"Detektyw"
Nie ma wątpliwości, że czasy, kiedy seriale były traktowane po macoszemu, dawno odeszły w zapomnienie. I choć pierwsza rewolucja telewizyjna nadeszła na początku lat 90. wraz z "Miasteczkiem Twin Peaks" Davida Lyncha, to jej odpryski widoczne są także w dzisiejszych, produkowanych z wielkim rozmachem widowiskach, w których prym wiedzie amerykańska stacja HBO ("Rodzina Soprano", "Gra o tron"). Prawda jest bowiem taka, że dziś telewizja, a nie jak dotąd kino, działa jak papierek lakmusowy branży rozrywkowej: poprzez umiejętne sięganie do klasyki gatunków filmowych i łączenie ich z nowatorskimi rozwiązaniami (w przypadku omawianych seriali neo-noir jest to odnoszenie się do literatury skandynawskiej) oferuje pełny "pakiet wrażeń", zaczynając od budowania wielopoziomowej fabuły zanurzonej w angażującej widza atmosferze po atrakcyjne i pełnokrwiste postacie.

Czerpanie garściami ze stylistyki odwołującej się do kryminałów Jo Nesbo czy Stiega Larssona ("Łowcy głów", "Dziewczyna z tatuażem") i przenoszenie ich z dusznej, iście skandynawskiej aury na ekran telewizora to od niedawna nieoficjalny standard w produkcji seriali. W "Detektywie" to przede wszystkim zabieg wzbudzający u oglądającego dreszczyk emocji i koniecznego podniecenia. Już samo umiejscowienie akcji serialu w niezbyt popularnym jak na amerykańskie standardy stanie Luizjana, pośród brudu miejscowych fabryk i rozległych połaci jałowych ziem, z dala od świateł wielkich metropolii budzi niepokój. Dopiero jednak, kiedy na miejscu zbrodni, najprawdopodobniej o podłożu okultystycznym, zjawia się dwóch detektywów z wydziału zabójstw, Martin Hart (Woody Harrelson) i Rust Cohle (Matthew McConaughey), zabawa rozkręca się na dobre.

W "Detektywie" to nie rytualne morderstwo ani nawet tożsamość poszukiwanego zabójcy stają się sednem opowieści, ale odkrywanie przeszłości policjantów poprzez stopniowe zagłębianie się w ich zwichrowaną psychikę. Widzimy bohaterów w dwóch przedziałach czasowych. W roku 2012 obaj nie pracują już w policji, inaczej wyglądają. Hart zajmuje się sektorem prywatnym, ulubionym zajęciem Cohle'a jest picie od rana do nocy. Są przepytywani w sprawie niedawnego morderstwa, które może mieć związek z tym, przy jakim pracowali siedemnaście lat wcześniej jako partnerzy.


"Miasteczko Twin Peaks"
Nurt klasycznego noir stał moralną ambiwalencją filmowych bohaterów (indywidualnych lub masowych jak np. u autora "Mullholland Drive"). Przecież ani Sam Spade z "Sokoła maltańskiego" (1941), ani Philip Marlowe ("Wielki sen", 1946) – ikoniczne persony i dzieła gatunku – nie były postaciami jednoznacznie dobrymi lub negatywnymi. Swoją siłę czerpały ze zręcznego balansowania między skrajnościami: podłością i dbaniem o własny interes a odruchami człowieczeństwa. U Lyncha z kolei, w przypadku surrealistycznego "Twin Peaks" i wcześniejszego, również bardzo wyraźnie sięgającego do tradycji neo-noir "Blue Velvet" (1986), wątek podwójnej natury jednostki zyskał szerszy wymiar – przełożył się na motyw fasadowej egzystencji małomiasteczkowej społeczności. Podobnie jak ma to miejsce w "Detektywie", tak i tu zasnute mgłą miasteczko skrywa wiele tajemnic, a nikt i nic nie jest tym, czym się wydaje.

Akcja zrealizowanego na podstawie duńskiego oryginału pt. "Forbrydelsen" serialu "Dochodzenie" zaczyna się od znalezienia w stawie na przedmieściach miasta samochodu należącego do sztabu wyborczego jednego z miejscowych polityków. Po otworzeniu bagażnika, oczom policjantów ukazują się zwłoki 17-letniej Rosie Larsen. Do sprawy zostaje przydzielona niejaka Sarah Linden i partnerujący jej Stephen Holder. O ile Martin Hart i Rust Cohle są w "Detektywie" częścią zmaskulizowanego świata zbrodni, w którym – w zgodzie z konwencją – kobieta jest zaledwie kwiatkiem do kożucha (prostytutki, narkomanki, kwatera policyjna pełna mężczyzn), o tyle inne współczesne tytułu tego nurtu – łącznie ze wspomnianym "Dochodzeniem" – zdają się odchodzić od tej tendencji i bez kompleksów feminizować ostatni bastion męskości.


"Dochodzenie"
W brytyjskim "Broadchurch" – na wzór bohaterki granej przez Frances McDormand w "Fargo" (1996) braci Coen – "szklany sufit" niesprawiedliwości przebija miejscowa policjantka Ellie Miller. Z kolei w amerykańskiej produkcji "The Fall", opowiadającej o seryjnym mordercy z Belfastu, długi czarny płaszcz detektywa przywdziewa Gillian Anderson, która w latach 90. jako pragmatyczna agentka FBI Diana Scully przecierała tory w popularnym "Z Archiwum X". Znana z "Mad Men" Elisabeth Moss w miniserialu "Tajemnice Laketop" zmienia swój wizerunek figlarnej i ambitnej Peggy Olson na bijącą chłodem i wyrachowaniem postać pani detektyw Robin Griffin. Warto przy tym zauważyć pewną aseksualność i surowość bohaterek. Sugeruje ona, że w pewnym stopniu dzielne policjantki szukają jednak męskiej akceptacji, niczym legendarne femme fatale z lat 40., które ukrywały swoje słabości pod nienagannie skrojonymi kostiumami.

Zdarza się jednak i tak – jak w serialowej wersji "Hannibala" – że twórcy całkowicie rezygnują z postaci kobiecej wręcz stworzonej do tego, by "poprowadzić serial". W "Milczeniu owiec" (1992) Jonathana Demme'a była nią Clarice Starling i choć serial wykorzystuje wątki z powieści Thomasa Harrisa oraz jej bohaterów, to szkoda, że miejsce dużo ciekawszej Starling zajmuje karykaturalna postać znerwicowanego geniusza o umiejętnościach wykraczających poza ludzkie pojęcie. Serialowy Will Graham to relikt i groteska – męskość sprowadzona na manowce kiczu.


"Tajemnice Laketop"
Apogeum mody na noir przypadło na lata 40. W Hollywood obowiązywał Kodeks Haysa, czyli nieformalny zbiór zasad mówiący, co można było pokazywać na ekranie, a co było surowo zabronione (m.in. przemoc). Pierwsze pod topór cenzury poszło więc kino gangsterskie, które zastąpiono jego łagodniejszą wersją, czyli "filmem czarnym". Nie tylko w kinie, ale i na ulicach wciąż można było spotkać prawdziwych gangsterów, a w porannych gazetach trafiało się na informacje o kolejnych ofiarach mafijnych porachunków. Co więcej, wieloletni szef FBI J. Edgar Hoover przez lata publicznie zaprzeczał istnieniu zorganizowanej przestępczości w kraju. Kiedy po upadku regulaminu w połowie lat 60. gatunek gangster movie wrócił do łask, w kinie rozpoczął się okres mitologizacji czasów mafijnego eldorado.

Telewizyjne dramaty kryminalne, prócz wprowadzania na pierwszy plan kobiety, zazwyczaj rozgrywają się współcześnie lub w niezbyt odległej przeszłości, jak sięgający do retrospekcji z 1995 roku "Detektyw". Jednak czy da się uchwycić niepowtarzalny klimat estetyki noir bez zanurzania się w historię okresu największej popularności tego gatunku?

"The Fall"
Podobne opowieści kuszą zazwyczaj możliwością eskapistycznego powrotu do przeszłości. W "O północy w Paryżu" Woody Allen, opowiadając o pragnieniu podróżowania w czasie, metaforycznie wskazywał palcem na X muzę, która to pragnienie w jakkolwiek zniekształcony sposób jest w stanie zaspokajać. W "Zakazanym imperium" tańczymy więc w rytmie szalonego spektaklu z domieszką jazzu i świszczących kul, by przełączając kanał, przenieść się na Zachodnie Wybrzeże do rozgrzanego wyblakłym słońcem Los Angeles lat 40., stając się niewidzialnymi świadkami autentycznej rywalizacji pomiędzy szefem lokalnej policji Williamem Parkerem a mafią Mickeya Cohena w "Mob City" (na podstawie bestsellera Johna Buntina "L.A. Noir: The Struggle for the Soul of America's Most Seductive City") Franka Darabonta ("Skazani na Shawshank", "Zielona mila").

Humphrey Bogart zapewne odetchnąłby z ulgą, wiedząc, że istnieją wciąż w branży ludzie potrafiący zrobić dobry film/serial z prawdziwymi twardzielami. "Detektyw" wydaje się podążać tą drogą. I choć Martin Hart i Rust Cohle to coraz rzadszy okaz męskiego przymierza w nurcie neo-noir, to z powodzeniem obaj mogliby przytaknąć na słowa Jamesa Browna wydobywające się z ich samochodowego radia: "This is (still) a men's world...".