Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/T-MOBILE+NOWE+HORYZONTY%3A+Xavier+zadziera+nosa-87310

T-MOBILE NOWE HORYZONTY: Xavier zadziera nosa

Nowy utwór Jamesa Benninga (tego od "13 jezior" i "20 papierosów") nie ma cyferki w tytule, ale i tak będziecie liczyć – w najlepszym wypadku owce, w najgorszym – pozostałe do końca minuty. Otwiera go ujęcie lasu, nad którym zapada tytułowy "Zmierzch". I to by było w zasadzie na tyle, bo i ten las, i ten zmierzch mieszczą się w jednym jedynym kadrze filmu.

Chciałbym napisać więcej, ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że eksperymentalne kino zasługuje na eksperymentalną krytykę. I że jestem jak ten las, który powinien postać chwilę nieruchomo, a potem pójść spać. Snobizm to rzecz, którą ciężko komuś udowodnić (możecie mi wierzyć na słowo, nie raz próbowałem). Że są ludzie, którym "Zmierzch" się podobał, to wierzę. Ale ufam tylko tym, którzy są na tyle szaleni, że na seansie naprawdę "czuli się jak w lesie". Bo skoro można czuć się jak w lesie na "Avatarze", to pewnie można i na filmie Benninga. Kolejna impresja na temat impresji już jutro. Stay tuned. 

katalog.jpg_standa.jpg

"Zmierzch"

Szczęściem, nie przesiedzieliśmy w lesie całego poniedziałku. W finale "Siostry twojej siostry" wyprowadziła nas z niego Lynn Shelton. Potem zwiedzaliśmy świat Xaviera Dolana w "Laurence Anyways" i podświadomość Leosa Caraxa w "Holy Motors". Recenzję tego ostatniego filmu autorstwa Malwiny Grochowskiej przeczytacie TUTAJ.

Ich troje

Domek na odludziu, dwie kobiety i mężczyzna. Plus konflikt egzystencjalny, o którym nie pisnę ani słowa, może oprócz tego, że Francuzi przeszliby nad nim do porządku dziennego między porannym croissantem a popołudniową cygaretką. Dla Amerykanki Lynn Shelton to jednak materiał na pełen metraż – na lekki i niegłupi (choć nie tak mądry jak mainstreamowe produkcje ze stajni Judda Apatowa) komediodramat.  

7473378.3.jpg
Największym dobrem "Siostry twojej siostry" jest Emily Blunt – aktorka, która rozkwita błyskawicznie, z występu na występ. Po fenomenalnej roli u Pawła Pawlikowskiego w "Lecie miłości" i kilku angażach w Hollywood wydawało mi się, że skończy jako kwiatek do kożucha, ale chyba przedwcześnie w nią zwątpiłem. Razem z Rosemarie DeWitt ("Rachel wychodzi za mąż") tworzą dojrzały aktorski duet. Nie trudno uwierzyć ani w siostrzaną czułość między nimi, ani w podskórną zazdrość. Samą mimiką i językiem ciała potrafią zrównoważyć dramatyczne i komediowe tony filmu. Pracują do tego na świetnie napisanym tekście (nie ograniczającym jednocześnie pola do improwizacji) i pod batutą zdolnej autorki – dawno nie widziałem obrazu, w którym z taką subtelnością wygrane byłoby choćby zażenowanie bohaterów, zarówno to po zrobieniu komuś wyjątkowego świństwa, jak i to po opowiedzeniu czerstwego dowcipu. W tych ostatnich specjalizuje się na ekranie Mark Duplass, jedna z ikon niezależnej amerykańskiej komedii i, niestety, o wiele słabszy od Blunt i DeWitt aktor.

Absurdalna sytuacja fabularna nie razi tak bardzo, jeśli pomyślimy o niej jako o pretekście dla komedii pomyłek. Portrety psychologiczne bohaterek nie są przesadnie bogate, ale ich skromna charakterystyka sprawdza się w służbie tej niezobowiązującej opowieści. Diabeł tkwi w szczegółach: w momentach improwizacji, których nie sposób wyodrębnić z narracyjnej tkanki filmu, w dowcipach, które czasem trzeba spalić, aby rozśmieszyć widzów, w wirtuozerskiej grze na skrajnych, emocjonalnych nutach. W końcu, w subtelnej urodzie Emily Blunt, w jej przenikliwym i melancholijnym spojrzeniu. Wiedz Emily, że cholernie się wstydzę tego, co kiedyś o Tobie napisałem. Z poważaniem, fan.   

Zakochany Xavier

Rację mieli ewangeliści, głosząc, że ubóstwo jest cnotą. Dwa poprzednie filmy piekielnie zdolnego Xaviera Dolana zostały zrobione "za piątaka", a mimo to były imponującymi portretami nastroszonej, narcystycznej młodości. Przy "Laurence Anyways" 23-letni Kanadyjczyk miał już kasy jak lodu, ale, niestety, nie przełożyło się to na poziom dzieła. Choć trzeba przyznać, że pod względem wizualnym wygląda ono momentami obłędnie.

7441728.3.jpg
Dolan opowiada nam historię 30-letniego wykładowcy (Melvil Poupaud) marzącego o zmianie płci. O swoich planach bohater informuje swoją dziewczynę, Frederique (fantastyczna Suzanne Clement), która pomimo wątpliwości decyduje się trwać dzielnie przy lubym/lubej. Nie wszyscy są jednak równie tolerancyjni – Kanada z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych przypomina tu raczej polskie podwórko niż cywilizowany, otwarty na inność kraj.  Choć Laurence co chwila doświadcza nieprzyjemności ze strony otoczenia, trudno mu jednak współczuć. Sukienki i makijaż uczyniły z niego nieznośną, zapatrzoną w siebie mimozę. Czy Frederique i tym razem wykaże się wyrozumiałością?  

Nie do końca rozumiem, dlaczego Dolan zdecydował się nadmuchać tę wątłą historię do rozmiarów dwuipółgodzinnego celuloidowego balonu. Sporo jest tutaj pustawych, nic niewnoszących fragmentów, które nie wyleciały w montażu może dlatego, że reżyserowi szkoda było tylu pięknie skomponowanych kadrów. W efekcie film zaczyna tracić po drodze emocje i narracyjną energię. Te pierwsze powracają na chwilę m.in. w rewelacyjnej scenie w restauracji, gdy wzburzona Frederique wygłasza tyradę przeciwko ciemnogrodowi. Tej drugiej nie udaje się już odzyskać.

"Laurence Anyways" to film o miłości. Nie chodzi tu jednak o miłość pary bohaterów, lecz miłość artysty do samego siebie. Dolan chyba za nadto kocha swoje pomysły inscenizacyjne, fikuśne kostiumy (które sam, notabene, zaprojektował) i widok dopalających się petów. Dramat Laurence'a, jego wyobcowanie oraz zmaganie się z dyskryminacją zostały niemal w całości podporządkowane dekoracjom.

Jedno trzeba jednak Dolanowi przyznać: ma doskonałe ucho do soundtracków. Tym razem z kinowych głośników lecą na przemian evergreeny muzyki klasycznej (Brahms, Prokofiew, Beethoven), popowe złote przeboje (The Cure, Depeche Mode, Duran Duran) i wreszcie nieco mocniejsze, bardzo klimatyczne brzmienia (Craig Armstrong, Fever Ray).  Sposób, w jaki  Kanadyjczyk wykorzystuje muzykę i podporządkowuje jej obraz, każe mi przypuszczać, że byłby wybitnym reżyserem wideoklipów. Jako autor filmów mógłby jednak spojrzeć poza czubek swojego kształtnego, artystycznego nosa.

zobacz też:

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię