Relacja

WENECJA 2016: Bliskie spotkania trzeciego stopnia

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2016%3A+Bliskie+spotkania+trzeciego+stopnia-119224
W czwartek Łukasz Muszyński i Piotr Czerkawski mieli okazję zobaczyć na Lido nowe filmy Denisa Villeneuve'a i Wima Wendersa. Przekonajcie się, który z nich dostarczył wzruszeń, a który rozczarowań.

***

Wspólny język (recenzja filmu "Nowy początek")

Ekranizacja głośnego opowiada Teda Chianga to kameralny dreszczowiec science fiction z ambicjami. Rzadki przykład hollywoodzkiej produkcji, w której czary z komputera mają służyć fabule, a nie na odwrót. Zapomnijcie więc o obróconych w zgliszcza metropoliach i Białym Domu spopielonym laserem. Większość akcji rozgrywa się w kilku pomieszczeniach, a główna bohaterka co krok obcuje ze zjawiskami pozazmysłowymi czy – jak kto woli – metafizycznymi. Taki film mógłby nakręcić Krzysztof Kieślowski z czasów "Podwójnego życia Weroniki", gdyby tylko polubił Fabrykę Snów.  


Louise Banks (tradycyjnie dobra Amy Adams), ceniona specjalistka w dziedzinie lingwistyki, zamierza właśnie rozpocząć wykład dla garstki znudzonych studentów. Nagle w auli rozlega się wycie syreny alarmowej. To nie są ćwiczenia przeciwpożarowe. W dwunastu miejscach na całym globie zaparkowały statki kosmiczne. Skąd pochodzą? W jakim celu tu przyleciały? Tego postara dowiedzieć się Louise, gdy o pomoc poprosi ją amerykańska armia. Bohaterka nie ma wiele czasu. Opinia publiczna – w myśl zasady "najpierw strzelaj, potem pytaj" – domaga się pozbycia nieproszonych gości, zaś zagraniczne rządy – zwłaszcza ten za Wielkim Murem – zamierza przychylić się do jej  żądań. Świat pogrąża się w obłędzie (o czym dowiadujemy się z telewizyjnych migawek), a Louise do spółki z fizykiem Ianem (Jeremy Renner) i pułkownikiem Weberem (Forest Whitaker) próbuje znaleźć wspólny język z lewitującymi ośmiornicami. 

Sceny, w których bohaterka z wnętrza helikoptera po raz pierwszy ogląda na żywo statek obcych, a potem dostaje się na jego pokład, to przykład kina z najwyższej półki. Reżyser Denis Villeneuve kolejny raz potwierdza, że jest niezrównany, gdy trzeba złapać widza za gardło i wypełnić ekran atmosferą dławiącej grozy.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ.

***

Wenders do domu! (recenzja filmu "The Beautiful Days of Aranjuez")

Kilka lat temu, po wielkim sukcesie "Piny", Wim Wenders ogłosił, że technologia 3D doskonale pasowałaby również do konwencji kameralnego dramatu. Podjęta przez reżysera próba udowodnienia tej tezy w filmie "Every Thing Will Be Fine" zakończyła się sromotną klęską. Niezrażony niepowodzeniem Wenders ponowił swój eksperyment w "The Beautiful Days of Aranjuez". Niestety, rezultat nie okazał się bardziej przekonujący, a gotowemu filmowi można zarzucić znacznie więcej niż tylko nieuzasadnione niczym użycie trójwymiaru.


Rozczarowanie jest tym większe, że teoretycznie reżyser stworzył dla siebie bardziej swojskie warunki niż w przypadku "Every Thing...". Wenders zrezygnował z zatrudniania hollywoodzkich gwiazd i odnowił więź z Peterem Handkem – dramatopisarzem i scenarzystą, z którym zna się już od lat 60. Nowy projekt obu twórców zdecydowanie nie ma w sobie jednak klasy ich wspólnego "Nieba nad Berlinem".

Największą siłą tamtego filmu, obok poetyckich obrazów i kontemplacyjnego nastroju, były pełne liryzmu dialogi. Tego samego na pewno nie da się powiedzieć o "The Beautiful…", które stanowi właściwie zapis jednej, ciągnącej się w nieskończoność rozmowy pomiędzy Mężczyzną i Kobietą. Z tego względu podczas seansu trudno oprzeć się wrażeniu, że obcujemy z niezamierzoną parodią jakiegoś klasyka francuskiej Nowej Fali. "The Beautiful…" traci szczególnie dużo w konfrontacji z dowolnym filmem Erica Rohmera. Twórca "Kolana Klary" słynął z pisania błyskotliwych damsko-męskich dialogów, które miały w sobie coś jednocześnie z flirtu, przesłuchania i spowiedzi. U Wendersa kwestie brzmią natomiast, jakby były wyjęte z przeciętnej sztuki teatralnej, co nie okazuje się zresztą dalekie od prawdy (film stanowi adaptację jednego z tekstów Handkego).

Reżyserowi nie pomógł fakt, że w "The Beautiful…" po raz kolejny wraca  do swych ulubionych tematów.

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ.